Resident Evil 7 - recenzja i opinia o grze [Switch 2]. Idealny moment na powrót
„Wielki powrót”, „odrodzenie serii”, „powrót prawdziwego strachu” - gracze przez lata w różny sposób opisywali Resident Evil 7 i bez wątpienia jest to jedna z najważniejszych odsłon w historii uniwersum Capcomu. Jak jednak ta produkcja wypada po latach w najnowszym, hybrydowym wydaniu? Sprawdźcie naszą recenzję.
Capcom w sprytny sposób podszedł do premiery Resident Evil Requiem, ponieważ firma jednego dnia wprowadziła na rynek aż trzy odsłony serii Resident Evil na Nintendo Switch 2. Początkowo taki ruch wydawał się dość dziwny... szczególnie że mówimy o dużych, pełnoprawnych produkcjach. Z czasem jednak łatwo zrozumieć strategię wydawcy, który w ten sposób przygotował graczy na najnowszą odsłonę serii.
Sprawdziłem już Resident Evil Requiem na Nintendo Switch 2, chętnie wróciłem również do Resident Evil Village w hybrydowym wydaniu, ale szczerze mówiąc to właśnie Resident Evil 7 najlepiej pokazał mi, jaki był pomysł Capcomu na tę premierę.
Zaskakujące odświeżenie

Recenzowany Resident Evil 7 przedstawia bardzo osobistą historię Ethana Wintersa - totalnie zwyczajnego faceta, który kompletnie nie przypomina klasycznego „bohatera gry akcji”. To nie jest kolejny były żołnierz ani agent specjalny. To gość, który trzy lata po zaginięciu żony dostaje od niej tajemniczą wiadomość i zamiast odpuścić, pakuje się w podróż na koniec świata, na bagna Luizjany. Na miejscu trafia do rozpadającej się posiadłości rodziny Bakerów, gdzie od pierwszych minut wszystko wręcz krzyczy: „zawróć”. Drzwi zamykają się za plecami, dom przypomina labirynt, a jedyne „powitanie” serwuje mu rodzinka wyglądająca tak, jakby dawno temu przestała być w pełni ludzka. Ethan nie rozumie, co się dzieje, nie wie, komu może zaufać, ale kurczowo trzyma się jednego celu... odnaleźć Mię i wyrwać ją z tego koszmaru.
Im głębiej wchodzimy w posiadłość Bakerów, tym wyraźniej widać, jak genialnie Capcom zagrał tutaj poczuciem bezradności i dezorientacji. Ethan skleja sobie rękę zszywaczem i środkiem leczniczym, barykaduje drzwi byle stołem, chwyta pierwszą lepszą broń, bo po prostu nie ma innych opcji. Zamiast znanej z serii walki o losy świata dostajemy kameralny, duszny horror o jednym człowieku, który z uporem maniaka przeczesuje kolejne pokoje, piwnice i boczne skrzydła rezydencji tylko po to, by dowiedzieć się, co właściwie stało się z jego ukochaną. Po drodze poznajemy piekielnie niepokojącą, ale jednocześnie zaskakująco ludzką historię Bakerów, odkrywamy naturę infekcji i krok po kroku składamy obraz tragedii, która dosłownie zjadła ten dom od środka.
I to właśnie ta perspektywa zwykłego człowieka sprawia, że powrót do Resident Evil 7 po Resident Evil Requiem jest tak satysfakcjonujący. Dzisiaj gracze zachwycają się sekwencjami z Grace - tym, że nie jesteśmy superbohaterem, tylko kimś, kto boi się otworzyć każde kolejne drzwi i desperacko szuka wyjścia z sytuacji. Fundamenty tego typu grania Capcom położył jednak właśnie w Siódemce. Tutaj przez cały czas funkcjonujemy na granicy przetrwania: Ethan balansuje między życiem a śmiercią, z każdym krokiem w głąb domu ryzykuje coraz więcej, a my razem z nim uczymy się rozkładu posiadłości, reakcji Bakerów i zasad rządzących tym koszmarem. Requiem rozwija ten kierunek, dorzuca własne pomysły i bawi się perspektywą, ale jeśli szukacie źródła tego dusznego, klaustrofobicznego klimatu - ono wciąż najmocniej bije właśnie w Resident Evil 7.

Dlatego tak dobrze jest wrócić do tej historii na Nintendo Switch 2. Znając już współczesne odsłony serii, łatwiej docenić, jak konsekwentnie Resident Evil 7 trzyma się swojej wizji: jedna rodzina, jeden dom i jeden zdesperowany facet, który próbuje zrozumieć, w co się wpakował. Nawet jeśli fabularne zwroty akcji nie zaskakują już tak mocno jak przy premierze, ponowne wejście w skórę Ethana (jego zagubienie, upór i walkę o Mię) nadal działa znakomicie.
Szczerze mówiąc, ja sam poznawałem tę trylogię trochę „od drugiej strony”, bo to właśnie Resident Evil 7 powinienem ograć jako pierwszy. Najpierw sprawdziłem Resident Evil Requiem, później wróciłem do Resident Evil Village, a dopiero teraz ponownie doceniam siódemkę. To trzy gry, które są ze sobą bardzo mocno powiązane - najnowsza odsłona czerpie garściami z wcześniejszych doświadczeń i w pewnym sensie stanowi znakomite podsumowanie całej tej drogi.
Więcej niż tylko podstawka

Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2 to nie tylko kampania na 10 godzin. W tej wersji od razu dostajemy kompletne wydanie Gold, więc oprócz głównej historii Ethana czeka tu naprawdę solidny pakiet dodatkowej zawartości. I co ważne: to nie są odklepane misje dorzucone na siłę, ale rozszerzenia, które sensownie rozwijają uniwersum i dopowiadają wątki, które po napisach końcowych w podstawce nadal siedziały w głowie.
Najmocniejszym punktem dodatków jest dla mnie End of Zoe. To krótka, ale bardzo konkretna opowieść, która wraca na bagna i w dość nieoczywisty sposób domyka losy jednej z ważniejszych postaci. Zmienia się perspektywa, zmienia się też sam styl rozgrywki - jest mniej klasycznego survival horroru, a więcej brutalnej, „mięsistej” walki wręcz, ale nadal czuć ten charakterystyczny dla Residenta brud i beznadzieję. Pojawia się kilka naprawdę mocnych scen, sensowne nawiązania do głównej fabuły i ani przez moment nie ma wrażenia, że to zwykła zapchajdziura. Dla fanów tego uniwersum to po prostu obowiązkowy epilog.
Not a Hero spełnia z kolei trochę inną rolę. To krótka kampania z Chrisem Redfieldem, która znacznie mocniej skręca w stronę akcji i pokazuje, co działo się „z drugiej strony” po wydarzeniach w domu Bakerów. Dostajemy więcej broni, więcej bezpośrednich starć, mniej klaustrofobii i bardziej bojowe podejście do całego koszmaru. Jako domknięcie części wątków i pomost do dalszych wydarzeń w serii ten dodatek sprawdza się bardzo dobrze. Miło jest na chwilę przesiąść się z zagubionego Ethana na bohatera, który ma doświadczenie, wsparcie i zupełnie inne spojrzenie na to, z czym przychodzi mu się mierzyć.

Do tego dochodzą taśmy z Banned Footage - zestaw pobocznych scenariuszy i eksperymentów, dzięki którym Capcom naprawdę świetnie bawi się formułą. Daughters serwuje bardzo potrzebny prequel, pokazując upadek rodziny Bakerów od momentu „zero” - to materiał, który po ukończeniu kampanii wybrzmiewa jeszcze mocniej i dodatkowo podkreśla tragedię tej rodziny. Bedroom zamienia grę w klaustrofobiczną łamigłówkę z Marguerite, gdzie każdy źle odstawiony przedmiot może skończyć się śmiercią. 21 to chory hazardowy pojedynek w stylu „Piły”, a Jack’s 55th Birthday jest już kompletnie odjechaną, arcade’ową wariacją na temat karmienia Jacka pod presją czasu. Jest tu nawet miejsce na bardziej skrajne wyzwania, które testują nerwy i umiejętności tych graczy, którzy uważali, że podstawka była zbyt łagodna.
W praktyce oznacza to jedno: siadając do Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2, nie kupujesz jednej, krótkiej historii, tylko cały pakiet doświadczeń. Od głównej, bardzo osobistej opowieści Ethana, przez epilog z mocnym uderzeniem w End of Zoe, aż po mniejsze, pomysłowe scenariusze, które z jednej strony świeżo oświetlają znane wydarzenia, a z drugiej po prostu pozwalają jeszcze dłużej pobyć w tym chorym, ale fascynującym świecie. Po napisach końcowych kampanii nie miałem poczucia „dobra, wystarczy”, tylko naturalnie wszedłem w kolejne dodatki.
Jak działa i wygląda Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2?

Na dobry początek w przypadku wersji na Nintendo Switch 2 muszę napisać jedno: Resident Evil 7 na tym sprzęcie wygląda zaskakująco dobrze. RE Engine działa tutaj natywnie, a dom Bakerów na małym ekranie robi kapitalne wrażenie. Świetnie wypada oświetlenie - miękkie światło wpadające przez okna, migające żarówki i cienie pełzające po ścianach budują dokładnie tę duszną atmosferę, której ta gra potrzebuje jak tlenu. Do tego dochodzą efekty wolumetryczne: mgła, kurz w powietrzu i delikatny dym nie zniknęły w przenośnym wydaniu, tylko nadal bardzo dobrze dopełniają cały kadr. W środku domu widać też masę detali: rozrzucone śmieci, gnijące jedzenie, brudne ściany i obdrapane drzwi. To nie jest poziom PS5, ale jako port na hybrydę robi naprawdę świetne pierwsze wrażenie.
W trybie zadokowanym gra celuje w 1080p, choć wewnętrzna rozdzielczość jest niższa i oscyluje w okolicach 720p. Efekt końcowy? Obraz jest czysty i wyraźny, zauważalnie lepszy od tego, czego wielu graczy mogłoby się spodziewać po wersji na sprzęt Nintendo, choć oczywiście nie ma tej ostrości i czystości, co na mocniejszych platformach. Oświetlenie i detale pomieszczeń potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć - kiedy powoli idziesz korytarzem, a latarka rozcina ciemność, naprawdę czuć tę „dużą” jakość. Jasne, kompromisy są widoczne: cienie są prostsze, ambient occlusion mniej agresywne, a miejscami da się zauważyć późniejsze doczytywanie drobnych detali. Przy zbliżeniach włosy i cienkie elementy potrafią mieć lekko poszarpane krawędzie, ale to są rzeczy, które wyłapujesz głównie wtedy, gdy zaczynasz bawić się w porównania. W normalnej grze klimat i gęstość kadrów robią swoje.

Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2 najwięcej zyskuje właśnie na małym ekranie. Ja kolejny raz w głównej mierze grałem, trzymając konsolę w dłoniach i w takim wydaniu ta produkcja po prostu błyszczy. W trybie przenośnym gra renderuje się w niższej rozdzielczości wewnętrznej (432-720p), a następnie obraz jest skalowany do natywnej rozdzielczości ekranu. Mimo tego całość w ruchu wygląda bardzo dobrze, a na wyświetlaczu miękkość obrazu znacznie mniej rzuca się w oczy niż na telewizorze. W zasadzie wręcz przeciwnie... ciemne wnętrza, wąskie korytarze, piwnice i zakurzone pokoje Bakerów prezentują się świetnie, a drobne kompromisy giną w klimacie. Detale nadal są na miejscu, światło robi kapitalną robotę, a całość daje ten efekt „horroru w dłoniach”, którego wcześniej na Nintendo po prostu nie było.
Oczywiście nie jest to wydanie pozbawione kompromisów. Cienie mogłyby być ostrzejsze, część drobnych elementów otoczenia wypada skromniej niż na mocniejszych platformach, a przy dokładnym przyglądaniu się obrazowi da się wychwycić typowe ślady rekonstrukcji. Tyle że biorąc pod uwagę, iż mówimy o hybrydowej konsoli, która pozwala zabrać pełne Resident Evil 7 Gold Edition do plecaka, bilans i tak wychodzi zdecydowanie na plus.
Trudno w tym wypadku narzekać także na płynność. Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2 celuje w 60 klatek na sekundę i według testów przez większość czasu bardzo dobrze trzyma ten poziom, a w trybie przenośnym ekran z VRR dodatkowo pomaga maskować drobniejsze wahania animacji. Pod tym względem gra wypada pewniej niż Resident Evil Village na tej samej platformie, dlatego jeszcze mocniej czuć, że Capcom naprawdę odrobił tutaj pracę domową i przygotował bardzo solidny port.
Początek nowej serii wciąż smakuje

Powrót do Resident Evil 7 po Resident Evil Requiem był dla mnie trochę jak cofnięcie się do początku nowej ery tej serii. Requiem pokazało, jak świetnie działa perspektywa zwykłej osoby wrzuconej w sam środek koszmaru, ale dopiero przy Resident Evil 7 naprawdę czuć, że to właśnie tutaj Capcom poukładał wszystkie najważniejsze klocki. To wciąż wyjątkowo mocny horror - duszny, brudny, klaustrofobiczny i nieprzyjemnie „bliski”. Wchodzisz do posiadłości Bakerów i od razu masz wrażenie, że każda deska, każdy kąt i każdy dźwięk zostały zaprojektowane tylko po to, żeby wytrącić cię z równowagi. I co najlepsze: mimo że znam tę grę od premiery, po tylu latach naprawdę zdążyłem zapomnieć o wielu konkretnych scenach i jumpscare’ach. Kilka razy złapałem się na tym, że reagowałem niemal jak przy pierwszym podejściu - serce zaczynało bić szybciej, dłonie mocniej zaciskały się na konsoli, a w głowie pojawiało się bardzo klasyczne: „dobra, na dziś już wystarczy”.
Samo sterowanie i fundamenty rozgrywki praktycznie się nie zestarzały. Strzelanie nadal daje satysfakcję, zarządzanie ekwipunkiem wymusza myślenie, a tempo gry działa tak samo dobrze jak w dniu premiery. Nie ma tu żadnych rozwiązań, które po latach sprawiałyby wrażenie topornych albo męcząco archaicznych. Wręcz przeciwnie: dopiero dzisiaj jeszcze lepiej widać, jak wiele elementów, które zachwycają w Requiem czy Village, ma swoje korzenie właśnie w siódemce.
I właśnie dlatego tak przyjemnie wracało mi się do tego tytułu na Nintendo Switch 2. Resident Evil 7 nie jest tylko „starą częścią, którą fajnie odświeżyć na nowej konsoli”, ale fundamentem całego współczesnego Residenta. To tutaj Capcom udowodnił, że potrafi zresetować serię, postawić na kameralny horror i ponownie przestraszyć fanów, którzy byli już przekonani, że nic ich w tym uniwersum nie ruszy. Po latach fabuła nadal robi swoje, gameplay wciąż potrafi wywołać ciarki, a ja łapię się na tym, że po ukończeniu Requiem po prostu mam ochotę przejść tę historię jeszcze raz... tym razem spokojniej, na małym ekranie, z konsolą w dłoniach i słuchawkami na uszach.
Czy warto zagrać w Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2?
Zdecydowanie tak. Nie jestem pewien, czy polecałbym przechodzenie tej „trylogii” dokładnie w takiej kolejności, jak zrobiłem to ja (od najnowszej do najstarszej odsłony), ale ostatecznie i tak trudno mi narzekać na zaserwowane doświadczenie. Capcom przygotował lata temu mroczną, często naprawdę przerażającą i na swój sposób zaskakującą część uznanej serii, która potrafiła zrobić ogromne wrażenie nie tylko fabułą, ale także samą rozgrywką.
Po latach ten tytuł smakuje trochę inaczej. Dzisiaj już dobrze wiemy, co Capcom chciał wtedy osiągnąć, jaką drogą poprowadził serię i jak mocno Resident Evil 7 wpłynęło na kolejne odsłony. Trudno mi jednak nie odnieść wrażenia, że to właśnie recenzowany Resident Evil 7 pozostaje prawdziwym początkiem historii, którą dziś tak mocno się zachwycamy.
Najnowsze, hybrydowe wydanie po prostu błyszczy. Gra działa bardzo dobrze, prezentuje się zaskakująco solidnie i ostatecznie (niezależnie od tego, czy gracie na telewizorze, czy w trybie przenośnym) Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2 okazuje się znakomitym doświadczeniem.
Ocena - recenzja gry Resident Evil VII: Biohazard Gold Edition
Atuty
- Świetny port na Nintendo Switch 2,
- Kapitalny klimat horroru w trybie przenośnym,
- Pełne wydanie Gold z dodatkami,
- Gameplay, który w ogóle się nie zestarzał,
- Jedna z najważniejszych odsłon współczesnego Resident Evil.
Wady
- Widoczne kompromisy graficzne względem mocniejszych platform.
Resident Evil 7 na Nintendo Switch 2 pokazuje, że świetny survival horror potrafi obronić się nawet po latach – szczególnie gdy trafia na sprzęt, który pozwala przeżywać go w nowym trybie. Dom Bakerów nadal straszy, gameplay w ogóle się nie zestarzał, a hybrydowe wydanie oferuje kompletną wersję Gold z dodatkami, które sensownie rozwijają historię. To bardzo solidny port, który na małym ekranie błyszczy atmosferą i udowadnia, że duże horrory mogą świetnie działać także na Nintendo Switch 2.
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych