Remaster goni remaster. Sony, czy wy już nie macie nowych pomysłów na gry?

Remaster goni remaster. Sony, czy wy już nie macie nowych pomysłów na gry?

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 17:00

Wyobraźcie sobie klasyczny Dzień Świstaka. Budzicie się rano, parzycie kawę, odpalacie najnowszą prezentację State of Play i czekacie na to jedyne, elektryzujące ogłoszenie, które zdefiniuje nową generację konsol. Nagle na ekranie pojawia się logo PlayStation Studios, w tle słychać podniosłą muzykę, a spiker z pełną powagą ogłasza… kolejny remaster gry, w którą graliście raptem kilka lat temu.

To już nie jest śmieszne, to stało się oficjalną polityką wydawniczą japońskiego giganta. Zamiast otwierać przed nami nowe światy, Sony postanowiło zamienić się w kustosza własnego, wcale nie tak starego muzeum. I choć wszyscy narzekamy, że znowu każe nam się płacić za to samo, karuzela odświeżonych hitów kręci się w najlepsze, podczas gdy na w pełni oryginalne produkcje przychodzi nam czekać niemal całą dekadę.

Dalsza część tekstu pod wideo

The Last of US 2
resize icon

Lifting wczorajszego obiadu, czyli odświeżanie tego, co nie zdążyło się zestarzeć

Kiedyś słowo „remaster” miało swoje wyraźne i logiczne uzasadnienie. Wyciągano z szafy zakurzonego klasyka z czasów PSX-a czy PS2, podbijano rozdzielczość, poprawiano kanciaste modele postaci i dostosowywano archaiczne sterowanie do współczesnych standardów. Taki zabieg miał sens - pozwalał nowemu pokoleniu graczy zapoznać się z historią cyfrowej rozrywki bez bólu zębów i krwawienia z oczu. Dzisiaj jednak Sony (jak zresztą i inni wielcy wydacy na rynku) zredefiniowało to pojęcie, doprowadzając je do granic absurdu. Zaczęliśmy bowiem masowo odświeżać gry, które... wcale nie zdążyły się zestarzeć. Spójrzmy prawdzie w oczy. Gry z ery PS4 (a czasem i nawet z PS3) wciąż wyglądają i działają rewelacyjnie. Tymczasem polityka wydawnicza PlayStation Studios wydaje się opierać na przekonaniu, że jeśli produkcja ma więcej niż pięć lat, natychmiast wymaga wizyty w wirtualnej klinice chirurgii plastycznej.

Doskonałym przykładem tej kuriozalnej strategii jest seria The Last of Us. Arcydzieło Naughty Dog z 2013 roku najpierw dostało remaster na PS4, aby po latach otrzymać pełnoprawny remake na PS5. Jakby tego było mało, ledwie czteroletnie The Last of Us Part II również doczekało się swojej wersji „Remastered”. Podobny los spotkał Horizon Zero Dawn - grę z 2017 roku, która do dziś potrafi zachwycić oprawą wizualną, a mimo to zdecydowano się na jej odświeżenie. To trochę tak, jakbyśmy wzięli wczorajszy, wciąż pyszny obiad z lodówki, włożyli go do mikrofali, posypali świeżą pietruszką i próbowali wmówić domownikom, że to zupełnie nowe doświadczenie kulinarne prosto z restauracji z gwiazdką Michelin. W erze, którą złośliwi, ale niezwykle trafnie, ochrzcili mianem „RemasterStation 5”, granica między troską o dziedzictwo a cynicznym skokiem na kasę została dawno zatarta.

Bloodborne
resize icon

Płać i płacz, czyli jak sprzedać tę samą grę po raz trzeci

Najbardziej bolesny w tym wszystkim nie jest sam fakt istnienia odświeżonych wersji, ale model biznesowy, który się za nimi kryje. Płacenie po raz drugi, a w niektórych przypadkach nawet trzeci, za niemal identyczne doświadczenie to nowy standard w branży, do którego Sony próbuje nas brutalnie przyzwyczaić. Kiedyś, jeśli twórcy chcieli poprawić wygląd gry, wydawali po prostu darmową aktualizację lub łatkę (patch) na nowe urządzenia. Na komputerach osobistych wystarczy przesunąć suwak detali graficznych z „Wysokich” na „Ultra”, żeby cieszyć się lepszą jakością obrazu. Na konsolach zrobiono z tego osobny produkt, zapakowano w błyszczące pudełko z napisem „Director’s Cut” lub „Remastered” i wyceniono niczym nową grę.

Nawet jeśli korporacja wielkodusznie oferuje opcję „taniego ulepszenia” za kilkadziesiąt złotych dla posiadaczy starszej wersji, to nadal jest to monetyzowanie czegoś, co powinno być naturalnym cyklem życia produktu na nowej generacji sprzętu. Sprzedaje nam się nieco ostrzejsze tekstury, odrobinę szybsze czasy ładowania i wsparcie dla wibracji w padzie jako rewolucję wartą ponownego otwarcia portfela. Ironia polega na tym, że bardzo często są to jedyne duże premiery od wewnętrznych studiów Sony w danym roku kalendarzowym. Wypełniają one luki w kalendarzu wydawniczym, tworząc iluzję bogactwa i ciągłego wsparcia dla konsoli, podczas gdy w rzeczywistości dostajemy po prostu przepakowane hity sprzed lat. To najbardziej bezpieczny biznes pod słońcem - zero ryzyka twórczego, znikome koszty w porównaniu z produkcją od zera, a zyski potrafią być gigantyczne, bo przecież oparte na sprawdzonej i potężnej sile nostalgii. Tylko dlaczego wciąż dajemy się na to nabierać?

Horizon Zero Dawn Remastered
resize icon

Cmentarzysko pomysłów i dekada czekania na powiew świeżości

Ta bezpieczna, odtwórcza polityka ma swoją ogromną, ukrytą cenę, którą płacimy jako gracze. Kosztem kolejnych remasterów jest stagnacja całego ekosystemu PlayStation i pogrzebanie szans na nowe iekscytujące marki. Kiedyś każda nowa generacja konsol oznaczała wysyp świeżych pomysłów. Pojawiały się nowe światy, innowacyjne mechaniki, zuchwali bohaterowie i historie, których wcześniej nie znaliśmy. Dzisiaj proces produkcji gry z segmentu AAA (tych najdroższych i największych) rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, trwając nierzadko od 9 do nawet 10 lat, a budżety sięgają setek milionów dolarów. W obliczu takiego ryzyka finansowego szefostwo Sony dosłownie trzęsie się ze strachu przed inwestowaniem w coś, co nie jest już znanym i lubianym hitem.

Zamiast finansować ryzykowne, ale pionierskie projekty, wolą po raz setny poprawiać włosy Aloy w Horizon albo dodawać nowe pory na twarzy Kratosa. Tymczasem na cmentarzysku PlayStation leżą i kurzą się legendarne marki, które od lat proszą się o uwagę. Gdzie jest nowe Killzone? Gdzie Resistance, Jak & Daxter czy Sly Cooper? Ironią losu jest to, że jedyna gra, o której remaster fani dosłownie błagają od lat - genialne, lecz działające w koszmarnych 30 klatkach na sekundę Bloodborne - jest przez Sony konsekwentnie ignorowana. Korporacja woli wydawać odświeżone wersje gier, które tego nie potrzebują, jednocześnie zmuszając nas do czekania całą dekadę na to, aż studia takie jak Naughty Dog czy Santa Monica wymyślą cokolwiek nowego, o ile w ogóle dostaną na to zielone światło. Jesteśmy uwięzieni w twórczej zamrażarce, w której podaje nam się tylko to, co sprawdziło się wczoraj.

GTA 5
resize icon

Podsumowanie

Możemy wylewać swoje frustracje na internetowych forach, pisać złośliwe artykuły i rwać włosy z głowy na widok kolejnej odświeżonej edycji gry, w którą graliśmy na poprzedniej konsoli. Prawda jest jednak brutalna i niezwykle ironiczna. Sony nie zmieni swojej polityki wydawniczej tak długo, jak długo my sami będziemy to kupować. Liczby w excelach japońskiej korporacji muszą się zgadzać, a dopóki remastery sprzedają się w milionach egzemplarzy, dopóty nikt tam nie podejmie ryzyka stworzenia nowej, wielkiej marki.

Staliśmy się zakładnikami własnych, ciepłych wspomnień i wygody. Kupując po raz trzeci tę samą przygodę, aby zobaczyć ładniejsze cienie i szybsze czasy ładowania, własnoręcznie podpisujemy wyrok na innowacyjność w branży gier wideo. I dopóki ten trend się nie odwróci, pozostaje nam jedynie wygodnie rozsiąść się w fotelu i czekać na kolejną zapowiedź „The Last of Us Part I: Remastered Director’s Cut” na PS6.

Łukasz Musialik Strona autora
Dla niego gry to nie tylko piksele na ekranie, ale przede wszystkim emocje i historie, które zostają w głowie na lata. Kolekcjoner wspomnień, który potrafi docenić zarówno wysokobudżetowe hity, jak i niszowe perełki od twórców niezależnych. Wierzy w ideę „gaming łączy, a nie dzieli”, dlatego z równym entuzjazmem podchodzi do każdej platformy, która ma do zaoferowania coś ciekawego. Gdy nie trzyma pada w dłoniach, pewnie planuje, w jaki sposób zmieścić na dysku kolejną wielką produkcję, obiecując sobie, że tym razem na pewno ją ukończy.
cropper