Aloy z Horizon Forbidden West

Horizon Forbidden West to prawdziwy next-gen! Pierwszy murowany kandydat do GOTY 2022

Mateusz Wróbel | 18.02, 22:30

Styczeń i luty tego roku to jeden z najlepszych okresów w moim życiu gracza. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnim razem cieszyłem się tak bardzo z nowych premier, nie czując przy tym jakiegokolwiek zmęczenia. Nawet Assassin's Creed Valhalla i Cyberpunk 2077 z końcówki 2020 roku nie dawały mi tyle frajdy, co najnowsze premiery.

Uwaga! To nie jest recenzja gry, ponieważ tą znajdziecie w tym miejscu.

Po spędzeniu niemalże 100 godzin w Dying Light 2 Stay Human, na warsztat wziąłem Horizon Forbidden West, który gościł na mojej PS5 już przez przeszło 70 godzin. I z ręką na sercu mogę śmiało powiedzieć, że ani przez jedną minutę z tych 170 godzin nie czułem jakiegokolwiek znużenia. Ba, ja chcę jeszcze więcej wrażeń płynących ze zwiedzania Villedoru i Zakazanego Zachodu i liczę na to, że obie gry skrywają przede mną jeszcze jakieś sekrety.  

Nie jestem fanem Horizon Zero Dawn...

Horizon Forbidden West Aloy

Tym razem chcę przedstawić swoją opinię dotyczącą pełnoprawnej kontynuacji przygód Aloy. Co najważniejsze, jest to tekst z perspektywy osoby, którą Horizon Zero Dawn wymęczyło potwornie i jednocześnie uważającej, że gdyby nie świetna oprawa graficzna wyciskająca z PlayStation 4 ostatnie soki, to tytuł przeszedłby bez echa. Cóż, nie potrafiłem wczuć się w odgrywaną rolę, a postapokaliptyczny świat, choć piękny na każdym kroku, nie zaintrygował mnie swoją tajemniczością.

Z Horizon Forbidden West jest diametralnie inaczej. Mimo tego, iż przed premierą do gry podchodziłem neutralnie, to jednak czułem, że będzie to o niebo lepsza zabawa niż w przypadku rzeczonej "jedynki". Deweloperzy niejednokrotnie wspominali, że zajęli się jakością zadań pobocznych, animacjami, mimiką twarzy i wszelkiego rodzaju aktywnościami, co brzmiało bardzo wiarygodnie, ponieważ Horizon Zero Dawn cierpiał właśnie - w moim odczuciu - szczególnie na te elementy. Questy nie angażowały, a stojąca ciągle jak kołek Aloy nie przyczyniała się do pozytywnego odbioru gry.

W Horizon Forbidden West czegoś takiego nie ma. Od pierwszej minuty rozgrywki czuć, jakby Guerrilla Games wykonało nie jeden, a dwa kroki naprzód - w oczy rzuciły mi się przede wszystkim zachowania bohaterów podczas dialogów, które teraz nie jest tak drętwe, jak w Horizon Zero Dawn. Postacie wykonują dziesiątki, jak nie setki gestów, począwszy od rozkładania rąk i wzruszania ramionami przy wyrażaniu bezradności, poprzez unoszenie brwi sygnalizujące zaskoczenie, a skończywszy nawet na przewracaniu oczami czy lekkim uśmiechu. Może wciąż nie jest to poziom Naughty Dog, które w tymże aspekcie przy The Last of Us 2 przeszło samych siebie, ale Spider-Mana od Insomniac Games już owszem.

...ale prawdopodobnie będę psychofanem Horizon Forbidden West

Varl i Aloy Horizon Forbidden West

Nie musiałem długo grać, aby zauważyć, że zadania poboczne są teraz bardzo rozbudowane. Twórcy postanowili podzielić dziennik na wiele kategorii i nie brakuje w nim opcjonalnych aktywności rozsianych po całej mapie, lecz, co warto nadmienić, questy zostały podzielone na misje poboczne i zwykłe przysługi. To dobra decyzja, ponieważ pozwoliło to podzielić opcjonalne wątki odpowiednio na dłuższe, ciekawsze zadania, a także, jak sama nazwa wskazuje, krótkie misje sprowadzające się zazwyczaj do krótkiej rozmowy z NPC-em i udzieleniem mu pomocy w walce z bandytami/maszynami.

Gdy rozgryzłem ten system, to każdą przyjętą misję poboczną wykonywałem bez jakiegokolwiek zastanowienia się. Stoją one tutaj na wysokim poziomie i bardzo często wpływają na bohaterów, których spotkaliśmy lub dopiero spotkamy w wątku głównym. Szczególnie dobrze wspominam serię zadań skupiających się na wybraniu przywódcy jednego z klanów z Zakazanego Zachodu, wątek poświęcony starej, dobrej przyjaciółce z "jedynki", czy kwestia przywódcy pewnej wioski Oseramów. Zajmując się misjami pobocznymi czujemy, że wpływamy na świat przedstawiony przez Holendrów i to najbardziej mnie cieszy.

Do pozytywnego odbioru produkcji Sony przyczyniły się także, będące nowością w marce, misje towarzyszy i wynagradzające nasz trud aktywności poboczne. I to nie w ten banalny sposób, sprowadzający do zdobycia punktów doświadczenia, dodatkowych monet czy wyposażenia, ale wprowadzający nawet kolejne, ważne zadania, w których biorą udział nasi kompani. To mi wygląda jak lekcja od Bend Studio, twórców Days Gone, w których zajęcie się obozami bandytów czy obiektami NERO było wisienką na torcie ze względu na rozbudowywanie zakończeń poszczególnych wątków.

Grzechem byłoby nie wspomnieć jeszcze o poprawieniu jakości dialogów. Te w Horizon Zero Dawn, powiedzmy to sobie jasno, były kijowe i czasami drętwe do bólu. W niektórych przypadkach czułem się nawet, jakbym spędzał czas w grze tworzonej przede wszystkim z myślą o młodym graczu. W Horizon Forbidden West może nie ma przesadnej brutalności czy wulgaryzmów (może to i lepiej, bo ciężko wyobrazić sobie, jak Aloy, w stylu Deacona z Days Gone, rzuca przekleństwami na lewo i prawo - to do niej po prostu nie pasuje), ale rozmowy są... zdecydowanie bardziej żywe i konkretniejsze. Bohaterowie nie gadają o głupotach, tylko często przechodzą do najważniejszych tematów, co w połączeniu z dopracowanymi animacjami bardzo mnie satysfakcjonuje.

Poprzednia generacja? W ogóle tego nie czuć

Horizon Forbidden West Granica opłacalności 4

Przed premierą martwiłem się tym, że Horizon Forbidden West jest tytułem między-generacyjnym. Niepotrzebnie, bo gra na PS5 prezentuje się bosko. Rozgrywkę zacząłem w "prawdziwym" 4K przy zablokowanym liczniku FPS na wartości "30" i gdy przerzuciłem się na tryb wydajności, oferujący dynamiczne 1800p przy stałych 60 klatkach na sekundę, nie potrafiłem wrócić do tej pierwszej opcji. Strzelanie z łuku, poruszanie się postaci czy ogólna frajda z rozgrywki jest dużo większa przy większej płynności. Czuć różnicę w grafice, ale uważam, że nie warto stawiać 4K nad 60 FPS-ami akurat w grze, w której pierwsze skrzypce odgrywają zjawiskowe, pełne zwrotów akcji walki z maszynami. Zresztą, jak już dostaniecie w swoje łapki grę i przetestujecie oba tryby, to jestem pewny, że 99% tutaj zebranych zdecyduje się na większą wydajność.

Mimo tego, iż w Horizon Forbidden West odkryłem już niemalże każdy skrawek mapy, to wciąż z bananem na twarzy wracam sobie na zachodnią część udostępnionej nam mapy, aby poszukać tam jakichś sekretów. Mapa została podzielona na kilka terytoriów (można tak naprawdę wyróżnić sześć głównych stref), a każde z nich zwiedzicie wraz z postępem fabuły. Guerrilla Games przemyślanie przygotowało lokacje, które sprawdzicie podczas poznawania wątku głównego, a mnie najbardziej do gustu przypadły zalesione tereny przezywane przez tamtejszych mieszkańców nizinami. Zwiedzanie ich na latającej maszynie jest czymś wyjątkowym.

Nie spodziewałem się, że to będzie aż tak dobre!

Horizon Forbidden West Niziny

Dochodzę do konkluzji, że Horizon Forbidden West to obecnie moja jedna z najbardziej ulubionych gier od Sony. Ani przez chwilę mi się o tym nie śniło, szczególnie po Horizon Zero Dawn, które, tak, jak wspomniałem wyżej, niemiłosiernie mnie wynudziło. Rzadko kiedy wystawiam 10/10 w swoim własnym kąciku i maksymalnej noty nie wlepię także Horizon Forbidden West. Nie dlatego, że czegoś mi w tej grze brakuje, czy na jakimś elemencie/mechanice się srogo zawiodłem, a dlatego, że podczas swojego przejścia natrafiłem na kilka błędów.

Jeden z nich uniemożliwia mi ukończenie jednej z kilkudziesięciu przysług (postać jak nie pojawiała się przy znaczniku po przyjęciu questa, tak przez naście godzin rozgrywki wciąż tego nie robi). Drugi z nich odpowiadał za dwukrotne zablokowanie się NPC-ów, którzy nie potrafili zeskoczyć za mną z klifu (prawdopodobnie rozchodzi się tutaj o tarczo-spadochron, którego mieszkańcy nie posiadają). Przez te 70 godzin trafiłem, przy bardzo ciężkich starciach, również na pewien bug powodujący chwilowe wariactwo kamery, gdy ustawimy ją zbyt blisko skał i będziemy próbować po nich skakać.

Ocena 10/10 to dla mnie gra bez wad. Mnie Horizon Forbidden West nie potraktowało ulgowo pod względem małych błędów, co doprowadziło do tego, że trochę ich spotkałem. Gdyby nie one, to cóż, przygoda Aloy z pewnością dołączyłaby do worka z Mass Effect 2, Detroit: Become Human czy The Last of Us, czyli gier, które według mnie w pełni zasłużyły na maksymalną notę.

Guerrilla Games ma u mnie ogromny kredyt zaufania i nie mogę doczekać się, co zaserwują nam w najbliższych latach. Skoro Horizon Forbidden West wyszedł na dwie generacje, to jestem naelektryzowany na myśl, jak dużo fajerwerków zostanie odpalonych, gdy będą przygotowywać produkcję wyłącznie pod obecną generację. 

cropper