Tak jak wspominałem na samym wstępie, Curse of the Dead Gods dostępne było dotychczas w ramach wczesnego dostępu. Wiele złego można o tego typu grach powiedzieć - jak choćby to, że nigdy z tej wczesnej fazy nie wychodzą. Na całe szczęście, recenzowana przeze mnie produkcja do takich nie należy. Jeszcze zanim wyszła z tego dziecięcego wieku, cieszyła się wysokim uznaniem. Nic więc dziwnego, że doczekała się swojej premiery na sprzętach innych, niż komputery osobiste. I dobrze się stało, bo to produkcja godna uwagi.

Przekleństwo martwych bogów

Curse of the Dead Gods - recenzja gry. Przechodzenie przez walący się most

Standardowo zacznę recenzję od przedstawienia, czym właściwie jest Curse of the Dead Gods. Zapewne wiecie już, że omawiana gra posiada cechy gier znanych jako hack'n'slash oraz rogue-lite. To pierwsze wpływa przede wszystkim na walkę, na której opiera się większość. Mamy tu do czynienia ze starciami w czasie rzeczywistym, gdzie każda czynność kosztuje wytrzymałość. Możemy więc wykonać w danym czasie określoną ilość ataków i uników. Standard.

Druga najważniejsza tutaj rzecz, to rogue-lite. Oznacza to tyle, że trzeba liczyć się z pewną losowością oraz resetowaniem części postępów - nie na taką skalę jak w przypadku rogue-like. Tutaj część postępów jest zachowana. Do dyspozycji mamy 10 świątyń, z których każdą musimy przejść na jednym życiu. Jeśli jednak dotrwamy do końca każdej z nich, nie będziemy zmuszeni do powtarzania żadnej - choć mamy taką możliwość.

Wszystkie z dostępnych świątyń mają swojego boga, z którego awatarem będziemy musieli zmierzyć się na końcu. Początkowo występują oni w pojedynkę, ale im dalsze rejony zwiedzamy, tym więcej bossów poprzedza tego ostatniego. Lochy z czasem stają się znacznie bardziej rozbudowane. Pierwsze z nich kończą się po przemierzeniu 10 pokoi, ale już kolejne mają ich nawet trzykrotnie więcej. Wspomnieni czempioni poprzedzający "szefa wszystkich szefów" to ważniejsi agresorzy, z którymi walczyliśmy wcześniej. Ma to swoje zalety, bo gra nie rzuca w nas kolejnymi wrogami, których musimy się nauczyć. Dzięki temu nie jest przesadnie trudna, choć nie oznacza to, że należy do łatwych - jeśli już to tylko na początku. Z drugiej strony może z tego względu doskwierać pewna powtarzalność.

Kto nie ryzykuje, ten się nie bogaci

Curse of the Dead Gods - recenzja gry. Walka z przeciwnikami

Wspomniane świątynie wybieramy ze swoistej bazy wypadowej, w której mamy również możliwość zdobycia nowych "błogosławieństw". Tutaj odblokujemy też bronie, które będą losowane przed pójściem na kolejną wyprawę. Można powiedzieć, że rzecz z uzbrojeniem funkcjonuje podobnie jak choćby w Dead Cells. Dopiero niejako zdobyte bronie podlegają losowaniu.

Kluczową rzeczą, do której nawiązuje sama nazwa Curse of the Dead Gods, są właśnie klątwy. Przechodzenie przez kolejne pomieszczenia w świątyniach coraz bardziej "plugawi" naszego bohatera. Dzieje się tak aż do momentu, w którym otrzyma jedną z wielu losowo przyznawanych klątw. Maksymalnie może mieć ich 5 - z czego ostatnia zawsze będzie stopniowo odbierać punkty życia, aż zostanie tylko jeden. Tym samym będziemy mocno narażeni na przedwczesny zgon, jeśli zachowamy się nieroztropnie.

Nie tylko drzwi do kolejnych komnat przeklinają bohatera. Każda z komnat ma określoną funkcję. Może to być swego rodzaju skarbiec, w którym znajdziemy głównie złoto. W innej trafimy na ołtarz z uzbrojeniem i w takiej sytuacji możemy zdecydować, czy cokolwiek chcemy pozyskać. Następnie pozostaje wybrać, czy zapłacimy za nowy rynsztunek krwią (co zwiększy prawdopodobieństwo złapania klątwy), czy też złotem (co poza stratą waluty nie niesie żadnych konsekwencji). Nie jest też tak, że idziemy "na ślepo" i nie wiemy gdzie zaprowadzą nas kolejne kroki. Do dyspozycji mamy mapę, dzięki której możemy do pewnego stopnia zdecydować, jaką ścieżką pójdziemy i które pomieszczenia odwiedzimy.

Są też sposoby na opóźnienie momentu, w którym dosięgnie nas przekleństwo. Może to być umiejętność wykupiona w bazie, czy oddawanie bogom w ofierze znalezione artefakty i bronie - pod warunkiem, że właśnie taka korzyść z oddania znalezionego przedmiotu będzie przewidziana w danym przypadku. Bo korzyści ze złożenia ofiary mogą być różne - jak choćby odzyskanie części utraconego zdrowia, czy zdobycie złota. Nie jesteśmy więc w całości uzależnieni od tego, co zdecyduje los.

Niech przeklęty będzie ten, który zakłóca nasz spokój

Curse of the Dead Gods - walka z czempionem

Same klątwy, to bardzo fajnie przemyślany i ciekawy system, o którym warto w tej recenzji powiedzieć coś więcej. Curse of the Dead Gods jest pod tym względem dość mocno rozbudowane i podejrzewam, że nie poznałem większości tego co przygotowali twórcy. Jednocześnie zrobili to na tyle dobrze, że fajnie spina się to w spójną całość.

Jeśli myślę o przykładach, to jako pierwsza do głowy przychodzi mi klątwa, która sprawia, że nasza postać ma mniejszą wytrzymałość. Jednocześnie jednak zabicie przeciwnika pozwala odzyskać jej więcej, niż na normalnych warunkach. Dobrze sprawdzi się to w walce z wieloma przeciwnikami jednocześnie, ale podczas pojedynku z bossem, już nie za bardzo. Inna sprawia, że nasza postać leczona jest po zabiciu każdego przeciwnika - jednocześnie jednak szybciej narażamy się na korupcję.

Wystarczy użyć odrobiny wyobraźni, by móc stwierdzić jak uatrakcyjnia to zabawę w Curse of the Dead Gods, Tym bardziej, że wiele z tych potencjalnych kar wcale nie musi działać na naszą niekorzyść. Bo przecież mogą dobrze współgrać z dobranymi przez nas broniami, czy artefaktami. Tym samym jeśli zadbamy o odpowiednie warunki podczas starć (co też nie zawsze jest możliwe), możemy zabijać przeciwników znacznie szybciej. Za opracowanie tych wszystkich zależności daję twórcom ogromnego plusa.

Przyszedłem tu walczyć

Curse of the Dead Gods - recenzja gry. Skrzynia ze skarbem

Curse of the Dead Gods to mocno złożony tytuł, więc trudno się nie rozpisać. Sporo tutaj niuansów, których pominięcie nie odda fenomenu tej małej produkcji. Myślę, że najbardziej skomplikowane rzeczy są już za nami, dlatego mogę przejść do nieco prostszych, ale równie ważnych elementów. W tej części recenzji skupię się na samej walce i rzeczach ściśle z nią związanych.

Również pod tym względem Curse of the Dead Gods błyszczy, przynajmniej w swojej klasie. System walki nie jest niczym nadzwyczajnym, ale jego siła tkwi w swoistej prostocie i bardzo poprawnym wykonaniu. Mówimy o niszowym tytule i jak wiadomo, wiele z nich cierpi na niedoróbki. Na szczęście tutaj jest inaczej, choć dzieło Passtech Games nie wystrzegło się takowych. Do tego jednak przejdę nieco później.

Jak możecie zauważyć po umieszczonych w tekście zrzutach ekranu, mamy do czynienia z rzutem izometrycznym (bez możliwości obracania kamery). Mówiłem już wcześniej o unikach i tym, że każdy z nich wraz z kolejnymi atakami męczy protagonistę. Poza samym unikiem, mamy też możliwość parowania ciosów - wykonanie go w idealnym momencie niesie ze sobą oczywiście pewne korzyści. Skoro oczywistości mamy za sobą, wspomnę o nieco ciekawszych rzeczach.

Do dyspozycji mamy podstawową broń, pochodnię, broń dodatkową i ciężką. Za użycie każdej z nich odpowiedzialny jest odpowiedni przycisk i jeśli chodzi o sterowanie, nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Swoją kombinację ataków możemy zacząć od podpalenia przeciwnika pochodnią, następnie dwa razy uderzyć go bronią zwykłą, by ostatecznie wykończyć go potężnym młotem, zadającym jednocześnie obrażenia od prądu - tym samym jeśli się nam poszczęści, błyskawice dodatkowo zahaczą pozostałych przeciwników. Takich kombinacji jest tutaj od groma i świetnie wpływa to na jakość zabawy, zwłaszcza że łączenie kolejnych akcji przebiega bardzo płynnie.

Do tego dochodzą kolejne niuanse. Domyślnie w ciemności zadajemy większe obrażenia, ale znów nie widzimy pułapek. Musimy więc zdecydować, czy podejmujemy ryzyko, czy może walczymy bezpiecznie, ale mniej efektywnie. Wspomniane pułapki możemy wykorzystać przeciwko wrogom, ale możemy też sprawić, że sporo z nich wykończy się wzajemnie. Opłaca się też pamiętać o tym, że podpalony przeciwnik będzie naszym źródłem światła, co też ukształtować może przebieg starcia. Niby nic nowego, ale twórcy świetnie to przemyśleli i opracowali.

Mówiąc z kolei o niedoróbkach, mam na myśli w zasadzie jedną. Zdarzyło mi się kilka razy, że atak przeciwnika, który powinien mnie dosięgnąć, nic mi nie zrobił. Bywało też, że stało się na odwrót. Takie sytuacje pojawiały się skrajnie rzadko, ale trzeba przecież o nich wspomnieć. Mogą komuś popsuć szyki i nieco zdenerwować. To gra, w której nie ma zbyt wiele miejsca na błędy, tym bardziej inne niż gracza.

Grunt to kontrola

Curse of the Dead Gods - recenzja gry. Walka

Podczas zwiedzania świątyń w Curse of the Dead Gods, trafimy nie tylko na bronie i artefakty. Poza nimi otrzymamy też swoistego rodzaju surowce, które wpłyną na wspomniane wyżej benefity, ale również rozwój bazy wypadowej. Podzielone są one na dwa rodzaje. Pierwszy z nich, najbardziej powszechny, wykorzystamy do kupowania nowych "błogosławieństw". Może to być dla przykładu większa tolerancja na "zepsucie" prowadzące do klątwy. Może to być "furia", która sprawi, że gdy nasza postać zostanie zraniona, przez kilka sekund będzie zadawać znacznie większe obrażenia. Na każdą wyprawę możemy zabrać maksymalnie trzy takie błogosławieństwa.

Drugą funkcją omawianych surowców jest rozbudowywanie bazy. Mogą to być choćby ołtarze, na których znajdziemy wylosowane bronie. Wspomniane ołtarze początkowo są zrujnowane, więc w ten sposób je odbudujemy i zyskamy większy wybór broni. Zwiększymy tym samym prawdopodobieństwo wylosowania czegoś lepszego. Z kolei drugi surowiec (jadeitowe pierścienie) służy tylko i wyłącznie do odblokowywania użytych niegdyś broni.

Oprócz tego w świątyniach możemy trafić na ołtarze, dzięki którym wpłyniemy na atrybuty postaci. W zależności od tego co zostanie wylosowane, może to być zwiększenie żywotności, jej szybkość, czy siła ataku. Jednocześnie trzeba też zwrócić uwagę na zależności, bo niektóre bardziej sprawdzą się z ekwipunkiem, którego aktualnie używamy. W tej grze nie ma nic za darmo, więc za takie przyjemności trzeba oczywiście zapłacić - złotem lub krwią. Bonusy do atrybutów obecne będą jedynie na czas zwiedzania danej lokacji.

Zaproszenie do zaginionej świątyni

Curse of the Dead Gods - recenzja gry. Komnata pełna ludzkich szczątek

Na koniec pozostawiłem kwestie stylistyki, fabuły i klimatu Curse of the Dead Gods. Moim pierwszym skojarzeniem było Darkest Dungeon, ale to w zasadzie tyle i jedynie z uwagi na "kreskę" produkcji. Dzieło utalentowanego Passtech Games ma swój unikalny styl - choćby z uwagi na to, że nawiązuje między innymi do azteckiej architektury. Przy tym wygląda bardzo przyzwoicie. Walki również potrafią wyglądać widowiskowo, co sprawia, że są bardziej emocjonujące.

Ponadto jest stosunkowo mroczno i krwawo, więc jeśli ktoś ceni sobie podobne klimaty, powinien być zadowolony. Mi się podobało. Niejednokrotnie trafimy do lokacji, w której w tle słychać nieco niepokojące szepty, a na ścianach i podłodze danej komnaty spoczywają ludzkie szczątki poprzednich śmiałków. Im bliżej końca gry, tym bardziej się to nasila, aż do sytuacji gdzie trafiamy na stosy trupów. Nie jest jednak tak, że ciągle poruszamy się po wnętrzach - zdarza się też wyjść na świeże powietrze, choć wciąż będzie to ulewna noc.

Fabuły w Curse of the Dead Gods w zasadzie nie ma. Pierwsza scenka pokazuje nam jak protagonista wchodzi do opuszczonej świątyni i zostaje w niej uwięziony. To tyle. Poza tym pozostają opisy przeciwników w kodeksie, z których można wyciągnąć znacznie więcej treści. Aczkolwiek to wszystko. Dla mnie to nie problem, ale wśród Was znajdą się pewnie osoby, którym będzie to przeszkadzać.

Muzyka też jest niczego sobie, ale również nie jest niczym nadzwyczajnym. Dobrze buduje klimat i nic ponadto. Jako entuzjasta muzyki filmowej i tej z gier, stwierdzam, że raczej nie słuchałbym jej poza samą grą - wyjątkiem mogłyby być utwory przygrywające podczas starć z bossami, bo te nieco się wyróżniają. Odnoszę zresztą wrażenie, że sporo motywów się powtarza. co też niestety wpływa na to, że Curse of the Dead Gods potrafi zmęczyć przy dłuższych sesjach.

Słowem podsumowania, jeśli szukacie stosunkowo dużego wyzwania, gry skupiającej się przede wszystkim na rozgrywce, a ponadto nie przeszkadza Wam pewna losowość i częściowe resetowanie postępów, Curse of the Dead Gods jest dla Was. Sam spędziłem z produkcją blisko 50 godzin i jeszcze sporo przede mną. Muszę jednak przyznać, że bywałem zmęczony. Już nawet nie mówię o wysokim poziomie trudności - czasami doskwiera powtarzalność, choćby dlatego, że zwiedzamy mocno podobne do siebie lokacje i wielokrotnie walczymy z tymi samymi przeciwnikami. Mimo to, jest to produkcja jak najbardziej godna uznania.