I nie było już nikogo (2015) - recenzja, opinia o serialu [BBC]. Tak się adaptuje Agathę Christie
Osiem osób, które nic ze sobą nie łączy. Dwójka służących, która nie wie dla kogo pracuje. Tajemniczy właściciel wyspy, oskarżający ich wszystkich o ciężkie zbrodnie, samemu jednak pragnąc pozostać anonimowym. Kim jest U. N. Owen i czego naprawdę chce od swoich gości?
Lekko ponad dziesięć lat temu, na BBC zaczął wychodzić krótki, trzyodcinkowy mini-serial będący adaptacją bodajże najbardziej popularnej powieści Agathy Christie. Może trochę za mało to czasu, by nazywać ten dzisiejszy tekst "retro" recenzją, ale bardzo chciałem go napisać, zwłaszcza po tym, jak miesiąc temu ukazało się "Siedem zegarów Agathy Christie", produkcja pod każdym jednym względem słabsza od tej dzisiejszej. A, że łatwo złapać ją na CDA czy nawet YouTube'ie, to aż szkoda byłoby o niej nie przypomnieć.
Sama Christie opowiadała w wywiadach, że przychylne recenzje to jedno, ale sama była dumna z tego, jak jej ta książka wyszła. Mamy tu do czynienia z całkiem nieszablonową tajemnicą, którą poniekąd sugeruje tytuł (co ciekawe, oryginalnie brzmiał on "Ten little niggers", ale z jakiejś przyczyny został później zmieniony na "And then there were none"), a która sama w sobie jest na tyle nieoczywista, że autorka musiała zawrzeć w książce liścik, w którym sprawca przyznaje się do tego, co zrobił, bo bez tego byłaby to zapewne zbrodnia doskonała. I to właśnie tutaj kryje się największy (jedyny) problem serialu. Twórcy woleli aby morderca samodzielnie wyznał swoje winy, co z jednej strony daje widzom poczucie spełnienia i satysfakcji, z drugiej, wymaga zwięzłości, która sprawia, że odbiorca chciałby więcej, chciałby zobaczyć jak to wszystko się potoczyło, czego serial mu nie daje. To trochę ten sam problem, co w ostatnich kryminałach J. K. Rowling (najnowszy jeszcze czytam, więc proszę bez spoilerów), gdzie rozwiązanie jest logiczne i sensowne, ale podane tak szybko, że i tak czuję się niedosyt.
I nie było już nikogo (2015) - recenzja, opinia o serialu [BBC]. Dziesięciu małych żołnierzy poszło jeść...
Historia "I nie było już nikogo" jest tak popularna, że Hollywood przemaglowało ją już na wszystkie sposoby. Istnieją adaptacje radiowe, swoją wersję nakręcili jutuberzy z Rooster Teeth, animowaną wariację na temat zrobił "Family Guy", a jeszcze luźniej, choć wciąż nawiązując do tematu, zaadaptował ją Michael Cooney w scenariuszu do "Tożsamości" Jamesa Mangolda. Klasyka pozostaje jednak najdoskonalsza, z czego zdawali sobie sprawę reżyser, Craig Viveiros, i scenarzystka, Sarah Phelps. Ich wersja przemodelowuje dialogi na bardziej dzisiejsze, dodaje kilka scen i zmienia część detali, ale prócz tego, jest to chyba najwierniejsza adaptacja powieści Christie.
Dziesięć osób - sędzia Wargrave (Charles Dance), ex-guwernantka, Vera Claythorne (Maeve Dermody), najemny żołnierz, Phillip Lombard (Aidan Turner), emerytowany detektyw, William Blore (Burn Gorman), uznany chirurg, doktor Armstrong (Toby Stephens), nieprzyjemna dama w zaawansowanym wieku, Emily Brent (Miranda Richardson), służący, Thomas Rogers (Noah Taylor), weteran wojenny, generał MacArthur (Sam Neill), kucharka, Ethel Rogers (Anna Martin) oraz dziedzic pokaźnej fortuny, Anthony Marston (Douglas Booth). Wkrótce po przybyciu na wyspę pana Owena dowiadują się, o jakie zbrodnie zostają oskarżeni - czego, oczywiście, szybko i stanowczo się wypierają. Nie rozumieją jeszcze, że ich gospodarz nie zamierza poprzestać na samych tylko oskarżeniach. Wkrótce odnalezione zostaje pierwsze ciało, a sposób, w jaki dokonało żywota zdaje się korespondować ze starą rymowanką, która zdobi ściany ich sypialni. Wkrótce po pierwszej śmierci, nasi bohaterowie zauważają, że jedna z dziesięciu, szmaragdowych figurek stojących na stole w jadalni... Została przez kogoś zabrana. Czy wiersz zwiastuje przyszłość, która ich wszystkich czeka? A może ktoś jedynie sobie z nimi pogrywa? Aspekt psychologiczny jest w serialu Viveirosa i Phelps bardzo ważny. Odcięci od świata, zamknięci z mordercą, który niczym duch nie zostawia za sobą śladów, oskarżeni o potworne czyny, z czasem zaczynają odchodzić od zmysłów, co widać zarówno po ich zachowaniu, jak i wyglądzie. Bliżej końca to już wraki ludzi, złamani, niemal dzicy.
I nie było już nikogo (2015) - recenzja, opinia o serialu [BBC]. Psychologiczny whodunnit z pazurem
Serial nakręcony został absolutnie pierwszorzędnie. Już sama wyspa, miejsce akcji, robi wrażenie, łącząc surowość otoczenia z pięknem stojącej na niej rezydencji, lecz to sposób kręcenia kolejnych scen, budowanie nastroju światłem, cieniem i niepokojącą muzyką sprawiają, że nawet znający książkowy oryginał widz będzie czuł napięcie widząc, jak ktoś przekrada się nocą korytarzem, jak Vera powoli zmierza w kierunku niepokojącego ją dźwięku, jak suche gałęzie drzew tańczą na wietrze. Prócz tego, regularnie oglądamy również retrospekcje rzucające światło na wydarzenia z przeszłości, które z początku mogą wydawać się być chwilą wytchnienia, powrotu do spokoju i bezpieczeństwa, lecz ostatecznie wszystkie potwierdzają tylko to, co już od pewnego czasu podejrzewamy - tutaj nie ma miejsca na wytchnienie dla niegodziwości.
Największym problemem serialu jest chęć wybrania przez twórców głównego bohatera. Wiadomo, widz lubi mieć się do kogo "przykleić", więc kusi aby z jednej postaci zrobić tę wiodącą. Rzecz w tym, że książkowy oryginał traktuje wszystkich po równo, dzięki czemu nigdy nie możemy mieć pewności kto jest dobry, kto zły i w jakiej kolejności zaczną ginąć. W serialu BBC główną bohaterką bez wątpienia jest Vera. To na niej i jej reakcjach najczęściej skupia się kamera i jest to o tyle problematyczne, że z miejsca pozwala, hmmmm... Mniej się o nią martwić. Nie rujnuje to w żaden sposób odbioru serialu jako całości, a fabuła wciąż pełna jest zagadek i fałszywych tropów, lecz wydaje mi się, że jest to niedopatrzenie, którego można było spokojnie uniknąć, a klimat niepewności i niepokoju tylko by na tym zyskał.
"I nie było już nikogo" to kawałek absolutnie świetnej telewizji. Gwiazdorska obsada oznacza, że każda jedna z dziesięciu zebranych na wyspie postaci ma szansę zrobić wrażenie na widzach. Relacje między nimi są raczej napięte, bo i cała sytuacja do przyjemnych nie należy, lecz bez wątpienia są to ludzie z krwi i kości, targani przeróżnymi emocjami - co czasem potrafi eksplodować spektakularnie , czy to w retrospekcji czy to bliżej końca, kiedy wszyscy znajdują się już na granicy swojej mentalnej wytrzymałości. Serial Anglików trzyma widzów w żelaznym uścisku niemalże od początku, aż do samego końca, a zagadka, choć logicznie składna, jest niezwykle trudna do przedwczesnego odgadnięcia - przez co okrutnie ciężko się o niej rozmawia, nie chcąc zdradzić zbyt wiele. Tak czy inaczej, polecam.
Atuty
- Gęstniejący z minuty na minutę klimat;
- Dobra obsada;
- Nastrojowe zdjęcia;
- Dobrze pomyślana i przedstawiona intryga;
- Dobre tempo - trzy godziny i historia opowiedziana.
Wady
- Część zmian względem oryginału działa na niekorzyść zagadki;
- Garść mocno spoilerowych nielogiczności.
"I nie było już nikogo" to Agatha Christie w najlepszym wykonaniu - wciągająca zagadka, dobrze napisane postacie i dużo, dużo paranoicznego napięcia. Nic, tylko oglądać.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych