Tornado (2025) - recenzja filmu [HBO MAX] Samurajowie w XVIII-wiecznej Szkocji

Tornado (2025) - recenzja filmu [HBO MAX] Samurajowie w XVIII-wiecznej Szkocji

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

Przez nasze kina studyjne przeszedł w zeszłym roku, niemal niepostrzeżenie - poniekąd wbrew swemu tytułowi - film “Tornado” wyreżyserowany przez Johna Macleana. Dziś ta produkcja powraca na HBO MAX, będąc jedną z ciekawszych propozycji w tym tygodniu. Przedziwna mieszanina westernu, filmu samurajskiego i kina artystycznego, chwalona przez samego Quentina Tarantino, który uznał ją za jeden z najciekawszych obrazów zeszłego roku. 

Ponad dziesięć lat upłynęło od pełnometrażowego debiutu Johna Macleana. “Slow West” z 2015 roku łatwo wpisać w nurt realizowanych za niewielkie pieniądze produkcji, próbujących na nowo zreinterpretować stare westernowe motywy. Podczas gdy jednak Craig S. Zahler docisnął pedał gazu do końca, tworząc mariaż opowieści z Dzikiego Zachodu z horrorem, za sprawą znakomitego “Bone Tomahawk”, Maclean - zgodnie z tytułem - postawił na ekstremalnie wolną jazdę. Pozwalającą się napawać mijanymi krajobrazami, malowniczo odmalowanymi przez znamienitego operatora Robby’ego Ryana, współpracującego z nim również przy najnowszym filmie, w skupieniu śledząc losy młodego panicza, poszukującego swej ukochanej, którą zainteresowana jest również grupa bezwzględnych łowców nagród. Do westernowego bingo potrzebny był nam jeszcze tajemniczy rewolwerowiec, grany tu przez Michaela Fassbendera. Skromny film rzecz jasna nie odniósł wielkiego sukcesu komercyjnego, ale zapisał się w pamięci wielu widzów jako świeże spojrzenie na mocno już sparciałe gatunkowe schematy.

Dalsza część tekstu pod wideo

W przypadku “Tornado” można więc mówić o powrocie do dawnej formuły, choć byłoby to znaczne uproszczenie. Tym razem bowiem Maclean wykorzystuje nie tyle formułę westernu co raczej, nie mający w języku polskim dobrego odpowiednika, podgatunek “period drama”, osadzając fabułę swego filmu w drugiej połowie XVIII wieku w Szkocji. Koncentrując się z jednej strony na wędrownej trupie lalkarzy, złożonej w tym wypadku z głównej bohaterki (wciela się w nią japońska aktorka i modelka Kōki), a także jej ojca Fujina (Takehiro Hira), należących do grupy obwoźnych cyrkowców, przywołujących na myśl nieodżałowane “Carnivale”, a z drugiej grupki lokalnych rzezimieszków. Obecność bohaterów wyraźnie odwołujących się do tradycji japońskich samurajów reżyser tłumaczył chęcią wykreowania rzeczywistości, w której mieszają się przeróżne wpływy ludzi przybyłych na Stary Kontynent. Mentalnie zawieszonych pomiędzy powinnością kontynuowania dawnych tradycji a chęcią zakorzenienia już w nowej ojczyźnie.

Tornado (2025) - recenzja i opinia o filmie [HBO MAX] Dramat z epoki, western i kino samurajskie

Otwierający film cytat jest niestety wciąż niezwykle aktualny, zwłaszcza gdy ogląda się go w lutym w Polsce. “Za stały kąt i ciepła równe tchnienie / Oddałbym życie swoje bez wahania”- brzmią widoczne na ekranie słowa poematu Arsenija Tarkowskiego, a wkrótce poznajemy głównych bohaterów obrazu. Wspomniana już młoda dziewczyna, uciekając przed bandą lokalnych zbirów, trafia do ogromnego pałacu, gdzie udaje jej się znaleźć schronienie. Wkrótce okazuje się, że jej przywódca (grany przez Tima Rotha) poszukuje złota, znajdującego się w posiadaniu członków lokalnej trupy cyrkowej, w której występuje również Tornado wraz z ojcem. Wszystko kończy się zabiciem sporej części owej grupy, w tym również ojca bohaterki, która oczywiście w końcu wejdzie na drogę krwawej zemsty.

Przytoczona już wcześniej opinia Quentina Tarantino, połączona z pobieżnym streszczeniem fabuły mogłaby sugerować, że mamy tu do czynienia z wystylizowanym kinem zemsty, łączącym w sobie w dodatku westernem z filmem samurajskim. Nic jednak z tych rzeczy. Maclean stara się tu bowiem jak najwierniej odtworzyć atmosferę XVIII-wiecznej górskiej Szkocji, w czym pomagają znakomicie dobrane plenery w okolicach Edynburga, a także piękne zdjęcia, wspomnianego już, Robby'ego Ryana. Będące przy okazji największym, jeśli nie w ogóle jedynym, atutem tego filmu.

Tornado (2025) - recenzja i opinia o filmie [HBO MAX] Film zawodzi na poziomie dramaturgicznym

Całość mocno bowiem zawodzi na poziomie dramaturgicznym, głównie pozorując, nie tyle głębię, co raczej skomplikowane relacje panujące wewnątrz przestępczej grupy, jak i choćby pomiędzy Fujinem a granym przez Rotha przywódcą gangu. Poszczególni członkowie zbójeckiej bandy właściwie pozbawieni zostają cech osobistych, a ich opis sprowadza się do pojedynczej cechy: łucznik, przygłupawy osiłek, syn próbujący buntować się przeciwko ojcu etc. Ostatni z bohaterów, grany zresztą przez Jacka Lowdena, wydaje się najciekawszy, ale jego działania są tak bardzo pozbawione jakiegokolwiek sensu, że szybko przestają kogokolwiek obchodzić. W samym centrum ląduje zaś główna bohaterka, rzucana to w jedną to w drugą stronę, w której końcową przemianę bardzo ciężko uwierzyć.

Obraz Macleana ożywa w samej końcówce, w której rzecz jasna uzbrojona w samurajski miecz Tornado stara się po kolei rozprawić ze swymi wrogami. Przy okazji jednak ujawnia się również podstawowa wada obrazu, o której w wywiadach wspominał zresztą sam reżyser. Otóż Kōki to aktorka, która z całą pewnością posiada umiejętności do tego, by zagrać w atrakcyjnym widowisku akcji, pełnym efektownie zrealizowanych potyczek. Problem jednak w tym, że twórca “Tornado” niestety nie był w stanie znaleźć dla niej godnych ekranowych rywali, dlatego też końcowe starcia niewątpliwie rozczarują tych, którzy liczyli na mocny finisz produkcji. Najbardziej zawodzi pojedynek, z udanie kreowanym na wielkiego wojownika, milczącym bohaterem, granym przez Nathana Stewarta-Jarretta. Świetnego brytyjskiego aktora, który jednak wyraźnie nie pasuje do dynamicznych scen walki.

“Tornado” wyjątkowo boleśnie przypomina o tym, że kinematografia europejska przez lata nie wykształciła spójnego gatunku, który mogłaby przeciwstawić amerykańskiemu westernowi. Składać się na niego mogłyby zarówno potyczki Robin Hooda z szeryfem Nottingham, perypetie Wilhelma Tella, mocno zapomniany holenderski “Floris”, przy którym po raz pierwszy współpracowali ze sobą Paul Verhoeven i Rutger Hauer, ale również opowieści o zbójeckich bandach, grasujących w średniowiecznych lasach czy też grupach buntujących się wobec ówczesnego porządku społecznego. “Tornado” to ciekawa próba zrealizowania produkcji mieszczącej się w tym nurcie, którą jednak z różnych względów należy uznać za nieudaną. Znajdą się zapewne tacy, których obraz Macleana urzecze pięknymi zdjęciami czy niespiesznym tempem. Nawet jednak ci powinni przed seansem pomyśleć o zrobieniu sobie mocniejszej kawy.

Advertisement

Atuty

  • Bardzo ciekawy punkt wyjścia
  • Piękne zdjęcia
  • Świetna muzyka

Wady

  • Dziurawy scenariusz
  • Kiepsko napisane postacie poboczne
  • Wyjątkowo marne sceny walk

“Tornado” to ambitna próba połączenia dramatu historycznego, osadzonego w Anglii XVIII wieku, i kina samurajskiego, która ostatecznie jednak mocno zawodzi.

5,0
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper