Niemal dziennie słyszymy o kolejnych rekordach shooterów nastawionych na sieciową sieczkę. Twórcy oferują nowe skórki do gnatów, fani skaczą z radości i zdecydowanie za rzadko możemy usiąść wygodnie na kanapie, chwycić mocniej kontroler w łapy i zapoznać się z mocną, trzymającą za jądra opowieścią. To właśnie z tego powodu gracze z radością wyczekiwali na Metro Exodus, jednak wszystkich sympatyków poprzednich odsłon muszę ostrzec – to nie jest typowa kontynuacja. Deweloperzy podjęli się niezwykle trudnego zadania, które czasami ich przerosło, ale nawet w tej sytuacji kolejna przygoda Artema posiada wiele świetnych momentów.

Metro Exodus recenzja 1

Metro Exodus recenzja 2

Podróż za marzeniami

Metro Exodus to coś zupełnie nowego dla deweloperów, graczy oraz całego uniwersum. Artem wychodzi z zakurzonego metra, ma okazję odetchnąć świeżym powietrzem, a produkcja to tak naprawdę opowieść droga, w której bohater stara się spełnić swoje największe marzenie. Całość rozpoczyna się naprawdę interesującą sekwencją, by po pierwszych minutach zapewnić graczowi mocno ślamazarny wstęp. Szczerze mówiąc prolog to zdecydowanie najsłabszy fragment tej blisko 20-godzinnej historii, a w zasadzie przygoda jest mocno nierówna i podczas rozgrywki miałem wrażenie, że 4A Games próbuje tak naprawdę zadowolić wszystkich graczy – a taka sztuka często nie udaje się nawet największym producentom, do których ukraińska formacja niestety wciąż nie należy.

Już cała kampania marketingowa przygotowała graczy na przemierzanie Rosji za pomocą lokomotywy Aurory i była to świetna decyzja. Deweloperzy w prosty sposób zapewniają bardzo zróżnicowany gameplay, ponieważ systematycznie, co kilka godzin trafiamy na nowy teren, który różni się od poprzedniego stylistyką, zapewnia małe odświeżenie dostępnych mechanik i oferuje skromną, zwartą historię, która ma oczywiście wpływ na główną oś fabuły. Studio nie oferuje ogromnych terenów znanych z konkurencyjnych pozycji – tutaj otrzymujemy kilka średniej wielkości lokacji, a dodatkowo scenarzyści wciąż trzymają gracza za rączkę i nie pozwalają mu na wielką swobodę. Niemal cały „open world” kończy się na tym, że musimy przedostać się z punktu A do punktu B i następnie wchodzimy do zamkniętej miejscówki, która przypomina już bardzo typową, korytarzową strzelankę – w tym wypadku nie mamy wielu opcji i podążamy jedną, wyznaczoną przez deweloperów drogą.

To mimo wszystko nie jest zła wiadomość, ponieważ właśnie w tym miejscu najbardziej czuć, że autorzy wiedzą, co robią i potrafią zaoferować wyśmienity klimat – przedzieranie się przez kolejne lokacje przesiąknięte potworami i oświetlanie miejscówki za pomocą latarki lub zapalniczki sprawia, że podczas rozgrywki instynktownie łapy zaciskają się na kontrolerze. Tytuł jednak pod względem świata nie oferuje oczekiwanej rewolucji, którą byliśmy karmieni podczas kampanii marketingowej – dodatkowe misje nie są specjalnie zachęcające, bo czy ktokolwiek chciałby szukać gitary dla jednego z współtowarzyszy podróży, zabawki dla dziecka lub ratować totalnie obojętne nam osoby, gdy cały czas musimy martwić się o swoich najbliższych? Nie. Twórcy wyraźnie nie znaleźli pomysłu (czasu?) na odpowiednie rozbudowanie tego elementu, więc Artem nie posiada nawet notatnika, w którym mógłby zapisać dodatkowe zadania – wydarzenia są tylko małymi kropkami na mapie... W sumie nie jest to specjalnie zaskakujące, bo wszystkich misji jest kilka, a ze względu na ciągłą podróż, nie możemy wracać do wcześniejszych wydarzeń. W rezultacie – jeśli kogoś nie uratowaliśmy, czegoś nie przynieśliśmy, to możemy to zrobić przy drugim podejściu do gry.

Metro Exodus recenzja 3

Metro Exodus recenzja 5

Gdzie są te bestie?

Autorzy prawdopodobnie w pewnym momencie zrozumieli, że te ponadprogramowe wydarzenia nie mają totalnie sensu, więc po dwóch pierwszych głównych lokacjach (zima + wiosna), otrzymujemy bardziej spójną akcję (lato + jesień), w której odebrano nam odrobinę swobody, ale właśnie w tym momencie bawiłem się najlepiej. Opowieść odbywa się w sześciu lokacjach (cztery duże, dwie małe) i wydarzenia zostały przedstawione przez cały rok – w rezultacie widzimy zróżnicowane tereny i natrafiamy na różne grupy społeczne. Twórcy w  dobry sposób pokazują, że apokalipsa wpłynęła na dosłownie wszystkich i zdecydowanie większość ludzi chcąc przetrwać, podążyło złą drogą – w jednym z najlepszych momentów całego Metro Exodus spotkacie pewnego doktora, którego wątek choć jest poprowadzony bardzo jednoznacznie (idziemy, zabijamy, idziemy, zabijamy), to jednak właśnie w tej lokacji czuć ducha, przez którego pokochaliśmy poprzednie odsłony.

Niestety, w całym tym szambie niby-otwartego-świata zabrakło odpowiedniej ekspozycji potworów. Ile to ja się naczytałem o „różnych porach roku i różnych bestiach”, a w rezultacie? Natrafiamy na kilka przeciwników, a większość takich spotkań i tak najlepiej po prostu przebiec, by nie tracić amunicji. Smutne, jednak dopiero pod koniec gry pojawia się atmosfera rodem z poprzednich odsłon i wtedy mamy okazję zmierzyć się z małą chmarą potworów. W innym wypadku wychodzi czysta kalkulacja – z przerośniętej dżdżownicy nie wypadnie dodatkowa amunicja, więc nie ma sensu strzelać. Gra też nie zachwyca liczbą poszczególnych typów wrogów – wszyscy bandyci, rabusie, nafciarze i inne świry z lasu różnią się ubraniem oraz posiadaną bronią, a podczas całej opowieści bodajże trzykrotnie natrafiłem na trudniejszego niby-bossa, którego trzeba poczęstować koktajlem Mołotowa, by móc szybko zakończyć spotkanie. A bestie? Obawiam się, że wszystkie typy można policzyć na palcach dwóch rąk.

Nie licząc zakończenia – w Metro Exodus zabrakło konkretnych starć z potężnymi mutantami. W zasadzie jest tylko jedna znacząca walka, która (nie bez przyczyny) rozgrywa się już w tej lepszej, drugiej części gry, w której tak naprawdę ograniczono elementy otwartego świata. Jestem w sumie przekonany, że tytuł byłby znacznie ciekawszy, gdyby autorzy zdecydowali się usunąć te wszystkie niepotrzebne mapy i zapewnili typowy, korytarzowy shooter, ponieważ w właśnie w tych momentach najnowsza propozycja 4A Games pokazuje swój najlepszy charakter. Studio nie chciało/nie mogło/nie potrafiło/nie znalazło czasu (niepotrzebne skreślić) na odpowiednie rozbudowanie tych lokacji, bo tak jak już wspomniałem – misje poboczne są totalnie niepotrzebne, a choć kilkukrotnie przemieszczałem się obok obozów przeciwników, to żadna z dodatkowych (potrzebnych) aktywności nie zachęciła mnie do walki z rywalami...

Metro Exodus recenzja 7

Metro Exodus recenzja 6

Głuchowski czuwa

Ponarzekałem? I tutaj pojawia się największy problem, bo Metro Exodus w zasadzie łyknąłem przy dwóch posiedzeniach, rzuciłem kontrolerem o podłogę i krzyknąłem „WINCYJ”. Już miałem zbierać części z pada i decydować się na wyższy poziom trudności, gdy przypomniałem sobie, że trzeba napisać ten tekst. Chcę przez to powiedzieć, że pomimo swoich ułomności, najnowsza gra 4A Games sprawia sporo przyjemności. Nawet jeśli ten cały otwarty świat chciałbym zakopać pod ziemią, to jednak tytuł oferuje mnóstwo radości dla fanów Uniwersum Metro – ponownie wcielamy się w Artema, mamy okazję pomagać Annie, wykonujemy polecenia Młynarza i współpracujemy z naszymi współtowarzyszami broni. Opowieść to jednocześnie kontynuacja książki Metro 2035 i wyraźnie czuć, że w całym scenariuszu maczał palce Dmitrij Głuchowski, który w tak nietypowy sposób postanowił przekazać fanom dodatkowy rozdział swojej wielkiej przygody – mam przy tym świadomość, że jest to jednocześnie najważniejsza gra dla całej serii, ponieważ autorzy (w tym oczywiście sam pisarz) poruszają tutaj kilka bardzo istotnych wątków. Podczas fabularnych misji mamy kilkukrotnie okazję współpracować z innymi ocalałymi i wdrożono do gry nawet moralne wybory – twórcy starają się nie ukazywać tego bezpośrednio, ale podczas przykładowo zabijania kilku przeciwników pojawia się podświetlenie sugerujące, że właśnie wydarzyło się coś bardzo ważnego. Czy tak jest? Trudno powiedzieć, bo zazwyczaj w tych istotniejszych fragmentach decydowałem się na spokojne ubijanie rywali w cieniu i niemal za każdym razem kompani wrócili do pociągu o własnych siłach...

Tytuł nie zawodzi również we wszystkich sekwencjach strzelania – Artem choć nie jest specjalnie gadatliwy, to chętnie sięga za giwery, rozbraja przeciwników i eliminuje następnych za pomocą celnych headshotów. Do naszej dyspozycji oddano spory arsenał, który możemy w dodatku swobodnie personalizować – zmieniamy kolbę, lufę, celownik, magazynek, dorzucamy dodatki i tym samym wpływamy na obrażenia, celność, stabilność, szybkostrzelność oraz maksymalną liczbę naboi. Korzystamy z najróżniejszych gnatów – produkowany masowo w metrze Aszot, chałupniczo wykonany karabin maszynowy z obrotową lufą Gatling, klasyczny przedwojenny Kałach, automatyczny karabin z rodziny kałachów Buldog, czy też samopowtarzalna strzelba Ubojnik. To tylko część przygotowanego orężu, a każdy „sprzęt” zmieniamy wpływając na jego możliwości oraz nasz styl rozgrywki. Zawsze nosimy przy sobie dwie bronie główne oraz jedną fabularną, a podczas dostosowania ekwipunku powinniśmy znaleźć jeszcze czas i surowce na czyszczenie broni, ponieważ dzięki temu maszyna nie będzie się zacinać.

To właśnie w tym miejscu znalazł się największy atut Metro Exodus, ponieważ choć Artem nie uczy się nowych zdolności, nie może korzystać z dziesiątki nowych pancerzy, czy też nie zgarnia wielu nowych gadżetów, to jednak możliwość tworzenia giwer sprawdza się w 101%. Największe zmiany oraz wyprodukowanie nowej amunicji do broni podstawowej wykonamy wyłącznie w głównej bazie (zazwyczaj jest to Aurora) lub znalezionych przystankach (warsztatach), ale bez najmniejszego problemu podczas przemierzania lokacji możemy przykładowo dołożyć tłumik i strzelić w głowę rywala, by po sekundzie dorzucić na broń lunetę x6 i ściągnąć oddalonego o kilka kilometrów snajpera. Te wszystkie zmiany faktycznie wpływają na akcję i po prostu sprawiają frajdę.

Metro Exodus recenzja 4

Metro Exodus recenzja 6

Stalker zbieracz

Prawie wszystkie nowe zabawki zbieramy z poległych wrogów – gdy ustrzelimy bandziora, to warto podbiec do jego zwłok, by następnie zgarnąć pozostawione dobra oraz jego giwerę. Deweloperzy oferują przyjemny system, ponieważ nie musimy podnosić dziesiątki takich samych kałachów, a po prostu w momencie, gdy pojawia się nowy dodatek (przykładowo luneta / większy magazynek) to za pomocą jednego przycisku rozbrajamy gnata i zbieramy potrzebny element. Wszystkie działania wykonujemy za pomocą zbieranych dwóch materiałów – wody oraz części. Oba surowce zbieramy w zasadzie na każdym kroku, ale oczywiście w Metro Exodus pojawia się aż pięć poziomów trudności, więc większe wyzwanie jest równoznaczne z tym, że jesteśmy zmuszeni do bardziej rozsądnego dysponowania amunicją, zasobami, apteczkami oraz filtrami.

Element survivalu został przez deweloperów naprawdę dobrze rozwiązany – niemal cały czas przedzieramy się przez skażone tereny, więc ponownie korzystamy z masek, musimy je naprawiać, od czasu do czasu brakuje filtrów, ładujemy latarkę za pomocą ręcznej ładowarki, dopiero pod koniec nie narzekałem na brak amunicji, ale za to wciąż nie mogłem liczyć na tonę lekarstw. W trakcie gry miałem wrażenie, że ten element został naprawdę dobrze dorzucony do całego świata – w trzecim Metro pojawia się nawet zmienna pora dnia i nocy, która również wpływa na naszą eksplorację, bo czasami łatwiej jest przechadzać się po obozach ludzi i zbierać sprzęt w nocy, ale znowu gdy najemnicy śpią, to budzą się bestie...

Metro Exodus to jednocześnie kolejny tytuł, któremu zabrakło ostatnich szlifów. Dubbing niemal przez całą grę nie został odpowiednio dopasowany do mimiki bohaterów, niektórzy rywale się blokują, nafciarze trzęsą się po zabiciu, zdarzyło mi się dwukrotnie wpaść pod mapę, a pod koniec historii natrafiłem na trzy zwiechy konsoli. Na szczęście automatyczny zapis nie zawodzi i mogłem bez problemu powrócić do rozgrywki. Produkcja potrafi (choć nie zawsze...) zachwycić świetnym wykonaniem lokacji (4K HDR na Xbox One X bez spadków animacji!), czy też obłędnie klimatycznym etapem przygody, ale oprawa nabiera odpowiednich kształtów po pierwszych trzech godzinach... Świetnie prezentują się również wszystkie bronie – w tym miejscu autorzy zajęli się dokładnym zaprezentowaniem każdej części, z której aktualnie korzystamy. Atutem jest także udźwiękowienie, które podbudowuje atmosferę, bo dźwiękowcy przygotowali kilka świetnych nut wpadających w ucho... Szkoda jedynie, że nie zadbano o głosy niektórych bohaterów – aktorzy nawet w rosyjskiej wersji (nie próbujcie grać z angielskim dubbingiem!) nie zawsze pasują do prezentowanych postaci.

Metro Exodus recenzja 6