Gość z przestworzy. Ten klasyczny film science fiction z lat 80. właśnie powrócił do oferty Netflixa

Gość z przestworzy. Ten klasyczny film science fiction z lat 80. właśnie powrócił do oferty Netflixa

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 12:00

„Gwiezdny przybysz” to z jednej strony film nietypowy, z drugiej doskonale wpisujący się w nurt fantastyki lat 80. Mało kto spodziewał się, że taki obraz mógł wyjść spod ręki Johna Carpentera – kojarzonego raczej z mrocznymi horrorami – choć z drugiej strony pod względem fabularnym mocno przypominał fabuły wielu podobnych filmów o przybyszach z kosmosu. Dzięki interesującemu scenariuszowi i świetnie dobranej obsadzie udało się tu stworzyć fascynujące połączenie fantastyki z melodramatem.

Gdyby ktoś pokusił się o zestawienie znanych aktorów, którzy mieli największe problemy z wyjściem z cienia swych wielkich rodziców, w czołówce z pewnością znalazłby się Michael Douglas. Syn legendarnego Kirka Douglasa – znanego m.in. z ról Spartakusa i Vincenta van Gogha w „Pasji życia” – od początku kariery zmagał się z porównaniami do słynnego ojca. Dopiero w latach 80. zdobył światową sławę, grając jednak postacie krańcowo odmienne od tych, z których zasłynął Kirk. Kraowani przez niego bohaterowie – by zacytować krytyka Davida Thomsona – to zazwyczaj figury „słabe, winne, moralnie leniwe, skompromitowane i łaknące nielegalnych doznań, przy tym nie tracące jednak podstawowej uczciwości ani potencjału charakteru etycznego, którego wymagamy od bohatera”. Idealnie wpasowujące się w nową erę, prezentującą zupełnie inny model męskości.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zanim jednak Michael odniósł sukces jako aktor, zdążył już zaznaczyć swoją obecność w innej części przemysłu filmowego — i przy okazji dokonać czegoś, co przez lata nie udało się jego ojcu. Kirk Douglas od dawna marzył bowiem o ekranizacji “Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Kesey’a, jednak mimo wielu prób projekt nie doszedł do skutku. Sztuka ta udała się dopiero Michaelowi, który początkowo rozważał obsadzenie ojca w roli McMurphy’ego, ostatecznie jednak — słusznie — stawiając na Jacka Nicholsona. Wyreżyserowany przez Miloša Formana film stał się jednym z najważniejszych dzieł dekady, a Michael Douglas - wraz z Saul Zaentzem -  odebrał Oscara za najlepszy film 1975 roku.Tak rozpoczęła się znakomita kariera producencka Michaela, dzięki której ostatecznie udało mu się wyjść z cienia słynnego ojca i przestać być postrzeganym jedynie jako „utalentowany syn wielkiego aktora”.

Wielki sukces filmu Formana zbudował markę Douglasa w świecie producenckim, a jego zdanie stało się decydujące w kwestii tego czy warto zainwestować środki w dany projekt. Na przełomie lat 70. i 80., pracując dla Columbia Pictures, zainteresował się on scenariuszem filmu, który zapowiadał się na standardowe science fiction, z bohaterem nieco przypominającym Marsjanina Łowcę z komiksów DC. W owym czasie najwięcej mówiło się jednak o nowym filmie Stevena Spielberga, który po sukcesach “Szczęk” i “Bliskich spotkań trzeciego stopnia” był uważany za najbardziej dochodowego twórcę. Wszystkie studia chciały nakłonić Spielberga do realizowania kolejnego projektu właśnie u nich. Fakt, iż będzie to słynny “E.T.” sprawił duży kłopot szefostwu Columbia, które oczywiście chciało go mieć w swoim portfolio, z drugiej jednak strony ostatecznie postawiło na Douglasa, mającego silne przekonanie, że bardzo podobny na poziomie fabularnym do najnowszego widowiska Spielberga “Starman” okaże się wielkim hitem.  

Nowe otwarcie Johna Carpentera

Starman
resize icon


Douglas natrafił na skrypt „Starmana” po raz pierwszy pod koniec lat 70. Pierwotnymi autorami byli Bruce A. Evans i Raynold Gideon, którzy następnie zostali zatrudnieni do jego przepisania. Ich wersja nie spodobała się jednak nikomu, więc na początku lat 80. producenci postanowili zatrudnić nowych scenarzystów. Jednym z nich był Dean Reisner, który dołączył do ekipy po odejściu pierwszego reżysera, Marka Rydella. Ten nie mógł się dogadać z Douglasem. Reisner nie przewidywał wtedy, że przez następne dwa lata będzie wciąż przepisywał ten sam scenariusz, stając się ostatecznie autorem przynajmniej pięciu draftów. Mimo to w napisach końcowych nie został uwzględniony jako twórca ostatecznej wersji, bo nie spełnił założeń Gildii Scenarzystów, głoszących że prawo do autorstwa przysługuje osobie, która napisała co najmniej 50% skryptu.

Uznania pracy Reisnera domagał się ostateczny reżyser filmu, John Carpenter, który doprowadził projekt do szczęśliwego finału. Jego poprzednicy rezygnowali po kolei: o Marku Rydellu już wspominaliśmy. Długo z Douglasem współpracował Adrian Lyne, który ostatecznie zrezygnował, by zająć się „Flashdance”. Podobną, choć krótszą drogę przeszedł John Badham, który szybko się wycofał, przyjmując funkcję reżysera „Gier wojennych”. Na liście życzeń znaleźli się też Peter Hyams i Tony Scott. Sam Carpenter po finansowej klapie „Coś” – dziś uznawanego za jeden z najlepszych horrorów science fiction – szukał zupełnie innej produkcji, wierząc, że ta nietypowa opowieść miłosna pozwoli mu odzyskać wigor.

Swój obecny status film zawdzięcza nie tylko ciekawemu scenariuszowi – łączącemu melodramat, science fiction i kino drogi, co zgodnie z intencjami reżysera pozwoliło pokazać piękno Ameryki – ale także znakomitej obsadzie. Do roli tytułowego przybysza typowano wielu aktorów, w tym młodego Toma Cruise’a, który ostatecznie wybrał angaż w „Legendzie” Ridleya Scotta. Jeff Bridges okazał się jednak znakomity – także dlatego, że do swej kreacji studiował ornitologię i zachowania ptaków. Mając na uwadze to, iż obcy pozostając zamkniętym w ludzkim ciele, będzie działał zgodnie z prymitywnymi, zwierzęcymi instynktami. Świetnie w swej roli sprawdza się także Karen Allen, uwiarygadniając kreację – daleką od własnego doświadczenia, jak wynika z wywiadów z nią – kobiety, która utraciła miłość swojego życia.

Choć Carpenter chciał jak najmocniej odejść od tego, z czym był do tej pory kojarzony, nie da się ukryć, że początek „Gwiezdnego przybysza” – głównie scena transformacji przybysza w Scotta Haydena – przywołuje na myśl wcześniejsze produkcje mistrza horroru. Efektami specjalnymi zajmował się Roy Arbogast, który współpracował już z Carpenterem m.in. przy “The Thing” i „Christine”. Na planie „Starmana” również miał pełne ręce roboty: inscenizował wszystko – od pożaru lasu i zderzenia cysterny na autostradzie po rozmaite nadprzyrodzone materializacje i wydarzenia. Musiał także „zmanipulować” Big Berthę – gigantycznego jednorękiego bandytę w kasynie Horseshoe w Las Vegas – by w pamiętnej scenie automat wypluł z siebie pół miliona dolarów.

Wielki cień E.T.

Starman
resize icon


Nie tak często zdarza się, by film realizowano przez ponad pięć lat, ale w tym przypadku były ku temu racjonalne przesłanki. Na początku dekady wszyscy czekali na ruch wspominanego już Stevena Spielberga, który ostatecznie zrealizował cieszące się ogromną popularnością widowisko „E.T.”. I choć przedstawiciele Columbii bagatelizowali sprawę – mówiąc, że o ile film Spielberga jest dla dzieci, „Gwiezdny przybysz” to nastrojowa opowieść miłosna dla dorosłych widzów – już wtedy obawiano się zbyt dużych podobieństw między oboma tytułami. W międzyczasie zdecydowano się zrezygnować z mocniejszego wątku politycznego obecnego w scenariuszu, pozostawiając jedynie mglistą perspektywę zimnowojennej rywalizacji, w którą wpisane są gorączkowe poszukiwania tytułowego przybysza po całym kraju. 

Obraz ostatecznie zadebiutował w kinach w grudniu 1984 roku, nie mogąc się jednak pochwalić mocnym otwarciem. W pierwszy weekend wyświetlania zebrał zaledwie 2,9 miliona dolarów – już wtedy wiedziano, że nie będzie frekwencyjnym hitem. Pomimo bardzo dobrych recenzji chwalących przekonujące role dwójki głównych aktorów, precyzję reżyserską Carpentera oraz świetne połączenie humoru z czułością. Janet Maslin z „New York Times” pokusiła się nawet o żartobliwe stwierdzenie, że jeśli kreacja Bridgesa nie okaże się przełomem w jego karierze, to prawdopodobnie nieszczęśliwie znalazł się on w niewłaściwej galaktyce. Nie miało to jednak wielkiego znaczenia – „Starman” przyniósł Columbii stratę i lekko nadszarpnął renomę Michaela Douglasa jako specjalistę od wynajdywania potencjalnych komercyjnych hitów.

Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, film zyskał uznanie już na VHS, a dziś jest uważany za jednego z najciekawszych reprezentantów fantastycznego kina lat 80. – głównie dzięki nietypowemu połączeniu gatunków oraz świetnym rolom Karen Allen i Jeffa Bridgesa. Co ciekawe, mimo chłodnego przyjęcia ówczesnych widzów kinowych, już w 1986 roku w telewizji pojawił się serial „Starman”, który doczekał się aż 22 odcinków. W XXI. wieku nawiązywali do niego m.in. twórcy „K-Paxa” oraz „Strażników Galaktyki 2”, gdzie pojawia się Mustang II Cobra. Jeszcze w 2016 roku nad remakiem pracował Shawn Levy, który pięć lat później w wywiadzie wyznał, że projekt prawdopodobnie nie dojdzie do skutku ze względu na ogromne trudności ze skonstruowaniem odpowiedniego scenariusza.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper