Niestety, mimo zaciśniętych pośladów, samozaparcia i kilku browarów, nie udało mi się takowych znaleźć, a zasada "pij, będzie ładniejsza", tym razem wywołała odwrotny skutek. Jedyny (naciągany) plus - gra jest krótka, więc męka nie trwała długo. Grając w Fast & Furious: Showdown autentycznie wstydziłem się za twórców tego szrotu, a następnego dnia miałem growego kaca.

 

Leo, why?

Produkcja Activision stworzona została, aby towarzyszyć premierze szóstej części kinowego tasiemca z Vinem Dieslem w roli głównej i można ją śmiało uznać za antyreklamę tegoż obrazu. Deweloper przed premierą nie kwapił się do zaprezentowania choćby kawałka gameplayu i nie ma się czemu dziwić, bo cała produkcja to jeden wielki babol. Babol, który jest miksem podejrzanych tu i ówdzie pomysłów, połączonych nieudolnie w jedną nie trzymającą się kupy całość. Cut-scenki między kolejnymi misjami miały zapewne nakręcać fabułę, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że są zapchajdziurą, która praktycznie nic nie wnosi do gry. Co i rusz jesteśmy wrzucani w różne rejony świata, nie wiedząc po co i dlaczego. Raz jest to Moskwa, raz Rio, innym razem Los Angeles bądź Meksyk. Patrząc na pustawe okolice, pikselozę, słabe modele samochodów i chrupiącą animację, można odnieść wrażenie, że to gra z koszyka w Biedronce, na którą żal jest wydać 6,99. Cóż z tego, że mamy licencję na aktorów znanych z filmu (choć na pierwszy, a nawet drugi rzut oka ciężko poznać ich ryje), cóż z tego, że w tle przygrywa całkiem znośna muza i cóż z tego, że wozimy się po ulicach prawdziwymi furami. Całość jest cienka jak dupa węża i nawet fani filmu powinni trzymać się od tego z daleka.  

 
Deweloperzy to zresztą masochiści. Widząc, że nie radzą sobie z utrzymaniem stałej ilości klatek na terenach pustych jak studnia w Sudanie, dodali w niektórych planszach deszcz. Możecie sobie tylko wyobrazić, jak wygląda to wówczas w ruchu. Będąc sprawiedliwym muszę napisać, iż samochody ulegają destrukcji (gdy zmrużymy oczy wygląda to nawet znośnie), a i elementy otoczenia potrafią posypać się w drobny mak (choć są to zazwyczaj ciosane łopatą bryły polygonów). Na niewiele się to jednak zdaje, bo model jazdy ma więcej wspólnego z prowadzeniem taczki niż jazdą samochodem. Driftowaliście kiedyś cysterną po dopaleniu nitro? Nie? To tutaj macie taką okazję. Tak jak wspomniałem deweloper próbował podpatrzyć pewne rozwiązania z innych produkcji - z Burnouta podpierdzielono chociażby wypadki. Rozwalając przeciwników na trasie widzimy jak w zwolnionym tempie i przy odpowiednim rzucie kamery ulegają destrukcji. Nazwanie tego jednak "Burnout dla ubogich" byłoby wielką obrazą dla produkcji Criterion.
 

For money...

Misje w Fast & Furious silą się na zróżnicowanie, ale chyba lepiej wyszłoby grze, gdyby jej producenci skupili się na jednym elemencie, zamiast wciskać do wora wszystko co popadnie. Oprócz klasycznych wyścigów, którym towarzyszy irytujący handicap, trzeba czasem uciekać przed policją, poszaleć po mieście ciągnąc za sobą wyrwany z budynku sejf, czy postrzelać na autostradzie do ścigających nas wrogów. Tutaj sekwencje przypominają nieco Sleeping Dogs, tyle, że to taka 4 liga. Nie można trafić kierowcy, ani strzelającego do nas pasażera nawet jeśli celujemy mu prosto w głowę. Czasami sprawę załatwia strzał w oponę, czasami zaś ogumienie zdaje się być kuloodporne i po władowaniu dwóch magazynków nic sobie z tego nie robi. Istna loteria. Są też sekwencje QTE, w których musimy wydostać się z samochodu, przeskoczyć na inny i wywalić z niego kierowcę, jednak wówczas jesteśmy atakowani tragiczną animacją kaskaderskich wyczynów bohatera.

 
Żeby było ciekawiej gra pozwala na kooperacyjne granie, czy to z konsolową SI, czy z żywym kolegą. W tym pierwszym przypadku zmiana bohatera pozwala na przykład prowadzić samochód, lub ostrzeliwać przeciwników, co jeszcze nawet ujdzie. Ale w momencie gdy przebijamy się przez miasto przełączając się z jednego wozu na drugi, dochodzimy do wniosku, że nasz konsolowy partner to debil czystej krwi, przez którego nie raz zawalimy misje musząc ją restartować. Z kolei splitscreen to doświadczenie tak żenujące (w niektórych misjach praktycznie nic nie widać), że nawet nie chce mi się nad tym pastwić. Deweloper próbował nam nieco upiększyć zabawę, dzięki czemu przechodząc kolejne etapy możemy pokusić się o wypełnienie misji pobocznych (skocz na daną odległość, omijaj ruch uliczny określoną liczbę sekund, rozbij pięć wozów gliniarzy itp.), odblokowanie kilku opcji tuningowych (winyle, felgi, lakier itp), czy w końcu kolekcjonowanie szkiców koncepcyjnych i modeli postaci (wyglądają o niebo lepiej niż cała gra). Po 3 godzinach, jakie zajmuje ukończenie głównego trybu, można też podjąć się kilku misji w trybie wyzwań, ale trzeba mieć nie po kolei w głowie, albo nieprzyjemność recenzowania tego crapiszona, by w ogóle tam zaglądać.
 
Uwierzcie mi na słowo - tak słabej gry obecna generacja konsol już dawno nie widziała. Zawsze irytowały mnie przesadnie niskie oceny wystawiane typowym średniakom przez chcących pokazać swoją elokwencję recenzentów. Ale tutaj faktycznie mamy do czynienia z jedną, wielką, śmierdzącą kupą. Dziwię się, że ktoś wydał ten tytuł na rynek. Dziwię się, że CD Projekt wydało to w Polsce. To jedna z tych gier, której nie chciałbyś dostać za darmo.