Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. W oparach dojrzewania

Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. W oparach dojrzewania

Łukasz Musialik | Wczoraj, 22:30

Kosmos, ostateczna granica. Te słowa od dekad rezonują w umysłach marzycieli, technokratów i humanistów, wyznaczając horyzont naszej wyobraźni. Jednak najnowsza propozycja od Paramount+, „Star Trek: Starfleet Academy”, postanawia na chwilę odwrócić wzrok od niezmierzonych mgławic, by spojrzeć w głąb… szkolnych korytarzy. Czy w erze 32. wieku, gdy Federacja niczym feniks podnosi się z popiołów po tragicznym „Burn”, jest jeszcze miejsce na akademickie dylematy, sercowe rozterki i egzaminacyjny stres? Po obejrzeniu siedmiu z ośmiu zaplanowanych odcinków, stojąc na krawędzi finałowego rozwiązania, mogę z ostrożnym optymizmem, a momentami nawet nieskrywanym zachwytem stwierdzić: tak, ta lekcja była nam potrzebna. Choć nie obyło się bez wagarów od logiki.

Twórcy serialu, z Alexem Kurtzmanem i Nogą Landau na czele, podjęli ryzykowną grę. Postanowili połączyć monumentalny patos Star Trek: Discovery z energią, którą złośliwi nazwaliby „teen dramą”, a łaskawi – kinem nowej przygody. Obawy były uzasadnione. Czy uniwersum Roddenberry’ego, oparte na filozofii, dyplomacji i nauce, wytrzyma zderzenie z buzującymi hormonami grupy kadetów? Okazuje się, że San Francisco w 32. wieku to miejsce, gdzie te dwa światy nie tyle się zderzają, co wchodzą w fascynującą reakcję chemiczną. Serial nie jest pozbawiony wad, o czym świadczą mieszane głosy zza oceanu – od entuzjazmu NPR po sceptycyzm Decidera – jednak jako całość broni się czymś, co w dzisiejszej telewizji jest towarem deficytowym: szczerym sercem i wiarą w to, że przyszłość należy do tych, którzy mają odwagę ją wymyślić na nowo. Nie widziałem jeszcze finału, tego mitycznego ósmego odcinka, który ma spiąć wszystkie klamry, ale to, co zaserwowano nam do tej pory, jest wystarczającym materiałem dowodowym, by wydać werdykt: Akademia zdała egzamin, choć nie bez poprawek.

Dalsza część tekstu pod wideo

Star Trek: Starfleet Academy / Paramount+
resize icon

Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. Architektura nadziei w cieniu wielkiego antagonisty

Pierwsze, co uderza widza po przekroczeniu progu nowej Akademii, to wizualna i konceptualna świeżość. Nie jesteśmy już na ciasnym mostku statku kosmicznego, gdzie każda decyzja waży życie milionów. Jesteśmy w inkubatorze idei. Scenografia 32. wieku, którą znamy z Discovery, tutaj zyskuje nowy, bardziej organiczny wymiar. Futurystyczne San Francisco, z unoszącymi się strukturami i wszechobecną, programowalną materią, staje się tłem dla walki o duszę nowej Gwiezdnej Floty. Jednakże to nie efekty specjalne – choć te stoją na najwyższym, kinowym poziomie – budują atmosferę tego serialu. Budują ją dwa filary aktorskie, na których spoczywa ciężar tej narracji: Holly Hunter i Paul Giamatti.

Hunter, wcielająca się w postać Kanclerz Akademii (i Kapitana), jest absolutnym objawieniem. Jej interpretacja dowódcy różni się diametralnie od pomnikowego Picarda czy awanturniczego Kirka. Jest w niej pewna szorstka matczyność, połączona z absolutnym brakiem tolerancji dla bzdur. To postać, która niesie na barkach traumę przeszłości, ale jej wzrok utkwiony jest w przyszłości. Każda scena z jej udziałem to lekcja aktorstwa; sposób, w jaki Hunter operuje głosem, mikrozmiany w mimice, gdy obserwuje swoich podopiecznych – to wszystko sprawia, że wierzymy w jej autorytet.

Z drugiej strony barykady stoi Paul Giamatti. O, jakże smakowita jest to rola! Giamatti jako główny antagonista sezonu nie bawi się w półśrodki. Jego postać, tajemnicza, powiązana z mroczną przeszłością samej instytucji Floty, jest ucieleśnieniem cynizmu, który zagraża młodemu optymizmowi kadetów. Relacja między postacią Hunter a Giamattiego to nie prosta walka dobra ze złem, to intelektualny szermierczy pojedynek. Giamatti nie musi krzyczeć, by przerażać; wystarczy, że sączy swoje trujące ideologie z uśmiechem na ustach. To właśnie ten konflikt – starego, zgorzkniałego porządku z nową, kruchą nadzieją uosabianą przez Kanclerz – stanowi kręgosłup dramaturgiczny pierwszych siedmiu odcinków. Twórcy, czerpiąc z klasycznych tropów Star Treka, przypominają nam, że najgroźniejszym wrogiem nie jest obca armada, lecz idea, która potrafi skorumpować najjaśniejsze umysły.

Star Trek: Starfleet Academy / Paramount+
resize icon

Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. Kadra kadecka: Gen Z w kosmosie czy nowa elita?

Największą niewiadomą i zarazem największym ryzykiem Starfleet Academy była grupa młodych bohaterów. Czy dostaniemy Euphorię w kosmosie, czy może Stowarzyszenie Umarłych Poetów z fazerami? Prawda leży, jak to zwykle bywa, pośrodku. Mamy tu do czynienia z grupą wyrzutków, outsiderów, którzy do Akademii trafiają nie tylko z poczucia obowiązku, ale często z braku innej drogi. To klasyczny motyw „znalezionej rodziny” (found family), który w Star Treku zawsze działał najlepiej.

Młoda obsada, choć momentami nierówna, wykazuje się ogromnym potencjałem. Kerrice Brooks i Bella Shepard tworzą na ekranie dynamikę, która ewoluuje z odcinka na odcinek. Nie są to postacie z kartonu; mają swoje traumy, lęki i – co ważne dla docelowej grupy demograficznej – problemy tożsamościowe. Serial nie boi się poruszać tematów trudnych, ale robi to w kostiumie science fiction, co pozwala na pewien bezpieczny dystans. Owszem, zdarzają się momenty, gdzie dialogi szeleszczą papierem, a nastoletnie dramaty wydają się błahe w obliczu zagrożeń galaktycznych, ale czyż nie na tym polega młodość? Na przekonaniu, że złamane serce jest końcem świata, nawet gdy dosłowny koniec świata majaczy na horyzoncie?

Interesującym zabiegiem jest pokazanie procesu edukacji w 32. wieku. To nie tylko siedzenie w ławkach i słuchanie wykładów o historii Federacji. To praktyczne ćwiczenia, symulacje, misje terenowe, które często wymykają się spod kontroli. W odcinkach 4 i 5, które moim zdaniem stanowią szczytowy punkt sezonu (przynajmniej do tej pory), widzimy, jak teoria zderza się z brutalną praktyką. Kadeci muszą podejmować decyzje moralne, do których nie przygotował ich żaden podręcznik. Właśnie w tych momentach Starfleet Academy najbardziej przypomina najlepsze odcinki Deep Space Nine czy The Next Generation. Widzimy, jak kuje się stal – w ogniu błędów i w blasku małych zwycięstw. Co istotne, scenarzyści nie robią z nich od razu herosów. To dzieciaki, które popełniają błędy, bywają irytujące, egoistyczne, ale właśnie dzięki temu są autentyczne. W dobie idealnych superbohaterów, oglądanie nieopierzonej załogi, która dopiero uczy się ufać sobie nawzajem, jest zaskakująco odświeżające.

Star Trek: Starfleet Academy / Paramount+
resize icon

Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. Narracyjny slalom gigantów – w oczekiwaniu na wielki finał

Konstrukcja sezonu, opartego na dziesięciu odcinkach (z czego oceniam siedem), jest przemyślana, choć niepozbawiona wad pacingu (tempa). Pierwsze dwa odcinki to typowa ekspozycja – poznajemy świat, zasady, bohaterów. Potem następuje przyspieszenie. Wątek kryminalny, związany z tajemniczym zagrożeniem dla samej Akademii, jest dawkowany oszczędnie, co może irytować widzów przyzwyczajonych do natychmiastowych odpowiedzi w erze binge-watchingu. Jednak Star Trek zawsze smakował lepiej, gdy pozwalał sobie na oddech.

Siódmy odcinek, będący preludium do finału, zostawia nas w punkcie krytycznym. Bez zdradzania szczegółów fabuły (spoilery to zbrodnia w recenzenckim fachu), mogę powiedzieć, że stawka została podbita do maksimum. To, co wydawało się lokalnym problemem Akademii, okazuje się mieć reperkusje dla całej Federacji. Tutaj właśnie powraca postać grana przez Giamattiego, którego machinacje wychodzą na światło dzienne w sposób, który mrozi krew w żyłach. Serial zgrabnie balansuje między wątkami osobistymi kadetów a polityczną intrygą na wysokim szczeblu.

Należy jednak wytknąć pewne potknięcia. Środek sezonu (odcinek 3 i częściowo 6) cierpi na syndrom „wypełniacza”. Choć służą one budowaniu relacji między postaciami, momentami czuć, że fabuła drepcze w miejscu, zamiast gnać z prędkością warp. Również humor w serialu bywa nierówny – czasem trafia w punkt (szczególnie w wykonaniu Tiga Notaro, który/która pojawia się gościnnie, kradnąc każdą scenę), a czasem ląduje z gracją Ferengi na balu charytatywnym. Mimo to, reżyseria stoi na wysokim poziomie. Ujęcia są dynamiczne, wykorzystanie technologii AR wall (znanej choćby z Mandaloriana) jest tu mistrzowskie i niemal niezauważalne, co w Discovery bywało problematyczne. Muzyka, choć nowoczesna, puszcza oko do klasycznych motywów, budując most między pokoleniami fanów.

Nie widząc ostatnich odcinków, czuję pewien niepokój. Czy twórcy udźwigną ciężar, który sami sobie nałożyli? Wątki są tak poplątane, a emocje tak rozbuchane, że satysfakcjonujące rozwiązanie wszystkiego w jednym (nawet wydłużonym) epizodzie będzie wyzwaniem godnym testu Kobayashi Maru. Jednak patrząc na to, jak prowadzona jest narracja do tej pory, daję im kredyt zaufania. Starfleet Academy to nie jest tylko serial dla nastolatków w mundurach. To opowieść o tym, że ideały są trudne, że nauka boli, a dorastanie to proces, który nigdy się nie kończy – nawet w 32. wieku.

Star Trek: Starfleet Academy (2026) - recenzja po 6 odc. 1 sez. serialu [Paramount+]. Podsumowanie

Star Trek: Starfleet Academy to pozycja obowiązkowa dla każdego fana uniwersum, który jest gotów otworzyć umysł na nową formułę. To serial, który z szacunkiem traktuje dziedzictwo marki, jednocześnie nie bojąc się eksperymentować z formą i treścią. Holly Hunter i Paul Giamatti wznoszą tę produkcję na wyżyny aktorstwa, a młoda obsada, mimo początkowych obaw, udowadnia, że Gwiezdna Flota jest w dobrych rękach. To piękny, wizualnie oszałamiający i emocjonalnie rezonujący list miłosny do przyszłości. Jeśli finał nie zepsuje tego, co zbudowano przez siedem godzin, będziemy mieli do czynienia z jednym z najciekawszych debiutów w historii serii.

Atuty

  • Wybitna obsada
  • Wizualny majstersztyk

Wady

  • Nierówne tempo
  • Momentami infantylny

Poczekamy do finału. Na chwilę obecna zapowiada się całkim nieźle.

6,0
Łukasz Musialik Strona autora
Pasjonat gier od samego dzieciństwa, kiedy to swoją pierwszą konsolę dostał od rodziców. Od tamtej pory zafascynowany grami i ich światem, ponieważ jako dorosły uważa, że to nie tylko rozrywka, ale także sztuka, która może nas uczyć, inspirować i poruszać emocje. Nieustannie poszerza swoją wiedzę i doświadczenie w dziedzinie gier i konsol, aby móc dostarczać innym jak najbardziej wartościowe treści.
cropper