Mortal Kombat - filmowe początki serii

Mortal Kombat - filmowe początki serii

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 20:00

Druga część nowego uniwersum "Mortal Kombat" weszła właśnie do kin i, jeśli wierzyć recenzjom, wyszła całkiem sensownie, naprawiając liczne błędy swojego poprzednika. Zabawna to sytuacja, ponieważ w przypadku oryginalnych filmów z lat dziewięćdziesiątych sytuacja była dokładnie odwrotna. Pamiętasz?

W zamierzchłej przeszłości roku 1995 na świecie istniały tylko dwie odsłony kultowej gry Midway, z trzecią mającą wkrótce ukazać się na automatach. Nie istniały inne wymiary, naciągane powroty zza grobu i inne tego typu kwiatki. Sytuacja była w miarę prosta. Zebrani na wyspie Shang Tsunga wojownicy pokonali Goro oraz pana wyspy, co spotkało się z gniewem imperatora Outworld, Shao Kahna. Następny turniej odbył się wkrótce po tym w jego wymiarze, lecz i tym razem Liu Kang został zwycięzcą. W międzyczasie Scorpion dokonał zemsty na Sub-Zero, Johnny Cage reanimował swoją upadającą karierę, a Sonya dalej uganiała się za Kano. Prosta historia. Ale to dobrze, bo dzięki temu scenarzysta filmu, Kevin Droney nie mógł przekombinować z tematem. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Niestety, zanim świat mógł zobaczyć owoce pracy Paula W. S. Andersona i jego ekipy, na szybko wypluty został krótkometrażowy film, którego zadaniem było wprowadzenie widzów w historię i przygotowanie gruntu pod pełen metraż. Co ciekawe, mimo iż za scenariusz odpowiadał wciąż ten sam człowiek, ta krótkometrażowa opowieść nie za bardzo zgrywa się z fabułą filmu. Nie byłoby to jednak aż takie ważne, gdyby nie fakt, że jest to najmniejszy z problemów tego "tworu". Nie bez powodu zacząłem akapit od "niestety". Tym, co absolutnie zabija "Mortal Kombat: Początek wyprawy", jest animacja. Znakomita większość filmu pochwalić się może okropnie wręcz zrobioną animacją 2D, gdzie dziwnie wyglądające, brzydkie postacie ślizgają się po paskudnych, trójwymiarowych tłach. Najlepiej w tym wszystkim wypada Johnny Cage, zapewne przez fakt, że nigdy nie widzimy jego oczu, więc trudniej go zepsuć. Reszta postaci morfuje kształt twarzy w zależności od ujęcia, a kiedy walczą, animacja zmienia się w rozmazany pokaz slajdów. Odrobinę lepiej pod tym względem wypadają walki z przeszłości, o których opowiada Rayden. Te zrealizowane zostały w pełnym 3D i można o nich powiedzieć przynajmniej tyle, że widać co się dzieje i na walki był jakiś tam pomysł. Niestety, w połowie lat dziewięćdziesiątych próba zrobienia pełnego 3D była bardzo nierozsądnym pomysłem. Tła i modele już w chwili premiery wyglądały raczej dziwnie (choć pamiętam, że wtedy nie mogłem się wręcz doczekać, kiedy zagram w tak wyglądającą grę!), a dzisiaj są po prostu paskudne, bo inaczej się tego nazwać nie da. Jeśli ktoś nie oglądał, a ma ochotę sprawdzić, to całość można bez trudu znaleźć na YouTube. 

Mortal Kombat (1995) - utemperowany, ale całkiem solidny początek

Sub-Zero
resize icon

W końcu przyszło jednak lato i do kin w USA wszedł w końcu "Mortal Kombat"... Z kategorią widokową PG13. Ja rozumiem producentów, wiem że chcieli aby jak największą ilość osób poszła do kina i wypełniła im portfele zielonym papierem, ale biorąc pod uwagę, że w tamtych latach MK znane było przede wszystkim z tego, że było brutalne (bo o zaawansowanym, turniejowym systemie walki nie było jeszcze mowy), zrezygnowanie z tego konkretnego aspektu było krokiem wręcz szalonym. To tak jakby ktoś stwierdził, że zrobimy grę "Król Lew", ale postacie będą tym razem ludźmi. Czyli "Hamleta". Natychmiast tracisz całe sedno tego, czym ten tytuł był i co czyniło go specjalnym. I kiedy się ukazał, "Mortal Kombat" był za tę swoją grzeczność mocno karcony. Jasne, sporą cegiełkę dorzucili wcześni jutuberzy, z Nostalgia Criticiem na czele, ale trudno było nie przyznać im racji. W tamtym momencie, jako kilkulatek byłem w zupełności zadowolony samym faktem, że facet w czarnej piżamie z żółtymi paskami stoi obok faceta w piżamie z niebieskimi paskami, jednak pewien element DNA oryginału zdecydowanie zaginął, co wyraźniej odczułem już jako nastolatek.

Rzecz w tym, że z biegiem lat przestaje się zauważać takie rzeczy jak brak krwi - a i tak twórcy filmu wcale nie najgorzej poradzili sobie z tematem brutalności - a zaczyna się doceniać postacie, choreografię walk, scenografię, wielką, paskudną (w bardzo pozytywnym sensie) kukłę Goro. Bo prawda jest taka, że pierwszy Mortal Kombat to wcale nie był zły film. Scenarzyści wydestylowali z tej szczątkowej fabuły gry praktycznie wszystko, co się dało. Jasne, w późniejszych latach dowiedzieliśmy się jak zażarta była rywalizacja między Scorpionem i Sub-Zero, przez co postawienie ich obu po tej samej stronie barykady, skwitowane krótkim "zazwyczaj śmiertelni wrogowie, lecz teraz niewolnicy pod moją kontrolą" (czy jakoś tak), to trochę za mało, ale w chwili premiery jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Dostaliśmy za to wyspę Shang Tsunga, wszystkie występujące w grze postacie - łącznie z tajnym Reptile'em i gościnnymi występami kilku bohaterów dwójki - oraz zapowiedź kontynuacji, która rozgrywać miałam się w Outworld. O tym jednak porozmawiamy dopiero za chwilę. 

Coś z - prawie - niczego

Sonya I Kano
resize icon

Droney i Anderson musieli stworzyć postacie w filmie praktycznie od zera. W grze mieliśmy wtedy jedynie archetypy - aktora, wojskową, mnicha i tak dalej. Cały wątek brata Liu Kanga, który wierzył w zasadność turnieju, podczas gdy jego brat olał temat i wyjechał do Stanów, został stworzony wyłącznie na potrzeby filmu i jest to szalenie ciekawa koncepcja i dobry rozwój postaci Kanga. Szkoda jedynie, że ponad wmontowanie go w historię, film nie robi nic, by pokazać nam drogę głównego bohatera od sceptycznego chłopczyka do dojrzałego obrońcy ziemi. Wystarczyło jeden, szybki wpierdziel od Raydena, żeby zrozumiał, że pół jego dotychczasowego życia było błędem. A właśnie! Rayden Christophera Lamberta to był absolutny strzał w dychę. W tamtym momencie znany przede wszystkim z serii "Nieśmiertelny", Lambert nie był najbardziej oczywistym wyborem na Boga piorunów, który bierze sobie udział w turnieju "bo tak". Scenariusz przerobił go jednak na opiekuna Earthrealm, który nie tyle sam bierze udział w turnieju, co dba o dobrostan naszych czempionów, będąc przy tym złośliwym, sarkastycznym, ale również wszechpotężnym bydlakiem. Nikt jednak nie wywarł takiego wpływu na dalsze losy serii, co Trevor Goddard jako Kano. W tamtych czasach, wyposażony w sztuczne oko asasyn był Azją, lecz czysta charyzmą Goddarda sprawiła, że postać została kanonicznie przerobiona na Australijczyka. Jasne, Shang Tsung dorobił się ostatecznie twarzy i głosu swojego filmowego odpowiednika - co również jest niesamowitym przejawem szacunku i uznania - ale nigdy wcześniej ani później nie przerobiono całej postaci pod aktora.

Tym, co "zrobiło" filmowy "Mortal Kombat" były sceny walki. Anderson zatrudnił do większości ról profesjonalnych mistrzów sztuk walk, co może nie byłoby takie niezwykłe, gdyby nie to, że jednemu z nich powierzył też główną rolę w filmie. Robin Shou grał wcześniej w produkcjach z Hong Kongu, więc to nie tak, że kompletnie nie miał doświadczenia, ale powierzenie mu roli Liu Kanga I tak było ryzykownym posunięciem. I jasne, jego rola nie próbuje nawet udawać oscarowej, lecz dzięki faktowi, że cała obsada stała na podobnym, z grubsza satysfakcjonującym poziomie, trudno przyczepić się do niego konkretnie, a swoje aktorskie niedociągnięcia z nawiązką rekompensował scenami walki, przy których był również konsultantem. Jego starcie z Sub-Zero do dzisiaj pozostaje ikoniczne, czego nie można powiedzieć o pojedynku Sonyi z Kano, który może i nie jest stricte zły, ale w porównaniu z bieganiem po ścianach z tej pierwszej sekwencji, wypada dosyć blado (w końcu Sonya Blade, hue hue).

Z bardziej oczywistych przywar filmu wypada wymienić narracyjny chaos. Po przybyciu na wyspę nasi bohaterowie toczą kilka walk, ale większość z nich nie ma żadnego, narracyjnego sensu. Liu i randomowy, czarny gość skończyli swój pojedynek? No to cięcie i Johnny Cage przechadza się lasem, w którym nagle spotyka Scorpiona. Później Kitana kontra Liu, Liu kontra Sub-Zero i nagle Cage walczy z Goro - no dobra, akurat ta ostatnia potyczka zostaje najpierw zapowiedziana krótkim dialogiem... Co tylko pokazuje jak losowa jest reszta walk! Nawet sam finał filmu, w którym nasi bohaterowie nagle pojawiają się przebrani za mnichów, by uratować swoją przyjaciółkę, nie ma absolutnie żadnego zaplecza w postaci wcześniejszych scen. Są tam i tyle. Nie myśl o tym, masz tu trochę "Techno Syndrome" na znieczulenie. O, właśnie! Ścieżka dźwiękowa George'a Clintona może równać się tylko jakości efektów komputerowych - niestety, odwrotnie proporcjonalnie, bo tak jak każdy jeden kawałek muzyki w filmie jest absolutnie niezapomniany, tak gadzia postać Reptile'a jest dzisiaj wręcz komicznie słaba. 

Koniec końców, mimo swoich wielu przywar, pierwszy "Mortal Kombat" do dzisiaj pozostaje ciekawym filmem. Postacie rozpisano na tyle szeroko, że da się je polubić, brak krwi zastąpiono zamarzniętymi kończynami i tego typu obejściami (nie ma krwi, więc się nie liczy), a fabuła filmu wcale nieźle adaptowała bardzo wtedy jeszcze ograniczony oryginał. Ja lubię do dzisiaj i z miłą chęcią powtórzyłem seans ze swoim synem. A dwa lata później wyszła dwójka...

Mortal Kombat Unicestwienie (1997) - więcej, bardziej, gorzej

Złole
resize icon

Chyba wszystko, co można było zepsuć, zostali w tym filmie zepsute. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, wczesna wersja scenariusza była znacznie mocniej rozbudowana, dając czas i miejsce postaciom takim jak Nightwolf czy Jade. Zamiast tego dostaliśmy potwora (nawet nie potworka!), którego zwyczajnie nie da się lubić. Wszystko w tym filmie jest po prostu złe. Nie potrafię wymyślić choćby jednego, dobrego aspektu "Mortal Kombat Unicestwienie". Bardzo na upartego byłaby to może duża ilość postaci, ale to tak jak chwalić nową "Fifę", że daje nam do wyboru wiele drużyn. 

Zacznijmy od obsady. Praktycznie wszyscy poza Robinem Shou i Talisą Sato zostali podmienieni. Czy to efekt cięć budżetowych czy można aktorzy nie chcieli wracać po tym, jak przeczytali scenariusz? Trudno powiedzieć. Na pewno w przypadku Lindena Ashby'ego chodziło o fakt, że Johnny Cage umiera w pierwszych minutach filmu. I to nawet nie jest tak, że wzięli jakichś pseudo aktorów z pierwszej łapanki. Nowym Raydenem jest James Remar, czyli ojciec Dextera z serialu "Dexter". Rzecz w tym, że nijak nie przypomina on wersji postaci granej przez Lamberta, przez co efekt końcowy jest po prostu dziwny. 

Najbardziej poszatkowany scenariusz w historii?

Shao Kahn
resize icon

Fabuła pierwszego filmu nie była jakoś przesadnie ambitna, ale trzymała się - zazwyczaj - kupy. "Unicestwienie" to natomiast jeden, wielki chaos. Kahn atakuje nasz świat więc wojownicy się wycofują i szukają wsparcia, każdy na własną rękę. I może nie byłoby to wcale takie złe, gdyby nie to, że kolejne wątki urywają się prawie tak samo szybko, jak się pojawiają. Nagle powraca Scorpion - bo czemu nie - a zaraz za nim na arenę wskakuje młodszy Sub-Zero. I mimo, że nic na to nie wskazuje, żaden z nich już więcej nie pojawi się w tym filmie. Później Liu Kang odnajduje Nightwolfa, który postawi go przed trzema próbami, dzięki którym ten odnajdzie swoją "zwierzęcość" (animality, rozumiesz). Rzecz w tym, że trzecia próba nigdy nie nadchodzi, a sama postać znika, zastąpiona przez szalenie piękną Jade. Sonya walczy z Mileeną, myląc ją z Kitaną, co ma sens, jeśli zna się lore gry, ale w świecie filmu są to dwie, zupełnie inne aktorki, więc nieobeznany z tematem widz może najwyżej podrapać się po głowie i oglądać dalej. Przynajmniej taplają się w trakcie w błocie. Zawsze coś. Podczas tych 90 minut, na ekranie przewija się niemal cały roster postaci z MK2 i 3, tylko co z tego, skoro większość z nich jest tu głównie po to, aby można było odhaczyć ich udział - Rain umiera bez walki; Sheeva w swoim absurdalnym stroju zostaje po prostu zgnieciona, też bez walki; Baraka jest tak nieistotny, że jego scena śmierci, to po prostu drugi raz śmierć Raina (I to widać!); Noob Saibot jest najwyraźniej cieniem Ermaca; Cyrax to po prostu niemowa pojawiająca się na jedną - całkiem fajną - walkę w środku filmu, a Sektora nie ma wcale, chyba że liczyć spaloną zbroję Cyraxa, która na chwilę zmienia kolor. 

Nie rozumiem również, dlaczego producenci filmu zdecydowali się na tak ekstensywne wykorzystanie CGI, skoro ewidentnie nie mieli na to pieniędzy. Wszystko w tym filmie wygląda obrzydliwie - nawet coś tak teoretycznie prostego, jak niebo, tutaj podmienione w większości scen na najbardziej oczywiście nieprawdziwą animację świata. Do tego dostajemy też dziwne potwory-gargulce, które bronią się chociaż tym, że są w pełni oryginalnymi tworami. Najgorsze są jednak animality Liu Kanga i Shao Kahna - nie dość, że to wciąż to wczesne, rozmazane CGI, to jeszcze reżyser postanowił pokazać nam proces przemiany postaci. W przypadku Liu nie jest jeszcze tak najgorzej - robi się zielony na ekstremalnym zbliżeniu i tyle, ale zmieniający się w hydrę Shao Kahn do dzisiaj śni mi się po nocach.

Ledwie rok później, na ekrany telewizorów wjechał natomiast serial, "Mortal Kombat: Porwanie" i tłumaczenie tytułu jest chyba największym jego minusem. To był naprawdę porządnie zrobiony serial. Cofaliśmy się w czasie do ery pierwszego Kung Lao, mogliśmy zobaczyć początki historii Scorpiona, machinacje Quan-Chi. Dostawaliśmy również całą tonę oryginalnych postaci, z których część była naprawdę ciekawa, podczas gdy na inne po prostu miło się patrzyło, bo producenci dobrze wiedzieli, że robią serial dla nastoletnich chłopców. Niestety, wyniki oglądalności nie były najwyraźniej zbyt szalone, ponieważ projekt został skasowany po ledwie jednym sezonie, a cała historia kończyła się nagle, bez fanfar, śmiercią praktycznie całej obsady. Trochę absurd, choć trzeba przyznać, że skoro już mieli kończyć, to skończyli z przytupem. Nawet jeśli nie miało to żadnego sensu w temacie lore. Side note: jakim cudem Raydena i Shao Kahna grał ten sam aktor i nigdy tego nie zauważyłem?! 

Lata dziewięćdziesiąte były szalone - bez dwóch zdań. To tu narodziła się cała seria, pierwsze cztery odsłony gier, całkiem niezły pierwszy film i jego absolutnie beznadziejna kontynuacja. Całkiem ambitny, ale ostatecznie komercyjnie nieudany serial zwiastował natomiast to, co miało wydarzyć się w kolejnej dekadzie, gdzie seria zeszła na boczny tor, z roku na rok tracąc na znaczeniu i rozmieniając się na drobne, co zmienić miał dopiero powrót do korzeni z 2011 roku. Na powrót do świata kina musieliśmy czekać ponad dwadzieścia lat, ale biorąc pod uwagę katastrofę, jaką było "Unicestwienie", to i tak spory sukces, że kolejny film w ogóle dostał zielone światło i mimo bycia takim, jakim był, doczekał się całkiem solidnej kontynuacji. Pytanie, co dalej? "Mortal Kombat" to jedna z tych serii, gdzie im dalej w las, tym gorzej, więc nie jestem pewien, czy trzeci film powinien powstać, ale może...? Jeśli wezmą się za niego ludzie z odpowiednią pasją. Czas pokaże. 

Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper