Josef Fares wyraził frustrację całej branży. Dlaczego gry nie są tak szanowane jak filmy?

Josef Fares wyraził frustrację całej branży. Dlaczego gry nie są tak szanowane jak filmy?

3man | 30.12.2017, 18:00

W całej tej dyskusji nad alkoholowym wyskokiem Josefa Faresa podczas gali The Game Awards media zbytnio skupiły się na bluzgach i nietrzeźwości dewelopera, niemal zupełnie pomijając fakt, że jego słowa były tak naprawdę odzwierciedleniem zakompleksienia i roszczeniowej postawy branży gier. Fares jedynie tak naprawdę dobitnie wyraził to, co męczy wszystkich: dlaczego gry nie są tak szanowane jak filmy?

Nie ma się co czarować, to musi budzić frustrację: w 2016 roku branża gier przyniosła zyski na poziomie 30.4 miliardów dolarów w USA (wg Entertainment Software Association). W tym samym czasie w Ameryce Północnej środowisko filmowe zarobiło „tylko” 11.38 miliardów dolarów (wg statista.com). Co prawda ta wartość nie uwzględnia dochodów spoza kin, czyli sprzedaży DVD, Blu-ray i streamingowej, jednak eksperci są zgodni, że nie ma mowy, aby dziura wielkości 20 miliardów została przez „domową” sprzedaż pokryta w stopniu, który chociaż by zbliżał wynikami finansowymi świat filmów do ich growego odpowiednika. W tych danych nie chodzi o pieniądze same w sobie, a raczej o to, jak popularne są dzisiaj gry wideo. Jednak nie przekłada się to w żaden sposób na „szacunek” społeczeństwa czy mediów. Dla porównania: wręczenie Oscarów 2017 śledziło 32.9 mln Amerykanów, zaś galę The Game Awards obejrzało 11.5 mln osób, tyle że… na całym świecie. Już chyba nawet nie ma co wspominać o tym, że kiedy na ceremonii oscarowej doszło do wpadki z kopertami, temat był na drugi dzień i przez resztę tygodnia wałkowany na wszystkie strony przez media społecznościowe, telewizję, prasę i tzw. zwykłych ludzi. Natomiast akcja z Faresem zwróciła uwagę jedynie dziennikarzy branżowych i garstki graczy. Gdyby takie coś stało się w świecie filmu, mielibyśmy jeden z najbardziej komentowanych skandali. Wniosek nasuwa się oczywisty: gry się sprzedają, gra coraz więcej osób, ale nikt tej branży nie traktuje poważnie, na czele z mediami głównonurtowymi. Dlaczego gry nie są tak szanowane jak filmy?

Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, słów jeszcze kilka na temat Josefa Faresa. Nie zamierzam rozkminiać, czy i o czym świadczy fakt bycia pod wpływem alkoholu, zresztą za rękę faceta nikt nie złapał, można się tylko domyślać, ile przechylił. Natomiast jedno wydaje mi się pewne: alkohol, jakakolwiek ilość by to nie była, nie miał wpływu na poglądy tego pana. On ma je takie na codzień, na trzeźwo. Skąd ta pewność? Bo powtórzył to, co myślą i mówią inni w branży gier. Może nie wszyscy, ale wielu, jeśli nie większość. Jeśli czytaliście naprawdę tony wywiadów z deweloperami, znacie najsłynniejsze wypowiedzi twórców gier lub też mieliście choćby przelotny kontakt z ludźmi z tej branży, to wiecie, że wypowiedź Josefa Faresa jest tak naprawdę odzwierciedleniem poglądów panujących w branży, tyle że twórca nadciągającego A Way Out sformułował myśli w dość dosadny sposób. Niestety, myślenie developera mającego w swym dorobku świetne Brothers: A Tale of Two Sons jasno pokazuje, dlaczego gry są wciąż lata świetlne za filmami. Josef Fares z pogardą mówi „pieprzyć Oscary” i biadoli, że mainstreamowe media skupiają swą uwagę na najważniejszej ceremonii wręczenia nagród w świecie filmowym zamiast na jej odpowiedniku w świecie gier. Żadnej refleksji, dlaczego tak jest. Żadnego uderzenia się w pierś. A przecież to skupienie się na Oscarach nie wzięło się znikąd. Oczywiście, pewne powody zainteresowania Oscarami są całkowicie pozaartystyczne i tutaj można się rzeczywiście zżymać, że media rozdmuchują niektóre kwestie niemal w ogóle niezwiązane ze sztuką. Zaraz zresztą do tego przejdziemy. Co ciekawe, Fares jest także twórcą filmów, a w zasadzie był, przed zajęciem się grami. Pojawiły się głosy, że jego wybuch miał podłoże osobiste, związane z rozczarowaniem światem kinematografii i brakiem sukcesów. Nie wiem, czy to prawda, natomiast bardziej interesująca wydaje mi się kwestia, dlaczego Fares porzucił branżę filmową i zajął się tworzeniem gier, mówiąc brutalnie – dlaczego mu nie wyszło z filmami. To jeden z pierwszych czynników decydujących o różnicy pomiędzy branżami.

1. Świat filmu to więcej talentów i to o wiele wyższej jakości.

Niby oczywiste, ale przykład Faresa pokazuje, że nie dla wszystkich. Ilu game designerów z prawdziwego zdarzenia, z jakimś naprawdę konkretnym dorobkiem, jesteście w stanie wymienić? Stawiam, że policzycie ich może nie na placach jednej ręki, ale na palcach na pewno. Tymczasem bez problemu naliczycie dużo więcej samych tylko polskich reżyserów, a co dopiero mówić o twórcach światowej kinematografii.  Koreluje to oczywiście z tym, że jest znacznie więcej wybitnych filmów niż gier. O literaturze nawet nie wspominam, bo tam to już jest w ogóle zatrzęsienie talentów. Swoją drogą, jak jakiś pisarz jest zainteresowany adaptacją swojej książki, to zazwyczaj dogaduje się z filmowcami, natomiast nawet jeśli mamy przełożenie jakiejś prozy na język gier, to często zostaje z tego masa nieprzyjemności, vide twórca sagi o Wiedźminie. (BTW: w świetle ostatnich wydarzeń związanych z CDP Red, naprawdę wciąż wierzycie w „winę” Sapkowskiego? Pomijam już fakt, że w wywiadach robionych „na serio” dla „Nowej Fantastyki” AS mówił, że nic nie ma do gier i nie widzi w nich nic śmiesznego, a było to przed słynną aferą, gdzie na konwencie specjalnie prowokacyjnie powiedział, że ludzie inteligentni weń nie grają… Stara sztuczka AS-a na zrobienie „show”). Zwróćmy też uwagę, że CDP Red miał o tyle dobrze, że mógł tworzyć „sequele”, nie musiał się trzymać wiernie materiału źródłowego. Szczerze? Gdyby musiał, nie wiadomo, co by z tego wyszło. Czy wciąż byłaby to tak wysoka jakość adaptacji jaką zapewniło HBO przy przeniesieniu na ekrany telewizorów Gry o Tron? George R. R. Martin jest bardzo zadowolony ze współpracy z filmowcami, natomiast Sapkowski z twórcami gier nie za bardzo. Inna sprawa, że AS narzekał też na ekranizacje kinową i telewizyjną powstałe w naszym kraju, to jednak pokazuje, że ważna jest jakość twórców, bo ze współpracy z Netflixem autor jest zadowolony. Ale chyba zbytnio oddaliłem się od tematu, którego jednak nie ma sensu za bardzo roztrząsać, bo sprawa jest oczywista: kinematografia przyciąga więcej talentów i to o znacznie wyższej jakości niż branża gier, co z kolei przekłada się na więcej dobrych filmów niż gier i to o wyższej jakości i tak dalej, trochę błędne koło tak naprawdę. Zresztą smutny i dobitny jest tu przykład właśnie wspomnianego Faresa: branży filmowej, delikatnie mówiąc, nie zawojował, a w świecie gier może nie bryluje, ale jest postacią znaną. I nawet jeśli powiecie, że jest znany głownie ze swego „występu” na The Game Awards, a nie dobrych gier, to hej – o to właśnie chodzi: czy tego typu filmowca ktoś by zaprosił na ceremonię wręczenia Oscarów? No właśnie.

 

2. Większa otwartość wytwórni filmowych na sztukę i innowację

Dygnitarze świata filmu potrafią w znacznie bardziej otwarty i odważny sposób podchodzić do projektów artystycznych i ryzykownych. Co więcej, nie boją się później łożyć także na ich marketing. Dobrym przykładem jest tutaj La La Land, który początkowo wydawał się szaleństwem – no bo jak to, robić teraz, w czasach kolejnych blockbusterów Marvela, wysokobudżetowy musical? To już nie lepiej kino zaangażowane społecznie, jak już wydawać pieniądze? Po co wskrzeszać umarły gatunek z czasów złotej ery Hollywoodu? To tak jakby łożyć krocie na upadły gatunek gier muzycznych. Wyobrażacie sobie reakcję EA albo Acti lub Ubi, gdyby ktoś im zaproponował stworzenie czegoś w stylu Parappa The Rapper? Nie jako gry indie, ale drogiej produkcji dla mas. Wiadomo, jaka byłaby odpowiedź. W kinematografii, wbrew pozorom, innowacja zawsze jest w cenie. To przyciąga nowatorskich twórców. W branży gier eksperymenty czy rzeczy nietuzinkowe, jeśli już się pojawiają, mają miejsce na obrzeżach branży, często są to rozpikselowane i niskobudżetowe wykwity sceny indie, które nigdy nie mają szansy na dotarcie do większej publiki i jedynie czasem jakiś gigant pożycza sobie z nich pasujące mu rozwiązania. W kinematografii La La Land czy Moonlight, dzieła absolutnie spoza głównego nurtu, szturmem wzięły kina i zdobyły serca zarówno krytyków, jak i widzów, przebojem zgarniając większość Oscarów. Rzecz w branży gier niestety nie do pomyślenia.

3. Odwaga i zaangażowanie społeczno-polityczne kinematografii

Filmy są ważną dziedziną sztuki nie tylko z artystycznego punktu widzenia. Zarówno ich treść, jak i ich twórcy są często otwarcie zaangażowani w bieżące wydarzenia czy to natury politycznej, czy społecznej. Też nie do końca jest to zaleta, bo niektóre dzieła czasem niechcący, a czasem jak najbardziej chcący stają się tubą propagandową pewnych środowisk, i nie mówię tutaj wcale o filmach propagandowych czy stworzonych na zlecenie władz, bo to zupełnie inna kategoria. Doszło nawet do sytuacji chyba już daleko wykraczającej poza kompetencje reżyserów, aktorów i w ogóle artystów, gdzie niemal całe Hollywood jest właściwie w sposób otwarty zwrócone przeciw aktualnemu prezydentowi USA, Donaldowi Trumpowi, czemu daje wyraz w licznych opiniach, przemówieniach czy forsowaniu filmów o pewnej tematyce. W każdym razie, abstrahując już od tej konkretnej sytuacji, środowisko filmowe już od bardzo dawna potrafi wypowiedzieć się na różne tematy czy to prywatnie, czy za sprawą swoich filmów. Ludzie to widzą i to sprawia, że filmy wydają im się poważne, przyziemne w dobrym tego słowa znaczeniu, a ich twórcy zaangażowani w codzienne życie. Tak więc teoretycznie oderwani od ziemi celebryci jedną wypowiedzią na temat aktualnych wydarzeń potrafią zjednać sobie przychylność publiki, nie mówiąc już o danym filmie, który cały może się odnosić do jakiejś ważkiej kwestii. Tymczasem w branży gier wydawcy i twórcy boją się nawet pokazać kobiecy sutek, podczas gdy w kinematografii sceny erotyczne o różnej intensywności są normą od tak dawna, że aż trudno sobie przypomnieć pierwsze odważniejsze sceny. Poza tym większość gier opowiada tak naprawdę o niczym. Zaś te nieliczne, które mają naprawdę dobre fabuły, nie odnoszą się do naszej rzeczywistości, tylko bujają w obłokach. Fantastyka też jest potrzebna, ale naprawdę brakuje w branży gier jakiegoś komentarza do obecnych czy jakichkolwiek już wydarzeń, czy to samych twórców, czy też bohaterów ich produkcji. Bez tego gry nie zostaną nigdy potraktowane jako coś więcej niż zabawka dla dzieci.

4. Jakość scenariuszy

Jaka ona jest w grach, każdy widzi. Owszem, w filmach one również często pozostawiają wiele do życzenia, na pewno pod względem jakości fabuł nie można porównywać kinematografii do literatury. Zresztą sami widzicie, jak wiele filmów powstaje na podstawie książek, bo jednak poziom scenarzystów Hollywoodu w większości przypadków nawet się nie zbliża do średniej klasy pisarzy. Tym niemniej zarówno sama jakość fabuł, jak i ich tematyka są nieporównywalnie bardziej dojrzałe w kinematografii niż w grach. Są gry ze świetnymi scenariuszami, np. produkcje Rockstara to już od pewnego czasu poziom co najmniej produkcji telewizyjnych z wyższej półki. To jednak za mało, potrzeba więcej tego typu odwagi i talentów by choćby się zbliżyć do poziomu filmów, o dorównaniu im to na razie nie ma co nawet dyskutować (mówię to w ujęciu całościowym, bo oczywiście zdarzają się genialne fabuły w grach).

5. Celebryckość i blichtr czerwonych dywanów Hollywoodu

Nie wiem, czy Was to zdziwi, ale ten punkt jest najczęściej wymieniany przez ekspertów jako przyczyna uprzywilejowanej pozycji filmu. W wielkim skrócie – twórcy gier mają ogromny ból dupy, że nie są choćby w ćwierci tak znani jak nawet najpośledniejsi celebryci. Ta zazdrość nie może dziwić, bo przecież nawet przeciętna rola w takimż filmie jest często dla aktorów trampoliną do niebywałej popularności. A ludzie kochają mieć idoli, interesować się ich życiem etc. Pisałem już o tym kilka lat temu na PPE w tym tekście, więc nie chcę się za bardzo powtarzać, ale jak widać sprawa wraca jak bumerang, bo teraz pisze o tym, tym razem w kontekście wybuchu Faresa (a jakże!), Hollywood Reporter w tym artykule. W skrócie: Ludzie świata filmu, najczęściej, nie ma się co oszukiwać, aktorzy i aktorki, od dziesięcioleci kreują wzorce mody, a niekiedy nawet i moralne. Ludzie patrząc na nich widzą wzór do naśladowania, natomiast game designerami nie interesuje się często nawet pies z kulawą nogą. To jednak nie wszystko. Imponują także, a może nawet przede wszystkim gaże gwiazd filmowych, podczas gdy w branży gier te ogromne dochody całego przemysłu idą właściwie nie wiadomo na co, po pracownicy tego sektora są kiepsko opłacani, nawet najwybitniejsi twórcy gier nie mogą liczyć na pieniądze choćby porównywalne z tymi, jakie otrzymują gwiazdy świata sportu czy właśnie filmu. Mało tego: nie dość, że dla wielkich nazwisk kinematografii przeznaczone są nie tylko równie wielkie pieniądze i sława, to jeszcze cały czas rozwija się przed nimi czerwone dywany, zaprasza na imprezy, gdzie pozują do zdjęć i ogólnie wynosi się ich na piedestał, co jeszcze bardziej nakręca ich popularność i gaże. Faresa przez takie coś musi krew zalewać, bo widać, że facet chciałby brylować na galach oglądanych przez dziesiątki milionów zakochanych w devach fanów. Szkoda tylko, że gościu nie rozumie, iż takie coś jest wartością dodaną, swoistym bonusem do ciężkiej roboty i artystycznej pracy, jaką wykonują filmowcy. Prawda jest taka, że pod względem inteligencji i wrażliwości artystycznej 99% przedstawicieli branży gier nawet nie stało obok filmowców, ci zaś rzadko dorównują pisarzom. Ot, łańcuch pokarmowy jak i w każdej innej dziedzinie życia, może kiedyś się to zmieni, ale nie prędko.

 

6. Łatwość odbioru filmów i ich technologiczna przystępność

Rzadko się o tym mówi, a kto wie, czy nie jest to oprócz blichtru Hollywoodu najbardziej istotny powód braku obecności gier na świeczniku popkultury. Filmy mają bowiem tę oczywistą zaletę, że może je obejrzeć dosłownie każdy, nie mają znaczenia tu poziom inteligencji, zdolności, zawartość portfela. To prawdziwe medium dla mas. W dodatku nie wymaga posiadania żadnego skomplikowanego sprzętu, bo telewizor, który jest zresztą sprzętem bardzo tanim i masowym, ma każdy, a jak nie to przecież jest kino, nie mówiąc już o laptopie za grosze, który dzięki połączeniu z internetem staje się prawdziwą filmową biblioteką, nie tylko za sprawą coraz bardziej powszechnego Netflixa, ale też pirackich stronek. Obcowanie z filmem wymaga minimalnej inteligencji oraz niskiego nakładu czasu i pieniędzy. To jednak nie wszystko. Film nie jest przede wszystkim tak wymagający i absorbujący jak gry. Pozwala rozwalić się na łóżku czy kanapie z piwkiem w jednej ręce i paczką chipsów w drugiej i wymaga minimalnego skupienia przez dwie godziny. Rozrywka idealna zwłaszcza dla ludzi styranych po robocie. Z grami jest zupełnie inaczej. Wymagają kupna specjalistycznego sprzętu, umiejętności obsłużenia go oraz zaangażowania w grę, która wymaga nie tylko umiejętności (głównie manualnych, ale często również analitycznych etc.), ale i pełnego zaangażowania, choćby za sprawą konieczności użycia obydwu dłoni do obsługi pada czy klawiatury i myszy – i to przez cały czas. Większość ludzi nie jest tak naprawdę ani zbyt mądra, ani zbyt zdolna, i chociaż może się Wam wydawać, że nie ma nic prostszego, niż pogranie w jakieś tam Call of Duty na konsoli, to uwierzcie proszę na słowo, że dla mnóstwa osób obsługa gry wideo to jest trudność nie do przeskoczenia. Z tego też względu taką popularnością cieszą się, coraz większą zresztą, gry na komórki, sami widzicie w tramwajach i autobusach, jak ludzie cisną w takie popierdółki. Na pewno też niejednokrotnie spotkaliście się z narzekaniem rodziny czy znajomych, że jakaś tam gra, którą im akurat pokazaliście, jest za skomplikowana, nie wiadomo o co chodzi i w ogóle, po czym osoby te wracały do prostych gierek na fejsie, przeglądarkowych czy właśnie mobilnych. Dla nas może to być dziwne, ale dla większości społeczeństwa obecne gry wideo są zbyt skomplikowane, nie dziwią więc z biznesowego punktu widzenia ciągłe próby ich spłycania i ułatwiania.


Kurde, trochę tak wyszło, że się przejechałem po branży gier, nie chciałem jednak naginać rzeczywistości i bronić ich za wszelką cenę. Pamiętajmy też, że cała ta dyskusja, którą swym wybuchem zapoczątkował w wielu światowych mediach Josef Fares, jest tak naprawdę trochę na wyrost. Przecież gaming to wciąż bardzo młode medium, w ogóle nie ma sensu go porównywać z kinematografią, która ma ponad sto lat. Tak naprawdę gry są chyba na etapie kina niemego, ciężko jednak stwierdzić, w jakim kierunku pójdą – czy będzie to wirtualna rzeczywistość, powrót do korzeni czy może coraz większy udział aktorów. Przyszłość jednak zdaje się jasna i jedynym czego bym sobie życzył na tę chwilę jest to, aby zarówno game designerzy pokroju Faresa, jak i growi decydenci, przestali zazdrościć lepszym od siebie i chociaż spróbowali zrozumieć, skąd się wziął wielki sukces kinematografii jako medium, nie zaś wylęgarni celebrytów, a tym czymś jest artyzm, wrażliwość, otwartość na nowe idee i zaangażowanie społeczne. Jak się marzy o miłości fanów, to może najpierw warto by na nią zapracować.