Kącik filmowy: Recenzje

Kącik filmowy: Recenzje

Łukasz Kucharski | 01.03.2015, 11:56

Dzisiejszy Kącik filmowy sponsorowany jest przez Herkulesa oraz Anioła śmierci. Zapraszam!

Herkules (2014)

 

 

 

Chwytanie za dawne opowieści staje się, obok ekranizacji komiksów, coraz częstszą procedurą w Hollywood. Mitologia to bogate źródło wzorców i pomysłów, ale wybić się ponad przeciętność ze swoją wersją nie jest łatwo. Starcia i Gniewu tytanów nie lubię, Immortals nadawał się tylko na sobotni wieczór, 300 to raczej ruchomy komiks, a jak wypada najnowsze dzieło Bretta Ratnera? Na pierwszy rzut oka wygląda nieźle. Mamy bowiem słynnego Herkulesa – Dwayne Johnson – który jest człekiem o ponadprzeciętnej posturze oraz sile, ale jednocześnie odbiega od ogólnego wzorca. Po pierwsze, podróżuje razem ze swoją wesołą/morderczą kompanią. Po drugie, nie ukrywa, że legendy są głównie legendami i każdy widzi w nich to co chce. Jako gatunek ludzki uwielbiamy koloryzować z czego bohaterowie korzystają trudniąc się najemnictwem. Po trzecie, Herk jest znacznie bardziej ludzki. Trawi go tragedia z przeszłości i jest już zmęczony tym całym wojowaniem i paradowaniem z lwią skórą na głowie. Los rzuca go jednak do Tracji, gdzie „ostatnia misja” ma zapewnić mu i gromadce przyjaciół pokaźną emeryturę.
 
Otóż, Kotys - władca pięknej ziemi - jest trapiony przez wojska Resosa, rzekomego Centaura. Jedyna nadzieja w legendarnie napakowanym Herkulesie. Nasz protagonista przystępuje więc do trenowania rolników, co nie jest łatwe i budzi skojarzenia z Siedmioma samurajami Kurosawy. A potem jest już tradycyjnie. Włącznie z głównym złym, który jest nijaki, ale to nie wina aktora. Wszystko ma bowiem swoje uzasadnienie i pod koniec drugiego aktu twórcy serwują nam zwrot akcji, który wyjaśnia to i owo. Przewidywalny zabieg, ale nie strasznie oklepany. I to właśnie struktura dzieła Ratnera stanowi w tym przypadku największy mankament. Gdyby rozbić film na pięć części, to najlepsze są pierwsza i  ostatnia. Wstęp wypełnia lekko humorystyczna atmosfera, a zakończenie to multum akcji w niezłym wykonaniu. Najgorsze jest to co pomiędzy, ponieważ niczym nie zachwyca. Jasne, „coś” się dzieje, ale jet to na tyle typowe, że widzieliście i widziałyście to już z pięćdziesiąt razy. Nawet walki nie podnoszą ciśnienia u widza, bo ich choreografia jest mało finezyjna i zwyczajnie nieciekawa. Po prostu postacie na ekranie tłuką się, dźgają, przerzucają itd. Nic z tych scen nie zapada w pamięć.
 
Obsada robi co może, ale wiele nie da się wycisnąć z takiego scenariusza. Dwayne Johnson wpasowuje się idealnie w mitycznego wojownika, ale miał już małą wprawkę w Królu Skorpionie. John Hurt jest dla mnie ciut przerysowany. Za to wyemancypowana Atalanta – Ingrid Bolso Berdal - byłaby doskonałym wzorcem, gdyby nie kostium bitewny, który odsłania większą część nóg, ramion i brzucha - może jednak wymagam zbyt wiele od filmu akcji. Z kolei Ian McShane daje znakomity popis mentorstwa względem swoich towarzyszy, a manierę podłapał chyba od Kapitana Jacka Sparrowa.
 
Ogólnie rzecz pisząc, film jest mocno nierówny. Dobre efekty przeplatają się z miałką historią, która nie angażuje. Jest znacznie lepiej niż w przypadku Legendy Herkulesa, ale i tak mogło być znacznie lepiej. Z braku laku można obejrzeć dzieje syna Zeusa w telewizji.
 
 
Autor: Łukasz Kucharski
 
 
Ocena: 5.0
 
 
###
 
 
Anioł śmierci (2014)
 
 
 
 
Jeśli miałbym się zastanowić jaki jest przepis na typowy współczesny horror, na pewno obowiązkowym punktem programu byłaby mroczna posiadłość z mrożącą krew w żyłach historią. Następnie w tym wielkim domu należałoby umieścić grupę ludzi, którzy pełni optymizmu i/lub nadziei w takim dziwnym miejscu zaczynają nowe życie lub przyjechali tam na wakacje. Najlepiej, żeby były tam dzieci. Jeśli do mikstury dodamy wody, voilà !, horror jak się patrzy. Anioł śmierci nie korzysta garściami z tego zestawu inspiracji, on je po prostu kradnie na potęgę. 
 
To czy dasz się wciągnąć w świat okresu bombardowań Londynu podczas II Wojny Światowej, zależy od Ciebie, czuj się jednak ostrzeżony- nie ma w nim krzty oryginalności. W filmie poznajemy losy garstki dzieci, które dla bezpieczeństwa zostają wywiezione ze stolicy Anglii do odizolowanej posiadłości na wyspie. Crythin Gifford nie wygląda zbyt przyjaźnie i już po dotarciu  na miejsce, pomyślałem sobie że biedne dzieci wpadły z deszczu pod rynnę. Ich opiekunka, przez której pryzmat poznajemy historię ukazaną w Aniele śmierci, to młoda ale doświadczona przez los Eve Parkins grana przez Phoebe Fox. Aktorka ta jest chyba najjaśniejszym punktem filmu, niestety nie przez wzgląd na swoją grę aktorską, bo jak to w horrorach bywa niewiele jest do zagrania, ale przez swoją urodę. Patrzy się na nią z przyjemnością i tylko zastanawia mnie czy nie powinno być tak, że podczas seansu filmu o duchach widz powinien się bać?
 
Jest to największy zarzut jaki mam do postawienia filmowi Toma Harpera - straszy w dobrze znany miłośnikom thrillerów i horrorów sposób. Zagłębianie się w historię poprzednich mieszkańców opuszczonej i zdewastowanej posiadłości, odbywa się mechanicznie i jest mało ciekawe. Twórcy próbują wywoływać strach poprzez oklepane patenty. Jest cicho, jeszcze ciszej, czas jakby zwalnia i nagle następuje „atak” poczwary/zwierzęcia/ducha (niepotrzebne skreślić). Do tego dokładany jest mocny, krótki efekt dźwiękowy i już połowa sali kinowej podskakuje w fotelach a drugiej części widowni pocą się dłonie. Proste i genialne a do tego powtarzane w niezliczonej ilości horrorów.
 
Po obejrzeniu trailera wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać, horrory lubię od lat. Naiwnie wierzę, że tworząc film aż chciałoby się dodać coś, co wyróżni go z danego gatunku. Tutaj niestety tego zabrakło. Co więcej, samych straszaków w filmie jest raczej niewiele, chociaż trzeba przyznać, że wszechobecna mgła i atmosfera izolacji budują napięcie. Uważam jednak, że to za mało na porządny horror i chociaż nie oczekiwałem że Anioł śmierci będzie kolejnym Naznaczonym czy Obecnością, to i tak jestem zawiedziony. Jedyne co bardzo przypadło mi do gustu to zdjęcia, ale tylko te, w których ktoś przyjeżdża na wyspę lub opuszcza ponurą posiadłość. 
 
Kontynuacja Kobiety w czerni wypada blado, użyto chyba nieodpowiednich detergentów do czyszczenia jej sukni. Oczywiście jeśli nie każdy horror musi być dla Ciebie odkrywczy w mniejszym lub większym stopniu, można zaryzykować seans. Kilka razy pewnie się wystraszysz, ale trudno się nie zlęknąć gdy ktoś w ciemności, w kompletnej ciszy, uderza metalowymi pokrywami od garnków przed  twoją twarzą. Co za horror. 
 
 
Autor: Szymon Szeliski
 
 
Ocena: 4.0
 
 
###
 
 
Do przeczytania za tydzień!
 
 

Komentarze (17)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper