Historyczne niezapominajki #3. O Scalerze - niebieskim jaszczurze w stylu Jak & Daxter
Mam wrażenie, że historia, nie tylko zresztą growa, pamięta przede wszystkim skrajności-świetne lub fatalne tytuły. Nie ma uwagi dla produkcji, którym troszeczkę brakuje do pierwszej ligi i z potencjałem na więcej, takich jak Scaler. Kompletnie zapomniany platformer 3D, który przegrał walkę o pamięć graczy z awangardą szóstej generacji w postaci Ratcheta, Jaka i Slya. Niesłusznie.

Wcielamy się w rolę gagatka zamienionego w wyniku splotu niefortunnych wydarzeń w niebieskiego gada. Analogie z produkcją Naughty Dog wydają się oczywiste. Nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą. Nasze zadanie to nie typowe ratowanie świata a wyrwanie się z tego, do którego nas wciągnięto i odzyskanie ludzkiej postaci. Zwiedzamy półotwarte poziomy, na których dostajemy zwykle kilka zadań do wykonania. Nie mamy jednego wielkiego huba bez ekranów ładowania jak w Jaku i Daxterze, a wybór etapów z menu. Te dwadziescia lat temu robiło to sporą różnicę i znalazło odwierciedlenie w ocenach, gdy oczekiwano, ze każda produkcja będzie pchała dany gatunek do przodu. Jak byl trendsetterem a Scaler followersem:)

Od razu jednak zanaczam, że twórczym. Co robi niesamowite wrażenie w omawianaj produkcji to różnorodność oferowanych atrakcji, która moim skromnym zdaniem jeśli nie przewyższa, to co najmniej dorównuje produkcji Naughty Dog. Czego tu nie mamy? Transformacje bohatera? Są. Zamieniamy się w kulę, bombowca czy skrzydlatą bestyjkę. Powerupy? Jasne. Porzucamy bombami, opanujemy sztukę niewidzialności i kamuflażu. Bossowie? Pewnie. Pomysłowi na których trzeba znalezć sposób. Urozmaicienia? A jakże. Latanie, wyścigi a nawet poziomy celowniczkowe na szynach. Do tego dochodzi sunięcie po pnączach (Scaler kłania się Ratchetowi). Naprawdę nie można się tu nudzić, każdy poziom jest inny i nie można powiedzeić, że Scaler nic nie daje od siebie. Spodobało mi się także fajne mrugnięcie okiem do fanów w postaci odwróćenia roli świecidełek w stosunku do flagowej platformówki Sony. Orby kojarzące sie z Jakowymi power cells pełnią tu zaledwie rolę znajdziek pozwalających odblokować artworki, natomiast by posunąc fabułę do przodu znajdujmy jaja, ktore w Jaku walały się setkami po planaszach. Co dla mnie ważne, samych skarbów nie jest za dużo (nie przepadam za collectathonami), więc maksowanie gry to przyjemność, a dodatkowo mając 100% obejrzymy specjalne zakończenie!

Scaler przypomina mi poza tym pewnego siebie gościa, który przychodzi na kurs i znudzony podstawami (bo ja to wiem...), przechodzi od razu do rzeczy zaawansowanych (bo to ma sens...). Z pewną szkodą dla samego siebie. Właśnie w tych podstawach brakuje niebieskiemu jaszczurowi paru szlifów. A tu kamera pokaże zły kąt, a tu detekcja kolizji się nie zgodzi, coś lekko zgrzytnie i zaskrzeczy. Nie jest to nic wielkiego, abolutnie nie czyni tytułu wyraźnie gorszym, ale jest czasem odczuwalne. Scaler, co osobliwe, jest bardziej niż w podstawach, dopracowany w zakresie, który zdecydowanie poza nie wykracza (różnorodność zadań, pomysły na poziomy). Zachowuje także odpowiedni balans w poziomie trudnosci - unika frustracji a jednocześnie bycia przesadnie łatwym.
Grafika nawet dziś nie straszy (o ile ktoś nie ucieka na widok oprawy z PS2 w obecnych czasach) i może się podobać. Światy są kolorowe, ale to mroczniejsza bajka, stawiająca na ciemnejsze barwy z naciskiem na zieleń, brąz i niebieski. Muzyka nie zapada w pamięć, ale jest przyjemna.

Nawet nie pytam czy ktoś w to grał, a z pewnym wahaniem móglbym zapytać czy w ogóle slyszał. Wiem za to jedno. Scaler po prostu udowadnia, że warto pamiętać o tych zapomnianych i do tego właśnie zachęcam! Grę idzie dorwać za parę dyszek. Dla fanów trójwymiarowych platformerów nie widzę innej opcji tylko brać i grać!