Tokyo Mirage Sessions #FE zadebiutowało pierwotnie w 2015 roku na japońskim rynku, by po sześciu miesiącach zawędrować na Zachód. Nie był to już szczególnie szczęśliwy okres dla Nintendo Wii U, które borykało się z licznymi problemami, więc choć gra od początku nie zawodziła, to jednak Big N nie mogło z dumą ogłaszać kapitalnych wyników sprzedaży. Produkcja w wielu miejscach przeszła bez echa, ale na szczęście Nintendo Switch jest taką platformą, która chętnie łyka wszystkie porty – nawet te ekskluzywne. Nie musieliśmy czekać za długo, a na półki sklepowe trafiło Tokyo Mirage Sessions #FE Encore, które choć nie zostało wyleczone z niektórych problemów, to nadal jest dobrą produkcją na początek roku.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore - recenzja 1

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore – gdy dwa światy łączą się w jeden...

Jeśli nigdy wcześniej nie słyszeliście o Tokyo Mirage Sessions #FE Encore, to na pewno warto wyjaśnić główne założenia zabawy. Jest to jRPG łączący dwie serie Shin Megami Tensei oraz Fire Emblem. Nie możemy tutaj mówić o równym podziale, ponieważ deweloperzy z tego drugiego IP biorą w zasadzie bohaterów, a reszta zabawy to już czysta Persona. Ten wyraźny podział jest mocno zauważalny podczas rozgrywki, jednak muszę tutaj wspomnieć, że sam gameplay jest jednak w pewien sposób ułatwiony względem głównych tytułów Atlusa. Deweloperzy nie męczą śmiałków chociażby zegarem lub datami – tym razem możemy każdą czynność wykonywać w swoim czasie i w odpowiedniej dla siebie kolejności. Gdy pierwszy raz miałem okazję zapoznać się z produkcją, od razu odniosłem wrażenie, że twórcy postanowili stworzyć „bardziej przystępną Personę”, która została osadzona w „znacznie japońskiej scenerii”.

Opowieść jest przesiąknięta azjatyckim show-biznesem, w którym główną rolę odgrywają idolki i idole. Twórcy w bardzo dosadny sposób próbują od początku przekazać, że nastoletnie bożyszcze tłumów nie mają tak naprawdę łatwego życia, ponieważ każdego dnia mierzą się z wieloma przeciwnościami losu, nieustannie podporządkowując się ułożonym zasadom. Głównym bohaterem historii został niestety bezbarwny Itsuki Aoi, który w zasadzie przez przypadek jest związany z muzyczną branżą. Tak naprawdę dość szybko okazuje się, że cały motyw muzyczny jest wyłącznie tłem, a nasza agencja – Fortuna Entertainment –zajmująca się wyłapywaniem talentów pozwoli nam rozwinąć skrzydła w dość niespodziewanym kierunku. Protagonista zostaje wplątany w biznes przez swoją przyjaciółkę Tsubasę, która ma wyraźny powód, by stawać na scenie i walczyć o przychylność fanów – jej wątek jest naprawdę niezły, choć sama postać potrafi irytować. Atlus nie męczy nas przydługim wstępem i dość prędko wykłada kawę na ławę pokazując prawdziwe niedogodności japońskich okolic – głównym problemem protagonistów nie okazuje się chrypka i brak weny twórczej przy wymyślaniu kolejnych kawałków, a tajemnicze i zarazem tytułowe: Miraże. Pod tą nazwą kryją się demony, które żerują na talencie ludzi, więc zadaniem naszej grupy jest wskakiwanie do alternatywnego wymiaru i rozprawianie się z następnymi przeciwnikami. Gracz nie jest oczywiście spisany na straty, ponieważ każdy z bohaterów posiada swojego dobrego Miraża, którego najłatwiej w tym wypadku porównać do Persony – jest to potężna postać służąca pomocą w walce. Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że początek fabuły mógłby być mocniejszy – ostatnia Persona pokazała, że Atlus potrafi pisać znacznie ciekawsze i bardziej angażujące historie, w których główny bohater będzie prezentował odpowiedni poziom. W Tokyo Mirage Sessions dobrze zarysowano same rozdziały, których zakończenia często pozwalają spojrzeć na ciekawe animacje, a twórcy po miernym wstępie potrafią zachęcić do odkrywania wszystkich sekretów stworzonych bohaterów.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore - recenzja 2

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore – taka łatwiejsza Persona

Jeśli nawet nie przemawia do mnie sama sfera muzycznego biznesu, to jednak nie mogę powiedzieć złego słowa na gameplay kojarzony właśnie ze wspomnianą wcześniej Personą. Gdy już Aoi zbierze się w garść, ogarnie zespół i wyruszy do mrocznej Idolasphery to rozpoczyna się prawdziwa zabawa, nie pozwalająca oderwać się od konsoli. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się alternatywny świat, w którym identycznie jak w innych znanych IP studia Atlus, mamy okazję zwiedzać kolejne lochy (dungeony) – rozgrywka polega w głównej mierze na przechadzaniu się po dość oklepanych lokacjach, w których napotykamy na przeciwników oraz bossów. To jednak te starcia z kolejnymi Mirażami sprawiają, że produkcja zasługuje na szansę – choć gra ma już kilka wiosen na karku, a w międzyczasie zagraliśmy w wiele dopracowanych gier, Atlus zagwarantował bardzo przyjemne, turowe walki, które są rozbudowane przy pomocy naszych kompanów oraz specjalnych combosów. Starcia ponownie polegają na poznaniu słabych stron przeciwników i wykorzystaniu swojej wiedzy wybierając odpowiednie ataki, ale teraz możemy zakończyć walkę niezwykle efektownym oraz przyjemnym w odbiorze zestawie ciosów. Całość jest przeładowana widowiskowymi animacjami, na które patrzy się z dużą przyjemnością – dodajcie do tej sfery jeszcze budowanie relacji pomiędzy postaciami, tworzenie prawdziwego dream-teamu, bo im lepiej gramy, tym podczas akcji możemy wyrządzić większe spustoszenie. Ponownie podczas eksploracji istnieje okazja wziąć udział w niezłych łamigłówkach, które jednak są wyłącznie dodatkiem – efekciarska walka była zdecydowanie priorytetem deweloperów. To właśnie batalie pokazują prawdziwy kunszt, ponieważ dosłownie każdy element gry – współczesna Japonia, temat idolów/idolek oraz sfera muzyczna są ukoronowaniem produkcji i w świetny sposób łączą się w tym jednym miejscu. Choć podkreślam, że sama opowieść na początku mnie nie porwała, to jednak im dalej w las – tym znacznie lepiej, gdyż w grze pojawia się coraz więcej potężniejszych przeciwników, którzy faktycznie potrafią wymęczyć i sprawiają, że cała rozgrywka nabiera jeszcze lepszego wymiaru.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore czerpie garściami z samej Persony, jednak jest pod wieloma względami bardziej przystępny. Twórcy w pewien sposób wykastrowali swoją koncepcję z liczników (daty i czasu w lochach) i wyszło to grze na dobre. Nie zrozumcie mnie źle – uwielbiam gonitwy w Personie – jednak faktycznie pasuje to do zaprezentowanej koncepcji. Pod tym względem czuć, że przemyślano założenia i choć nie nie ma tutaj mowy o ucieczce od swoich podwalin, to jednak autorzy postanowili ubrać rozgrywkę w bardziej dogodne mechaniki. Dobrze wypada również sama oprawa, która choć nie została podkręcona, bo przyjęta stylistyka broniła się już na Wii U i wygląda dobrze na Switchu – to nie jest oczywiście topka, jednak podczas rozgrywki nie narzekałem na grafikę... No może od czasu do czasu gryzie odtwórczość lokacji w Idolaspherze, jednak sympatycy Persony doskonale wiedzą, na co muszą się przygotować. Nie zapomniano także o typowy jRPG-owych mechanikach, więc nasi bohaterowie zdobywają kolejne poziomy doświadczenia, ze zdobytych surowców możemy stworzyć nowe bronie dla Miraży, a same bestie również osiągają poziomy doświadczenia. Dodajmy do tego systematyczne odblokowywanie następnych umiejętności i dostajemy typową dla serii samonapędzającą się machinę – Atlus ma to w sobie, że potrafi sprawnie zarządzać przyjętymi systemami, które dość prędko uzależniają odbiorców (tak przynajmniej jest w moim przypadku). Wielką przyjemnością stają się kolejne sesje walk z przeciwnikami.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore - recenzja 3

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore – z cenzurą i dodatkami

To co gryzło w pewien sposób w wersji na Wii U to cenzura – twórcy postanowili wpłynąć na doświadczenie graczy z Zachodu i zaoferowali śmiałkom bardziej zakryte stroje, zmienili niektóre lochy, a nawet postawili na starszych bohaterów (o rok) – to wszystko, by nie gorszyć graczy z Europy i bez najmniejszego problemu trafić do szerokiego grona odbiorców. Niestety, wersja na Switcha podąża tą drogą, ponieważ autorzy postanowili ponownie wrzucić na rynek dostosowaną przygodę. Szczerze mówiąc, z jednej strony mi to nie przeszkadza, ale wolałbym zapoznać się z pierwotną wizją twórców... A nie ze zmianami, które zostały dokonane z powodu narzuconych wymogów. Samo wydanie na nową konsolę Nintendo też nie jest specjalnie rozbudowane – znajdziecie tutaj między innymi nowe stroje dla bohaterów (jest Joker z Perony 5!) czy też możecie liczyć na nowe piosenki, jednak same dodatki są średniej jakości.

W grze oczywiście nie brakuje również zadań pobocznych związanych z naszymi kompanami i to zdecydowanie duży atut gry, który jednocześnie wysuwa na pierwszy plan jeden z problemów produkcji. Tokyo Mirage Sessions #FE Encore pozwala lepiej poznać dodatkowych bohaterów, a dzięki zadaniom zgarniemy punkty doświadczenia, umiejętności oraz specjalne ataki, jednak deweloperzy nie uniknęli jednego z dużych problemów japońskich RPG-ów – powtarzalności. Szczególnie pod koniec historii brakuje większego urozmaicenia, które odświeżyłoby gameplay.

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore - recenzja 4

Tokyo Mirage Sessions #FE Encore – jRPG bez zaskoczenia

Nintendo chętnie przerzuca gry na Nintendo Switcha, jednak Japończycy gdy tylko nie muszą, nie zajmują się wielką rozbudową produkcji. Tak właśnie jest w przypadku Tokyo Mirage Sessions #FE Encore – to kawał świetnego pod względem rozgrywki jRPG-a, który posiada swój charakterystyczny (dobrze zaprezentowany na zwiastunach) klimat – albo pokochasz albo wyłączysz po godzinie. Atlus już wielokrotnie udowodnił, że ich koncepcja się sprawdza i pozostaje teraz tylko czekać na kolejne produkcje od tych utalentowanych twórców.