Kiln - recenzja i opinia o grze [PS5, Xbox, PC]. Niewykorzystany (zaskakujący!) potencjał
W 2026 roku Microsoft ma zapewnić kilka głośnych hitów, obok których nie przejdą obojętnie nawet najwięksi krytycy amerykańskiej korporacji. Jednak przed przedstawicielami takich serii jak Halo, Forza, Gears of War czy też Fable, pojawił się na rynku... Kiln. Czy warto sprawdzić ten skromny tytuł? Przeczytajcie naszą recenzję.
Najnowsza produkcja Microsoftu została stworzona przez Double Fine Productions, czyli zespół Tima Schafera, który od 2000 roku buduje swoją pozycję na bardzo nietypowych, autorskich i często trudnych do zaszufladkowania projektach. Studio dołączyło do Xbox Game Studios w 2019 roku, a w ostatnich latach zaproponowało graczom między innymi świetnie przyjęte Psychonauts 2, później Keeper, a teraz najnowszym projektem ekipy jest właśnie Kiln. W przypadku Double Fine od dawna najbardziej imponuje mi to, że twórcy konsekwentnie trzymają się własnej tożsamości i zamiast ścigać się z największymi blockbusterami, wolą robić gry, które od pierwszych sekund mają swój charakter.
Nie jest jednak sekretem, że żadna z tych gier nie stała się takim globalnym fenomenem, który z miejsca dominuje nagłówki i wygrywa wszystko, co tylko da się wygrać. A jednak każda z nich ma coś, czego wielu dużo większym produkcjom zwyczajnie brakuje… duszę. W Psychonauts 2 było ją czuć w opowieści i stylu świata, w Keeper w samym pomyśle i atmosferze, a w Kiln widać ją już na poziomie założenia, bo przecież nie co dzień dostajemy sieciową bijatykę opartą na lepieniu ceramicznych pancerzy.
Trudno mi jednocześnie nie odnieść wrażenia, że przy Kiln zabrakło zespołowi Schafera trochę mocniejszego wsparcia od Microsoftu - czy to finansowego, czy marketingowego, czy może po prostu odpowiednio głośnego wypchnięcia gry do szerokiej publiki… bo są tutaj podstawy, ale obawiam się, że wielu graczy nawet o nich nie usłyszy.
Czym tak naprawdę jest Kiln?
Siadając do napisania tej recenzji, zdaję sobie sprawę, że wielu graczy może nawet nie wiedzieć, że Microsoft i Double Fine Productions kilka dni temu wrzuciły na rynek nową grę. Tytuł nie został szczególnie dobrze zapreznetowany, więc na początku muszę rzucić kilka podstaw. Kiln to sieciowa produkcja nastawiona na rywalizację... garnków. Gracz najpierw tworzy własne „naczynie”, do którego trafia duszek, i to właśnie ten dość osobliwy wojownik później bierze udział w kolejnych starciach.
Brzmi dziwnie? Zdecydowanie tak, ale akurat w przypadku Double Fine Productions trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu. Studio Tima Schafera od lat lubi sięgać po pomysły, które na papierze wydają się kompletnie absurdalne, a później potrafią zamienić je w coś zaskakująco wciągającego. I właśnie tak było u mnie z Kiln. Już na starcie złapałem się na tym, że ten koncept brzmi może kuriozalnie, ale w praktyce działa znacznie lepiej, niż można było przypuszczać. W zasadzie gameplay okazał się dla mnie naprawdę pozytywną niespodzianką.
Jak wygląda początek zabawy w Kiln?
Recenzowany Kiln oferuje bardzo proste podstawy - to produkcja całkowicie nastawiona na sieciową rywalizację i nie oferuje żadnej zawartości single-player, która mogłaby odciągnąć nas od głównego filaru zabawy. Zanim jednak w ogóle wkroczymy na pole bitwy, twórcy każą nam przygotować coś znacznie ważniejszego niż zwykły wygląd postaci. Głównymi bohaterami gry są duszki, które trafiają do glinianych naczyń, więc po uruchomieniu produkcji lądujemy w specjalnym hubie, gdzie mogą pojawiać się inni gracze, a my przy stołach garncarskich zaczynamy tworzyć… w zasadzie własny pancerz. I już w tym momencie Kiln bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, bo kreator to absolutnie kluczowych systemów całej gry.
Sam proces tworzenia wygląda dokładnie tak, jak można byłoby się spodziewać po lepieniu normalnego garnka. Wybieramy jedną z trzech brył gliny, a później dosłownie zaczynamy rzeźbić naczynie - poszerzać je, wydłużać, zmieniać proporcje, budować kolejne fragmenty i nadawać mu odpowiedni kształt. Najlepsze jest jednak to, że nie chodzi tu wyłącznie o sam wygląd. Każda decyzja realnie wpływa na rozgrywkę. W zależności od tego, jak skonstruujemy nasz gliniany „pancerz”, możemy zwiększać lub zmniejszać zdrowie, decydować o tym, ile wody naczynie będzie w stanie unieść, a to ma ogromne znaczenie podczas samej walki. Odpowiedni kształt wpływa też na sposób poruszania się, zachowanie super ataku i ogólne możliwości ofensywne lub defensywne.
Na tym jednak zabawa się nie kończy, bo później dochodzi jeszcze pełnoprawna warstwa personalizacji. Możemy dorzucić różne dodatki, takie jak kapelusz, uchwyt czy naklejkę, a także pokolorować poszczególne elementy naczynia i nadać mu bardziej unikalny charakter. Im dłużej gramy, tym więcej zdobywamy kolejnych ozdób, więc z czasem nasz „garnek” staje się nie tylko skuteczniejszy, ale też coraz bardziej osobisty. I szczerze? Spędziłem przy tym systemie naprawdę sporo czasu, bo zwyczajnie daje mnóstwo frajdy. To jeden z najlepszych elementów całej produkcji - rozbudowany, zaskakująco głęboki i bardzo mocno wpływający na samą rozgrywkę. Rzadko zdarza się, by kreator postaci był jednocześnie jednym z najważniejszych filarów gameplayu, ale tutaj właśnie tak to działa.
Jak wygląda rywalizacja w Kiln?
Same założenia pojedynków w Kiln są proste, ale właśnie dzięki temu bardzo szybko można złapać rytm zabawy. Każde starcie odbywa się w czteroosobowych drużynach, a głównym celem nie jest klasyczne nabijanie fragów, tylko… gaszenie pieca przeciwników. Na mapach znajdują się specjalne punkty z wodą, więc najpierw musimy napełnić naszego dzbankowego bohatera, a następnie przedrzeć się do bazy rywali i wylać zawartość w odpowiednim miejscu. Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale w praktyce to naprawdę działa.
Oczywiście druga drużyna nie stoi bezczynnie i nie pozwala nam spokojnie donosić wody do ich pieca. Gracze cały czas mogą ze sobą walczyć, więc korzystamy z podstawowych ataków, skoków, uników oraz specjalnych ciosów, które zależą od tego, jaki pancerz-dzbanek stworzyliśmy wcześniej w kreatorze. I właśnie tutaj Kiln prezentuje swój najważniejszy atut. Różne naczynia zupełnie inaczej zachowują się w trakcie starcia - większe i cięższe konstrukcje są wolniejsze, ale zazwyczaj mają więcej zdrowia i mogą przenieść więcej wody. Mniejsze są szybsze, bardziej zwrotne i łatwiej nimi wślizgnąć się za plecy przeciwników, ale nie zabiorą ze sobą tyle surowca i znacznie szybciej pękają pod naporem ciosów.
Najlepsze jest to, że recenzowany Kiln nie kończy się na stworzeniu jednego idealnego garnka. W trakcie meczu możemy mieć przygotowane trzy różne „stroje”, więc bardzo szybko okazuje się, że warto zbudować zestaw na różne sytuacje. Czasami potrzebujemy lekkiej, szybkiej postaci, która błyskawicznie przemknie przez mapę i dowiezie niewielką ilość wody. Innym razem znacznie lepiej sprawdza się cięższy, odporniejszy pancerz, który wytrzyma napór rywali i pozwoli drużynie utrzymać pozycję. To właśnie obserwowanie sytuacji, reagowanie na potrzeby zespołu i zmienianie dzbanka w odpowiednim momencie daje najwięcej frajdy. Z pozoru mamy tu komiczną bijatykę glinianych wojowników, ale pod spodem kryje się naprawdę przyjemna, zaskakująco taktyczna rywalizacja.
Czy Kiln bawi?
Na początku naprawdę nie wierzyłem, że taka zabawa może mnie wciągnąć. Założenia Kiln na papierze nie są specjalnie ciekawe - duchy w garnkach, zbieranie wody, gaszenie pieca przeciwników i lepienie własnego pancerza przy stole garncarskim. A jednak po kilku pierwszych meczach zacząłem się autentycznie dobrze bawić. Duża w tym zasługa bardzo prostego systemu progresji: za zakończone spotkania otrzymujemy punkty doświadczenia, zdobywamy kolejne poziomy i odblokowujemy następne elementy personalizacji. Gra w sprytny sposób zachęca więc do swojego najlepszego elementu, czyli dalszego eksperymentowania z wyglądem i właściwościami naszych glinianych wojowników.
Sam gameplay potrafi być chaotyczny, ale często jest to chaos naprawdę zabawny. Na ekranie dzieje się dużo, gracze przepychają się o wodę, próbują przebić się do bazy rywali, ktoś przewraca się w najgorszym możliwym momencie, inny ogromny dzbanek próbuje zablokować przejście, a gdzieś obok mały, szybki zawodnik przemyka z odrobiną wody do pieca. Double Fine przygotowało też całkiem różnorodne mapy, które potrafią wymuszać inne podejście do rywalizacji i zachęcają do zmiany taktyki. Przez pierwsze godziny naprawdę łatwo się w to wkręcić - szczególnie gdy cały czas testujemy nowe kształty pancerza i sprawdzamy, jak nasz projekt radzi sobie w praktyce.
Problem pojawia się jednak później, bo recenzowany Kiln bardzo szybko zaczyna odsłaniać swój największy brak: zawartość. Double Fine Productions przygotowało świetne podstawy, naprawdę oryginalny pomysł i system tworzenia garnków, który mógłby spokojnie unieść znacznie większą grę, ale zabrakło tutaj przysłowiowego mięsa. Studio nie musiało nawet projektować dziesiątek gotowych bohaterów, bo w praktyce to gracze sami tworzą własne „klasy” przez kształt, wagę i możliwości glinianych pancerzy. Fundament jest więc naprawdę mocny, tylko że wokół niego nie zbudowano wystarczająco wielu atrakcji.
Największym rozczarowaniem jest fakt, że gaszenie pieca przeciwników to w zasadzie jedyna właściwa forma zabawy. Twórcy nie dorzucili dodatkowych trybów, alternatywnych zasad czy wariantów, które pozwoliłyby przełamać rytm kolejnych meczów. I dlatego choć pierwsze godziny z Kiln są naprawdę przyjemne, z czasem zaczynamy robić dosłownie cały czas to samo. Nawet tworzenie pancerzy, które początkowo bawi świetnie, w pewnym momencie traci część magii - znajdujemy własny złoty środek, wybieramy trzy najlepsze dzbanki i później po prostu powtarzamy tę samą pętlę. Deweloperzy nie zrealizowali nawet większej liczby map - w grze znajduje się aktualnie pięć lokacji… szkoda, bo ta gra ma kapitalny pomysł, ale już na starcie aż prosi się o więcej trybów, więcej miejscówek i więcej powodów, by zostać przy niej na dłużej.
Kiln to fajna koncepcja, ale...
Double Fine Productions wpadło na naprawdę świetny pomysł i zrealizowało znakomite podstawy, ale ostatecznie trudno nie zadać sobie pytania: co dalej? Kiln ma bardzo dobry kreator postaci, fajnie wykorzystuje pomysł z glinianymi pancerzami i potrafi dać sporo frajdy w pierwszych godzinach, jednak jako sieciowa produkcja od początku potrzebuje aktywnej społeczności. A tutaj mam spore obawy. Jeśli zainteresowanie tytułem szybko spadnie, to już za kilka tygodni może pojawić się realny problem ze znalezieniem chętnych do gry.
I właśnie to jest największy problem tej gry. Nie sam pomysł, nie sterowanie, nie system tworzenia garnków, ale brak sensownej zawartości, która mogłaby utrzymać graczy na dłużej. Kiln potrafi zachwycić kreatorem, pozytywnie zaskoczyć chaotyczną rywalizacją i sprawić, że przez pierwsze godziny naprawdę chcemy testować kolejne pancerze. Tylko że później docieramy do ściany - jeden główny tryb, pięć map, powtarzalna pętla i coraz mniej powodów, by wracać. To wygląda jak świetny fundament pod dużo większą, bardziej rozbudowaną produkcję, ale w obecnej formie gra za szybko pokazuje wszystko, co ma do zaoferowania.
Od strony technicznej nie mam natomiast większych zastrzeżeń. Kiln działa bardzo dobrze na PS5 Pro, nie natrafiłem na żadne błędy, a screeny przygotowane do recenzji dobrze pokazują przyjemny, kolorowy artstyle tej produkcji. Nie jest to oczywiście oprawa, która ma wyrywać z butów i prezentować next-genowe fajerwerki, ale wszystko jest bardzo spójne, czytelne i po prostu miłe dla oka.
Czy warto zagrać w Kiln?
Kiln raczej nie zapisze się złotymi literami w historii gier, ale trudno mi pozbyć się wrażenia, że Double Fine Productions miało na ten projekt większy plan. Sam system tworzenia garnków jest zbyt dobry, zbyt pomysłowy i zbyt mocno wpływający na rozgrywkę, żeby potraktować go wyłącznie jako jednorazowy eksperyment w małej grze sieciowej. Może kiedyś studio wykorzysta tę koncepcję w kolejnej produkcji single-player - takiej na 15-18 godzin, z satysfakcjonującą strukturą, mocniejszą zawartością i historią, która potrafi złapać za serce? Tego Wam i sobie życzę, bo o Kiln świat prawdopodobnie bardzo szybko zapomni... a szkoda, bo sam pomysł naprawdę ma sens.
Mam wrażenie, że Kiln jest jedną z tych mniejszych produkcji, które studia Xboksa mogą realizować trochę „w wolnych chwilach” - przez mniejsze zespoły, podczas gdy główne ekipy pracują nad znacznie większymi i ambitniejszymi projektami. I samo w sobie nie byłoby to nic złego, bo branża potrzebuje takich eksperymentów. Problem w tym, że ta gra najwyraźniej nie dostała pełnej szansy. Przy większym budżecie pewnie otrzymalibyśmy więcej trybów, bogatszą zawartość i znacznie sensowniejszą strukturę na dłużej, a odpowiedni marketing - którego tutaj w zasadzie nie było - mógłby od premiery zapewnić tytułowi większą społeczność.
Ostatecznie Kiln to kolejny ciekawy eksperyment, który ma świetne fundamenty, ale za mało treści, by naprawdę utrzymać graczy. Przez pierwsze godziny potrafi pozytywnie zaskoczyć i wciągnąć samą koncepcją, ale później bardzo szybko zaczyna brakować powodów, by wracać. Choć Double Fine Productions przygotowało coś naprawdę nietypowego, to ta produkcja raczej nie przetrwa do połowy roku.
Ocena - recenzja gry Kiln
Atuty
- Bardzo oryginalny pomysł na sieciową rywalizację „garnków”,
- Znakomity kreator pancerzy, który realnie wpływa na rozgrywkę,
- Różne kształty dzbanków zmieniają styl gry, mobilność, wytrzymałość i pojemność wody.
Wady
- Brak jakiejkolwiek zawartości single-player,
- Tylko jeden główny tryb rozgrywki, który szybko zaczyna się powtarzać,
- Za mało zawartości, by utrzymać graczy na dłużej,
- Skromna liczba map na start.
Kiln to bardzo nietypowa propozycja Double Fine Productions, która potrafi pozytywnie zaskoczyć świetnym kreatorem garnków, przyjemną rywalizacją i pomysłem, jakiego próżno szukać w innych sieciowych produkcjach. Problem w tym, że za kapitalnymi fundamentami nie idzie odpowiednia zawartość - jeden główny tryb bardzo szybko zaczyna się powtarzać, a przy grze nastawionej wyłącznie na multiplayer to naprawdę poważny problem.
Graliśmy na:
PS5
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (9)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych