Muszę podziękować Netflixowi. Nadrobiłem wybitny polski film sprzed lat
W ostatnim czasie Netflix wzbogacił swoją bibliotekę o kilka najważniejszych filmów polskiego kina. Moje spojrzenie od razu powędrowało w stronę “Wielkiego Szu” - produkcji, o której słyszałem same superlatywy, ale dotąd nie widziałem ani razu. Niespełna dwie godziny później mogłem już stwierdzić, że nadrobiłem film wybitny.
Sylwester Chęciński był znany przede wszystkim z komediowej trylogii o Kargulu i Pawlaku. Ostatnia część pojawiła się w 1977 roku. Później reżyser wypuścił jeszcze telewizyjną komedyjkę “Bo oszalałem dla niej” i obyczajowe “Roman i Magda”. Potrzebował jednak całkowitej zmiany gatunku, nie chciał już skupiać się na rozbawianiu widzów.
Do rąk Chęcińskiego trafił scenariusz Jana Purzyckiego, biorący na warsztat temat świetnie znany w dobie PRL-u - grę w karty. Sam tego nie przeżyłem, ale z licznych opowieści wiem, że grano wszędzie i niejednokrotnie o pieniądze. A jeśli pieniędzy nie było, bo to towar równie istotny - papierosy. Albo zapałki. Grano namiętnie, a hazardowe ciągoty Polaków kwitły w najlepsze, podlewane przy tym morzem alkoholu.
“Wielki Szu” jest zatem produkcją bardzo osadzoną w swoich czasach - wypremierował się w 1983 roku. Opowiada historię tytułowego kanciarza (Jan Nowicki), który po wyjściu z więzienia próbuje odciąć się od przeszłości. To jednak staje się niewykonalne, bo na każdym kroku Szu spotyka ludzi, którzy albo przypominają mu o dawnych przewinach, albo popychają prosto w objęcia nałogu. W tej ostatniej kwestii kluczową rolę odgrywa taksówkarz Jurek (Andrzej Pieczyński), Szu bierze go na karciane wychowanie.
Jednocześnie Purzyckiemu i Chęcińskiemu udało się stworzyć opowieść uniwersalną. Chociaż w filmie nie brakuje odwołań politycznych, a i rzeczywistość polskich rodzin wygląda trochę inaczej, to wiele motywów broni się po latach z zaskakującą swobodą. “Wielki Szu” to przecież historia o mistrzu i uczniu, o potępieniu materializmu, o niespełnionych miłościach, ambicjach, wreszcie też ma w sobie coś z greckiej tragedii. Możemy uciekać przed przeznaczeniem, ale fatum zawsze nas dopadnie.
Film odniósł gigantyczny sukces w branży, ale przede wszystkim w sercach widzów. Strona Box Office’owy Zawrót Głowy podaje, że w 1983 roku na ekranach kin zobaczyło go ponad 2,2 mln osób. Był to najlepszy wynik wśród krajowych produkcji i piąty w ogóle. “Wielki Szu” przebił między innymi kapitalnych “Blues Brothers”, “Miasto kobiet” czy “Butcha Cassidy’ego i Sundance’a Kida”.
Ten kapitalny wynik to zasługa wielu czynników, nie tylko sięgnięcia po nośny w swoim okresie temat. Przede wszystkim wyróżnia się rola Nowickiego. Aktor przeszedł sporą metamorfozę do roli Szu, przytył, stracił trochę włosów. Nie stracił natomiast charyzmy powodującej, że pochłania każdą scenę. Nowicki był obdarzony tym rodzajem magnetyzmu, który sprawia, że nie można oderwać od niego wzroku. Po seansie w pełni rozumiem zachwyty dotyczące Nowickiego jakie wyrażało wielu przestawicieli telewizyjnego mainstreamu, bo gdybym “Wielkiego Szu” widział na premierę, też byłbym Nowickim całkowicie zauroczony. Z jednej strony dystyngowany, świetnie ubrany. Z drugiej bezwzględny, silny, zawsze stawiającym na swoim. Scena, kiedy rozprawia o przerabianiu pieniędzy na rzeczy duchowe, jest, jak to słusznie określił Łukasz Najder, sytuacją niezrównaną.
Ale Nowicki nie niesie tego filmu wyłącznie na swoich szerokich barkach. Czym byłby “Wielki Szu” bez kontrastującego z Nowickim Pieczyńskiego? Ciągle gdzieś w ruchu, pędzącego przed siebie, byle tylko wyrwać się z codzienności, wystarczająco sprytnego tylko na pozór. Czym byłby “Wielki Szu”, gdyby nie Karol Strasburger, Leon Niemczyk, Dorota Pomykała, Jan Frycz, Ryszard Kotys, Jerzy Bończak i Grażyna Szapołowska? Ta ostatnia pojawia się w filmie tylko na moment, ale jest to moment wciąż powalający po 40 latach. Nie chodzi o samą nagość, ale o to, jak została zaprezentowana. Szapołowskiej bliżej do nimfy jakiejś niż postaci rzeczywistej, przebiega przez swój dom niczym przesycona erotyzmem zjawa.
“Wielki Szu” to również, a może przede wszystkim, dialogi. Bez silenia się na efekciarstwo stworzono imponujący katalog zwrotów kultowych. Oczywiście “graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem - wygrał lepszy”, ale też “widzisz przedstawienie, a nie widzisz rzeczy”, “dobre, tylko po co?”, “jesteś daltonistą, chłopcze”, “jak tak, to tak” i wreszcie “jak tasowałeś, kretynie?!”. Wszystko podane w punkt, z odpowiednią intonacją, tempem.
Muszę również pokłonić się przed możliwościami scenograficznymi tamtych czasów. Zdjęcia bronią się do dziś (te hotele, te baseny, te wille), film zaskakuje paletą kolorów, której próżno czekać we współczesnym kinie. Wnętrza wyglądają pięknie, chromowane meble powodują opad szczęk u obecnych projektantów, a auta jeżdżą takie, że sam spróbowałbym szczęścia w “oczko”, żeby tylko mieć szansę na obcowanie z luksusem. To wszystko pomaga zrozumieć, dlaczego Jurek tak bardzo chciał uciec do innego świata. Jest on po prostu lepszy.
Szkoda jedynie, że główna zagadka nie jest żadną zagadką, jej rozwiązanie zaserwowano prosto w twarz. A przecież wystarczyły poprzednie sceny. Wystarczył ten basen, ten hotel, do którego z pewnością znów jeszcze wejdę, bo “Wielki Szu” kapitalnym filmem jest. Do you like hanky-panky love?
Przeczytaj również
Komentarze (9)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych