Kena: Bridge of Spirits - recenzja gry w wersji na Nintendo Switcha 2. Piękna historia na małym ekranie

Kena: Bridge of Spirits - recenzja i opinia o grze [Switch2]. Piękna historia na małym ekranie

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 17:00

Ember Lab podczas ostatniego wydarzenia PlayStation zapowiedziało nową przygodę Kena: Scars of Kosmora, a przy okazji studio postanowiło wykorzystać premierę Nintendo Switcha 2, by przypomnieć graczom o swoim uniwersum. Twórcy sięgnęli po sprawdzony ruch i przygotowali nowe wydanie Kena: Bridge of Spirits. Pytanie brzmi jednak bardzo prosto: czy warto wrócić do tej historii na hybrydowej platformie Nintendo? Przeczytajcie naszą recenzję.

Jedną z przyjemniejszych niespodzianek ostatnich miesięcy dla wielu graczy była właśnie zapowiedź Kena: Scars of Kosmora. Pierwsza gra Ember Lab została świetnie przyjęta, szczególnie przez społeczność PlayStation, a jednym z jej największych atutów była oprawa wizualna. I trudno się temu dziwić - studio przez lata zajmowało się animacją dla branży filmowej, co było widać praktycznie w każdym kadrze tej produkcji.

Dalsza część tekstu pod wideo

No i właśnie dlatego pojawiło się u mnie jedno, dość naturalne pytanie: jak Kena: Bridge of Spirits poradzi sobie na Nintendo Switch 2? To nie jest przecież mała, prosta gra, tylko tytuł, który od początku mocno opierał się na swojej oprawie. Po zobaczeniu pierwszych materiałów miałem pewne obawy… ale już po pierwszych minutach z kontrolerem w rękach mogę powiedzieć jedno - jest dobrze.

Baśniowa opowieść

undefined

Na wstępie do recenzji Kena: Bridge of Spirits muszę podkreślić jedno - ta gra od początku nie próbowała sprzedawać się jako opowieść z wielką, przełomową fabułą, która wywraca gatunek do góry nogami. To raczej kameralna, spokojnie poprowadzona historia o przewodniczce duchów, która trafia do zniszczonej krainy i krok po kroku pomaga zagubionym duszom uporać się z tym, czego nie zdążyły załatwić za życia. Kena przybywa do opuszczonej osady i chce dotrzeć do świętego górskiego sanktuarium, ale bardzo szybko okazuje się, że cały ten świat został zatrzymany przez żal, stratę i zepsucie. Fabuła opiera się więc na prostym, ale skutecznym schemacie: poznajemy kolejne duchy, odkrywamy ich historie, pomagamy im zamknąć niedokończone sprawy i przy okazji coraz lepiej rozumiemy, co wydarzyło się w tej krainie.

Wracając po latach do Keny... w trakcie rozgrywki bawiłem się naprawdę dobrze. Jasne, nie ma już efektu pierwszego odkrywania i zaskoczenia kolejnymi wątkami - wiem, dokąd to wszystko zmierza - ale mimo to historia nadal bardzo przyjemnie „niesie” całą przygodę. To zasługa przede wszystkim atmosfery i sposobu, w jaki Ember Lab połączyło fabułę z eksploracją świata. Nawet jeśli scenariusz nie próbuje nas zaskakiwać na siłę, to kolejne spotkania z duchami i odkrywanie ich małych tragedii wciąż mają swój urok i sprawiają, że chce się iść dalej.

undefined

Już przy premierze trudno było powiedzieć, że to właśnie fabuła jest najważniejszym elementem gry... i po latach nic się w tej kwestii nie zmieniło. Kena: Bridge of Spirits dużo mocniej zachwyca światem, oprawą, klimatem i samym uczuciem obcowania z tą piękną, lekko melancholijną rzeczywistością niż samym scenariuszem. Historia pełni tu raczej rolę dobrze napisanego spoiwa - łączy kolejne lokacje, nadaje sens podróży i pozwala lepiej zrozumieć emocje bohaterów, ale nie próbuje dominować nad resztą doświadczenia. I szczerze? To wcale nie jest problem, bo ta fabuła po prostu nie przeszkadza... przeciwnie, bardzo ładnie uzupełnia całość.

Właśnie dlatego Kena: Bridge of Spirits została doceniona już kilka lat temu i dlatego powrót do tej produkcji nadal ma sens. To nie jest opowieść, którą będziemy analizować latami pod kątem skomplikowanych symboli czy nieoczywistych twistów, ale jako lekko baśniowa, emocjonalna przygoda sprawdza się bardzo dobrze. Po latach nadal widzę jej ograniczenia, ale jeszcze mocniej doceniam to, jak dobrze współgra z resztą gry. W efekcie dostajemy historię może skromniejszą niż w największych hitach gatunku, ale na tyle przyjemną i dobrze podaną, że wciąż z zaangażowaniem śledzi się ją od początku do końca.

Znany gameplay, który potrafi zaskoczyć

undefined

Pod względem rozgrywki Kena: Bridge of Spirits nadal bardzo dobrze się broni. To jedna z tych gier, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak lekka, niemal familijna opowiastka z uroczymi stworkami i bajkowym światem, a później potrafią zaskoczyć poziomem trudności. Już po kilku godzinach czuć, że Ember Lab nie zrobiło z tego wyłącznie spaceru po pięknych lokacjach - w walce trzeba reagować, odpowiednio korzystać z uników, tarczy, łuku i specjalnych umiejętności, a niektóre starcia, szczególnie z bossami, potrafią naprawdę sprawdzić refleks i cierpliwość. To może nie jest poziom soulslike’a, ale zdecydowanie zdarzają się tutaj momenty, w których trzeba po prostu wykazać się umiejętnościami.

Bardzo dobrze wypada też sam rytm zabawy. Między walkami dostajemy proste, ale przyjemne zagadki środowiskowe, które nie zatrzymują gry na długo, tylko naturalnie przeplatają eksplorację i rozwijanie świata. Kena korzysta z kostura, łuku i kolejnych zdolności, ale ogromną rolę odgrywają tutaj właśnie Roty - małe stworzonka, które zbieramy podczas podróży. Z jednej strony są uroczym dodatkiem do świata, z drugiej stanowią ważny element mechanik: pomagają przesuwać obiekty, oczyszczać skażone miejsca, aktywować niektóre elementy otoczenia i wspierają bohaterkę w walce. Z czasem uczymy się z nimi współpracować coraz lepiej i to właśnie ten motyw nadaje grze najwięcej charakteru.

undefined

Nie mogę napisać, że Kena zaskakuje dziś mechanikami, bo szczerze mówiąc nie była to najbardziej rewolucyjna produkcja nawet w dniu premiery. To zestaw dobrze znanych rozwiązań: trochę walki, trochę skakania, trochę eksploracji i trochę lekkich łamigłówek. Ember Lab nie próbowało na siłę wymyślać koła od nowa, tylko wzięło sprawdzone elementy i bardzo starannie je poskładało. I właśnie dlatego tak trudno narzekać na jakość - wszystko działa, systemy się uzupełniają, a gra przez większość czasu utrzymuje przyjemne tempo, dzięki któremu chce się iść dalej i odkrywać kolejne fragmenty tej krainy.

Po latach Kena: Bridge of Spirits nadal pozostaje po prostu dobrą grą akcji z mocnym klimatem i przyjemną strukturą rozgrywki. Być może nie zaskakuje już tak jak kiedyś samą oprawą czy pierwszym kontaktem z Rotami, ale jej fundamenty pozostały solidne. Walka wciąż potrafi dać satysfakcję, zagadki nie męczą, a współpraca z małymi towarzyszami nadal jest jednym z najmocniejszych punktów całego doświadczenia. W pewnym momencie same pojedynki stają się jednak mocno powtarzalne i wyraźnie brakuje tutaj większej różnorodności. Szczerze mówiąc, ten problem był widoczny już przy premierze i po latach w tej kwestii nie zmieniło się właściwie nic… a to bez wątpienia pozostaje jednym z wyraźniejszych mankamentów gry.

Piękna przygoda, ale…

undefined

Kena: Bridge of Spirits na Nintendo Switch 2 nadal jest po prostu piękną grą i to widać od pierwszych minut. Na małym ekranie ten baśniowy świat wręcz rozkwita - miękkie oświetlenie, soczysta roślinność, świetnie animowane Roty i bardzo filmowe kadrowanie sprawiają, że całość prezentuje się naprawdę znakomicie. W handheldzie łatwiej też zachwycać ten styl, bo mniejszy ekran naturalnie maskuje część kompromisów: niższą rozdzielczość, delikatnie uproszczone tekstury czy mniej zaawansowane efekty cieniowania. I to właśnie w tym trybie Kena robi największe wrażenie.

Na dużym ekranie gra również potrafi wyglądać bardzo dobrze, ale w takiej sytuacji najłatwiej dostrzec różnice względem PlayStation 5. Obraz jest wyraźnie bardziej miękki, momentami widać niższą rozdzielczość wewnętrzną i agresywniejsze skalowanie, a część tekstur i detali otoczenia nie ma już tej samej ostrości i czystości. Łatwo też zwrócić uwagę na uproszczone oświetlenie globalne i mniej zaawansowane efekty cząsteczkowe, które w oryginale budowały „filmowy” charakter scen. Najbardziej rzucają się jednak w oczy drobne artefakty obrazu - szczególnie przy włosach Keny czy cienkich elementach otoczenia, gdzie pojawia się lekka niestabilność i poszarpane krawędzie. Mimo to trudno odmówić tej grze uroku: nawet po cięciach Kena nadal potrafi zachwycić kolorem, kompozycją kadru i klimatem świata.

undefined

Jeśli chodzi o płynność, muszę podkreślić, że jest... po prostu dobrze. Gra działa w 30 klatkach na sekundę i w większości przypadków utrzymuje ten poziom dość stabilnie, choć zdarzają się drobne spadki w bardziej efektownych momentach walki czy przy większej liczbie efektów na ekranie. Input lag nie przeszkadza w normalnej rozgrywce, ale przy bardziej wymagających starciach można odczuć, że to nie jest tak responsywne doświadczenie jak na PS5. Do 30 klatek da się przyzwyczaić, zwłaszcza że tempo gry jest odpowiednie, ale niedosyt pozostaje… szczególnie że Switch 2 w innych tytułach pokazał już, że potrafi zaoferować tryby wydajnościowe. Tutaj dostajemy tylko jeden wariant.

Ostatecznie port pod względem technicznym wypada solidnie, ale bez rewelacji. To nie jest szybka, niedopracowana propozycja - widać, że Ember Lab i zespół odpowiedzialny za port wiedzieli, co robią, i zadbali o to, by gra była stabilna, czytelna i dobrze dopasowana do handheldowego grania. Jednocześnie nie jest to pokaz mocy Switcha 2, który miałby robić efekt „wow”: kompromisy są widoczne, brak trybu wydajności zostawia lekki niedosyt, a część elementów wizualnych wyraźnie odstaje od wersji z PS5.

Znana zawartość z małym upominkiem

undefined

Pod względem zawartości Kena: Bridge of Spirits nadal nie oferuje nowego rozdziału fabularnego i właśnie to pozostaje dla mnie największym niedosytem. Ember Lab nie zdecydowało się na dodatek, który rozwinąłby historię albo chociaż mocniej zapowiedział kontynuację, więc jeśli ktoś liczył na nową opowieść osadzoną w tym świecie, to jej tutaj po prostu nie znajdzie. Zamiast tego twórcy dorzucili pełny pakiet zawartości znany z Anniversary Update, który nie rozwija fabuły, ale bardzo sensownie wzmacnia regrywalność.

Największe znaczenie ma tutaj oczywiście New Game+. Po ukończeniu kampanii możemy przekształcić zapis w nową przygodę, zachowując wszystkie odblokowane umiejętności, ulepszenia, stroje, Roty i cały wypracowany progres. To jednak nie jest zwykły „drugi obieg” tej samej gry - twórcy przebudowali starcia i dorzucili bardziej wymagające potyczki, w tym dodatkowe warianty przeciwników dostępne wyłącznie w NG+. Część bossów otrzymała nowe elementy walki (dodatkowe fazy lub zmodyfikowane zachowania), więc nie mówimy o prostym powtórzeniu znanych pojedynków, tylko o realnym podkręceniu wyzwania. Dzięki temu New Game+ działa jak pełnoprawny tryb dla graczy, którzy chcą jeszcze raz sprawdzić system walki... tym razem w znacznie trudniejszym wydaniu.

undefined

Drugim ważnym filarem są Spirit Guide Trials, które odblokowują się przy Kapliczce Masek w trakcie przechodzenia historii. To właśnie tutaj Ember Lab najpełniej wykorzystało mechaniki gry, dzieląc wyzwania na trzy kategorie. Obstacle Courses skupiają się na podstawowych zdolnościach Keny (łuku, bombach i dashu) i sprawdzają celność, timing oraz elementy platformowe. Wave Defenses wrzucają nas w kolejne fale przeciwników, gdzie trzeba nie tylko dobrze walczyć, ale też mądrze zarządzać zdrowiem i tempem starcia. Z kolei Boss Reflects pozwalają wrócić do najważniejszych pojedynków z kampanii, dopracować taktykę i sprawdzić inne podejście do znanych walk. To bardzo sensowny zestaw aktywności.

Dodatkową motywacją do zabawy w próbach są Charmstones i stroje Keny. Charmstones to osobne przedmioty, które możemy zakładać, by modyfikować statystyki i zdolności bohaterki - często oferują wyraźny bonus kosztem pewnego ograniczenia, więc zachęcają do świadomego dopasowania stylu gry pod konkretne wyzwanie. Najciekawsze wydają się Cursed Charmstones, przygotowane z myślą o graczach, którzy chcą jeszcze mocniej podbić poziom trudności i celowo osłabić swoją postać. Z kolei nowe outfity, inspirowane duchami, którym pomagamy podczas kampanii, odblokowujemy za zaliczanie prób, a dodatkowe warianty kolorystyczne wpadają za realizowanie bonusowych celów w Spirit Guide Trials.

Czy warto zagrać w Kena: Bridge of Spirits na Nintendo Switch 2?

Zdecydowanie tak... choć trzeba podejść do tego powrotu z odpowiednimi oczekiwaniami. To nadal bardzo przyjemna, kameralna opowieść, która świetnie łączy prostą fabułę z klimatycznym światem i angażującą eksploracją. Najlepiej wypada właśnie w trybie przenośnym, gdzie baśniowa stylistyka, kolory i animacja robią świetną robotę.

Jednocześnie trudno mówić o jakiejkolwiek rewolucji. To ta sama gra, która lata temu zachwyciła oprawą i klimatem, ale dziś nie robi już aż takiego „wow” jak przy premierze - szczególnie jeśli ktoś miał wcześniej styczność z wersją na mocniejszych platformach. Brakuje też nowej zawartości fabularnej, więc jeśli liczycie na rozwinięcie historii, możecie poczuć lekki niedosyt.

Pod względem technicznym to po prostu solidny port. Gra wygląda dobrze, działa stabilnie i najlepiej prezentuje się w handheldzie, ale jednocześnie nie jest to pokaz możliwości Nintendo Switcha 2. Kompromisy są widoczne, a największym rozczarowaniem pozostaje brak trybu 60 klatek - choć oczywiście 30 FPS jest jak najbardziej grywalne. Mimo tego Kena: Bridge of Spirits na Switchu 2 to wciąż bardzo przyjemne doświadczenie, które warto sprawdzić… szczególnie jeśli chcecie wrócić do tej historii w bardziej mobilnym wydaniu.

Ocena - recenzja gry Kena: Bridge of Spirits

Atuty

  • Piękny, baśniowy świat i bardzo mocny klimat,
  • Bardzo przyjemna opowieść, która nadal dobrze „niesie” całą przygodę,
  • Satysfakcjonująca walka i dobrze zaprojektowany rytm rozgrywki,
  • Roty wciąż są jednym z największych atutów gry i mechanik,
  • Świetnie wypada w trybie przenośnym,
  • Anniversary Update sensownie wzmacnia regrywalność.

Wady

  • Brak nowego rozdziału fabularnego,
  • Grafika nie robi już takiego wrażenia jak przy pierwszej premierze,
  • Widoczne kompromisy wizualne względem PS5,
  • Tylko 30 klatek na sekundę i brak trybu wydajności,
  • Walka z czasem staje się dość powtarzalna.

Kena: Bridge of Spirits na Nintendo Switch 2 to wciąż bardzo przyjemna, baśniowa przygoda, która najlepiej wypada w trybie przenośnym, gdzie klimat i styl graficzny skutecznie przykrywają część technicznych kompromisów. Nie ma tu rewolucji ani nowej fabularnej zawartości, a sama oprawa nie robi już takiego „wow” jak przy premierze, ale fundamenty gry nadal bronią się bez problemu. To bardzo solidny port.
Graliśmy na: NS2

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper