Ted (2024) - recenzja premiery 2. sezonu serialu [SkyShowtime]. Stare, dobre czasy

Ted (2024) - recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Stare, dobre czasy

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Wracamy do domu Bennettów! Po dwuletniej przerwie zmieniło się tu raczej niewiele - ot, Matty jest trochę mniej wybuchowy, Susan odrobinę mniej stłamszona, Blaire nieznacznie bardziej rodzinna, a John i Ted? Oni wciąż są dokładnie tacy sami. Na szczęście. 

Przyznam, że kiedy dostałem informację, że SkyShowtime udostępnia mi do sprawdzenia drugi sezon "Teda", absolutnie uroczego/hardcore'owego sit-comu od Setha MacFarlane'a, geniusza stojącego za markami takimi jak "Głowa rodziny" czy "Amerykański tata", byłem zachwycony. Seth rozumie na czym polegała magia starych seriali o mieszkających na przedmieściach, amerykańskich rodzinach, dlaczego ludzie z chęcią wracali do nich tydzień po tygodniu, a do tego dorzuca do tej sekretnej mieszanki swój własny, specjalny składnik - absolutnie hardkorowy, niskich lotów humor. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Później natomiast wziąłem się za faktyczne oglądanie. I mina lekko mi zrzedła, bo zobaczyłem dosłownie jeden - premierowy - odcinek. Czyli mniej niż w tej chwili jest już dostępnych w Polsce. Jeszcze bardziej zasmuciłem się natomiast, kiedy sprawdziłem na IMDb, że w stanach dostępny jest już cały sezon. Lubię te ich seriale, ale polityka firmy dotycząca ich dystrybucji szalenie działa mi na nerwy. No nic. Oto moja recenzja jednego z trzech dostępnych już w chwili publikacji tekstu odcinków. 

Ted (2024) - recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Rodzina jest... Najważniejsza?

Odcinek pod tytułem "Talk dirty to me" - zgrabne odniesienie do utworu grupy Poison - podzielony został klasycznie na wątki A i B. Z jednej strony dostajemy historię Johna (Max Burkholder) i Teda (Seth MacFarlane), którzy pewnego dnia znajdują w szkole niepilnowany telefon, więc postanawiają... Dzwonić z niego dzień w dzień na sekstelefon. Natomiast w domu, mimo wyraźnych sprzeciwów Blaire (Giorgia Whigham), Matty (Scott Grimes) zaprasza na wizytę jej ojca, a swojego brata, Bernie'ego (Scott Michael Campbell).

Zacznijmy od tego drugiego wątku. Jest on sercem tego pierwszego odcinka i naturalną kontynuacją tego, co wydarzyło się pod koniec pierwszego sezonu. Bernie jest... Kompletnym łobuzem, absolutnie zakochanym w sobie i lubującym się w umniejszaniu innym, ze swoim bratem na czele. I choć Blaire ostrzegała, by tego nie robić, Matty i tak musiał go zaprosić. Żeby się sprzeciwić, bo tak wypada? Trudno powiedzieć. Następująca sekwencja interakcji między braćmi jest jak żywo wyciągnięta z jakiejś kreskówki albo starego serialu - kompletnie przerysowane dokuczanie młodszemu, zarówno werbalne, jak i fizyczne. I choć Matty jest jaki jest, trudno choć trochę mu nie współczuć. Mam wrażenie, że Grimes gra go w tym drugim sezonie trochę bardziej ludzko, zmieniając ton z antagonisty Blaire na, być może, jej sojusznika? Efekt jest całkiem uroczy, tak samo jak i zakończenie odcinka. 

Ted (2024) - recenzja, opinia o serialu [SkyShowtime]. Życiowe tematy i znajomi wyglądające postacie 

Gdzie indziej, John i Ted uzależniają się od rozmów ze swoją ulubioną operatorką sekstelefonu. Raz za razem "muszą iść do toalety" czy tam zrobić coś innego, ale zamiast tego idą pod telefon i całymi minutami wiszą na telefonie. Chyba najbardziej zabawna w tym wszystkim jest ta ich młodzieńcza wiara, że faktycznie sprawiają tej dziewczynie gigantyczną przyjemność swoimi słowami. Oczywiście nic nie może trwać wiecznie, więc w końcu szkoła orientuje się, że ktoś nawalił jej pięć tysięcy dolarów rachunku (czyli jakieś jedenaście tysięcy, na dzisiejsze pieniądze). Zatrudniony zostaje więc agent specjalny Lawrence (Peter Macon), którego zadaniem jest wykrycie sprawcy. I tak jak jest to całkiem sympatycznie zrobiona, zabawna postać, tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to po prostu wariacja na temat detektywa Turlingtona z "Amerykańskiego taty" - ta sama powaga połączona z łatwowiernością, nawet poznajemy ich we względnie podobnych okolicznościach. 

Przyznam, że otwarcie sezonu z początku mi nie podeszło. Żarty wydawały się być wymuszone, z oczywistymi puentami. Do tego, przez ostatnie dwa lata Max Burkholder chyba trochę schudł, co zabrało mu odrobinę chłopięcego uroku, którym mógł pochwalić się jeszcze dwa lata temu - sam aktor, jakimś cudem, w przyszłym roku kończy trzydzieści lat, więc to i tak imponujące, że wyglądał jakkolwiek wiarygodnie jako licealista, ale tym razem nie jest już tak przekonujący. Na szczęście, jego relacja z Tedem, który wciąż jest tym specyficznym połączeniem dziecięcej niewinności z bagażem 40 lat doświadczenia i sprośnych żartów, wciąż wypada bardzo dobrze, a sam odcinek z każdą kolejną minutą staje się coraz ciekawszy i zabawniejszy.

"Ted" wraca z drugim sezonem łącząc ze sobą stare melodie z nowymi. Już od pierwszego odcinka czujemy się jak w domu, a kolejne tygodnie obiecują typowy dla klasycznych sit-comów powrót do statusu quo i kolejne, zwariowane przygody wulgarnego pluszowego misia i jego najlepszego przyjaciela. Szykuje się solidny sezon. Idę sprawdzić kolejne odcinki! 

Advertisement
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper