Peaky Blinders: Nieśmiertelny (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Zbędny epilog

Peaky Blinders: Nieśmiertelny (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Zbędny epilog

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Tommy Shelby zniknął z życia publicznego. Zmęczony życiem i starający się rozliczyć z przeszłością na własnych warunkach, zostaje ponownie wciągnięty w świat, przed którym uciekł, kiedy jego syn zaczyna zanadto panoszyć się po Birmingham. Co wyniknie z ich konfrontacji? 

Uważam, że "Peaky Blinders" jako serial dowiozło naprawdę satysfakcjonujący finał. Historia dobiegła do swojego naturalnego końca - większość bliskich Tommy'ego nie żyje, a on sam skazany jest na tułanie się po świecie w towarzystwie wszystkich demonów swojej przeszłości, w towarzystwie poczucia winy, przypominającego mu na każdym kroku, jak wiele złych decyzji podjął. To było zakończenie, które nie potrzebowało epilogu. Pozostawiony w metaforycznym czyśćcu, w stanie zawieszenia, Shelby działał na wyobraźnię, pozostawiał za sobą tę romantyczną, smutną wizję człowieka, który był na szczycie, a skończył z niczym.

Dalsza część tekstu pod wideo

Pokusa dopowiedzenia jeszcze paru ostatnich słów i przy okazji wyrwania kilku groszy od Netflixa była jednak najwyraźniej za duża, więc twórca serialu, Stephen Knight, oraz jeden z reżyserów, z którymi zdarzyło mu się pracować nad oryginalnym "Peaky Blinders", Tom Harper, powracają po kilku latach przerwy z "Nieśmiertelnym". I tak jak przyznam, że przed premierą wizja powrotu do tej marki wydawała się być niezwykle wręcz kusząca, tak po obejrzeniu filmu po głowie kręci mi się głównie jedno pytanie: po co to było?! Żeby móc teraz zrobić spin-off z Barrym Keoghanem? Takie przekazanie pochodni? Cóż, nawet w takiej sytuacji, można zrobić dobrą, nacechowaną emocjami fabułę, a można... zrobić “Nieśmiertelnego”.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Czy był na to w ogóle jakiś pomysł?

Teoretycznie, filmowcy nie zrobili tutaj niczego złego. Powiedziałbym wręcz, że ich dzieło nosi wszelkie znamiona elementów, dzięki którym kolejne sezony serialu były takim sukcesem. Mamy tu rodzinny dramat, kontekst społeczny, czarny charakter grany przez wybitnego aktora, niebezpieczeństwo, pomoc ze strony starych przyjaciół i zakończenie, które odwraca oczekiwania widza do góry nogami – a przynajmniej tak mu się wydaje. Ta formuliczność jest jedną z największych bolączek filmu. To już wszystko było, scenariusz Knighta nie sili się na absolutnie nic nowego. Mało tego! Zaproponowane przez niego wątki i zwroty akcji są zwyczajnie kiepsko zbudowane, nie czuć w nich napięcia. Grany przez Tima Rotha czarny charakter ma jakiś tam mglisty plan pomocy Hitlerowi, który zasadniczo nie ma żadnego związku z Tommym (Cillian Murphy). Po prostu był na tyle nierozsądny, aby do pomocy wziąć sobie akurat jego syna, Duke'a (Barry Keoghan), a później jeszcze podnieść rękę na jego rodzinę. Niby jest to coś, co ich ze sobą łączy, ale widz nie czuje niebezpieczeństwa, nie czuje, że właśnie rozgrywa się między tymi dwoma – albo i trzema – gra o najwyższą stawkę.

Fabuła jest bardzo pretekstowa, tak, ale problemem są też postacie. Cillian Murphy jako Tommy wciąż jest absolutnie magiczny. Czuć w nim i majestat, do którego lgną maluczcy i niezachwiane poczucie władzy, siłę, której nie da się zmierzyć. Rzecz w tym, że poza kilkoma sytuacjami, jak ta z trailera, gdzie wchodzi on do baru i nie daje się zastraszyć jakiemuś przypadkowemu gówniarzowi, którego największym grzechem było to, że nie wiedział, kto to taki, ten Tommy Shelby, nie ma on tu zbyt wielkiej prezencji. Gdzieś tam się trochę kręci, z kimś porozmawia – w tym z siostrą bliźniaczką jego pierwszej kochanki, Kaulo (Rebecca Ferguson), która być może mąci wody za kulisami wydarzeń, a może nie. Zastanawia mnie, dlaczego postanowili powiedzieć nam, że ona i Zelda były bliźniaczkami, skoro i tak tamta nigdy nie pojawiła się osobiście w oryginalnym serialu. Żeby zaoszczędzić na castingu? Wszystkie tego typu detale w filmie wydają się być kompletnie... arbitralne.

Peaky Blinders: Nieśmiertelny (2026) - recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Klasyka pozbawiona pazura

Barry Keoghan był doskonałym wyborem na syna Cilliana Murphy'ego. Obaj panowie mają w sobie coś... gadziego. Mają niby raczej pospolite, „chłopskie”, że tak powiem, twarze, ale jest w nich również coś niebezpiecznego. Może to te oczy, sam nie wiem. W każdym razie, Keoghan ma również odpowiedni talent, aby nie odstawać od swojego starszego kolegi. Nie do końca kupiłem go jako nowego przywódcę Peaky Blinders – wydał mi się odrobinę za młody – ale jego działania zdecydowanie pokazywały, że on sam czuje się na ten pozycji bardzo komfortowo. Tych kilka scen, które dzieli z Murphym działa bardzo dobrze. Czujemy napięcie między nimi, agresję połączoną z wrażliwością, z chęcią wyciągnięcia ręki do tego drugiego, którą temperuje ego obu panów i sytuacja, w której się znaleźli. Reszta postaci jest znacznie bardziej... użytkowa. Miło było ponownie zobaczyć Stephena Grahama w roli Stagga, ale filmowcy nie robią z nim kompletnie niczego ciekawego. Po prostu pojawia się, żeby widz mógł wykrzyczeć: „O! Stagg!” w trakcie seansu.

Wizualnie, „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” jest akceptowalny. Ulice Birmingham wciąż mają swój klimat, a pewna ręka operatorów kamery, George'a Steela i Bena Wilsona, regularnie zabiera nas na długie przechadzki po mieście, przez dziesiątki metrów podążając za postaciami, imponując przygotowaniem i inscenizacją. Prócz tego widzimy też robiącą całkiem duże wrażenie, nocną panoramę Liverpoolu i... to tyle. Poza tymi kilkoma ciekawymi ujęciami, „Nieśmiertelny” raczej nie zrobił na mnie wrażenia. Bo i jak?! Czy ma nam imponować kompletnie niepotrzebna, kulawo sklejona, pozbawiona emocji strzelanina w podwórzu, z której absolutnie nic nie wynika, czy może wielki, pusty, za to bardzo elegancko doświetlony hangar, w którym rozgrywa się finał filmu?

Nie wiem czy to kwestia tego, że ktoś kogoś pospieszał, czy może tego, że Knight próbował zmieścić formułę serialu w dwugodzinnym filmie, czego absolutnie nie dało się zrobić w satysfakcjonujący sposób. Tak czy inaczej, „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” nie jest dobrym filmem. Może akceptowalnym, zrobionym bez żadnych technicznych wtop, ale również kompletnie niepotrzebnym, emocjonalnie wykastrowanym i tylko niepotrzebnie rzucającym cień na finał serialu. Nie czuję, aby filmowcy rzeczywiście mieli tu coś do powiedzenia. W moim odczuciu był to zwyczajny skok na kasę.

Advertisement

Atuty

  • Murphy i Keoghan są świetni jako ojciec i syn;
  • Kilka podnoszących poziom adrenaliny scen;
  • Kostiumy i miasto wciąż robią wrażenie;
  • Tematycznie, w paru momentach potrafi lekko chwycić za serce.

Wady

  • Nijaka, pozbawiona napięcia i emocji fabuła;
  • Wyczuwalny z kilometra zwrot akcji;
  • Kreatywnie goły;
  • Rzuca w widza dobrymi piosenkami... na 5 sekund.

„Peaky Blinders: Nieśmiertelny” stara się zrobić to samo co serial, ale przy bardzo ograniczonym czasie antenowym. Rezultatem jest film, który wygląda jak wstęp do spin-offu z Barrym Keoghanem, a nie godne pożegnanie Cilliana Murphy'ego.

5,5
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper