Ella McCay (2025) - recenzja filmu [Disney+]. Żyć w świecie bez pauzy

Ella McCay (2025) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Żyć w świecie bez pauzy

Łukasz Musialik | Dzisiaj, 21:00

James L. Brooks, architekt naszych najszczerszych wzruszeń i człowiek, który nauczył kino mówić o neurozach z wdziękiem, powraca po piętnastu latach milczenia. Jego najnowsze dzieło, „Ella McCay”, dostępne na platformie Disney+, to seans, który przypomina spotkanie ze starym przyjacielem - bywa przegadany, nieco staroświecki i irytująco rozproszony, a jednak w końcowym rozrachunku absolutnie niezbędny.

W świecie zdominowanym przez chłodne kalkulacje algorytmów, Brooks serwuje nam film pulsujący chaotycznym, gorącym rytmem ludzkiego serca, udowadniając, że choć świat się zmienił, nasze pragnienie autentyczności pozostało niezmienne.

Dalsza część tekstu pod wideo

Ella McCay / Disney+
resize icon

Ella McCay (2025) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Między ideałem a pragmatyzmem

James L. Brooks to twórca, który zawsze potrafił odnaleźć sacrum w profanum codzienności. Od „Trudnych słówek” po „Lepiej być nie może”, jego kino było azylem dla postaci skomplikowanych, inteligenckich i głęboko wadliwych. W „Elli McCay” reżyser bierze na warsztat postać młodej, idealistycznej polityczki (w tej roli magnetyczna Emma Mackey), która przygotowuje się do przejęcia sterów jako gubernator stanu. Jednak Brooks, wierny swojej metodzie, nie tworzy tradycyjnego dramatu politycznego w stylu „House of Cards”. Zamiast tego, polityka staje się tu zaledwie szkieletem, na którym rozpina on gęstą sieć relacji rodzinnych, zawodowych i egzystencjalnych. Ella nie walczy jedynie z oponentami w sondażach, ponieważ toczy nieustanną batalię z czasem, oczekiwaniami bliskich i własnym kompasem moralnym, który w brutalnym świecie władzy zaczyna drgać z niebezpieczną częstotliwością.

To, co może być nazywane „przeładowaniem”, ja postrzegam jako świadomą strategię narracyjną. Brooks nie boi się dygresji. Pozwala swoim postaciom na długie, wielokrotnie złożone dialogi, które w dzisiejszym kinie, pociętym na krótkie, Tik-Tokowe frazy, brzmią niemal jak rewolucja. Reżyser kreśli portret kobiety, która chce być wszystkim dla wszystkich - wzorową córką, skuteczną liderką i empatycznym człowiekiem. Ta niemożność pogodzenia ról jest sercem filmu. Reżyser niejako pyta nas - czy w 2025 roku można pozostać przyzwoitym, będąc jednocześnie skutecznym? Odpowiedź, jaką otrzymujemy, nie jest jednoznaczna, co stanowi o największej sile scenariusza. To kino, które celebruje bałagan życia, zamiast próbować go na siłę uporządkować.

Ella McCay / Disney+
resize icon

Ella McCay (2025) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Emma Mackey i reszta świata

Obsada „Elli McCay” to prawdziwy rolodex talentów, aby użyć sformułowania jednego z amerykańskich recenzentów. Na czele stoi Emma Mackey, która ostatecznie zdejmuje z siebie odium „gwiazdy jednego serialu”. Jej Ella jest kruchą siłą. Aktorka potrafi w jednej scenie oddać twardość negocjatora i bezbronność dziecka szukającego akceptacji. Mackey gra całym ciałem - jej nerwowe ruchy, sposób, w jaki poprawia włosy w chwilach stresu, tworzą postać tak żywą, że mamy ochotę wyciągnąć do niej rękę. Partneruje jej plejada znakomitości, z których każdy dostaje od Brooksa swoje „pięć minut” - co zresztą jest znakiem rozpoznawczym tego reżysera. Jamie Foxx i Woody Harrelson wprowadzają do filmu energię, której momentami brakuje w nieco zbyt statycznych scenach gabinetowych, a Ayo Edebiri po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z najciekawszych twarzy współczesnego kina, wnosząc subtelną ironię do świata pełnego patosu.

Warto jednak pochylić się nad powrotem Alberta Brooksa. Jego obecność na ekranie to czysta magia nostalgii, ale i bolesne przypomnienie o przemijaniu pewnego modelu kina. Relacja Elli z mentorem/ojcem (zależnie od tego, jak interpretować te wielopoziomowe więzi) jest najbardziej poruszającym elementem filmu. To tutaj reżyser uderza w najwyższe tony, budując sceny, które mogłyby uchodzić za sentymentalne, gdyby nie były tak boleśnie prawdziwe. Niektórzy mogą zarzucić filmowi, że jest „zbiorem niedokończonych opowieści”. Niemniej ja widzę w tym raczej jazzową improwizację - każda z postaci wnosi swój motyw przewodni, który czasem wybrzmiewa solo, a czasem niknie w ogólnym zgiełku. To nie jest filmowy monolit, to tętniący życiem ekosystem, w którym każda emocja ma prawo do istnienia, nawet jeśli nie prowadzi do oczywistej pointy.

Ella McCay / Disney+
resize icon

Ella McCay (2025) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Czy więcej znaczy lepiej?

Technicznie „Ella McCay” jest filmem paradoksalnym. Zdjęcia są czyste, niemal sterylne, co stoi w ciekawej opozycji do narracyjnego rozbuchania. Brooks nie potrzebuje wizualnych fajerwerków - on ufa słowu i aktorowi. Jednakże, nie da się ukryć, że metraż filmu i jego struktura mogą wystawić cierpliwość widza na próbę. To rzeczywiście film, który sprawia wrażenie, jakby chciał być trzema różnymi produkcjami jednocześnie - satyrą polityczną, dramatem rodzinnym i komedią o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Czy to błąd? W epoce, gdy większość filmów na platformach streamingowych jest skrojona według jednego, nużącego wzorca, „Ella McCay” jawi się jako fascynujący wybryk natury. To dzieło niepokorne, które nie chce się zmieścić w żadnych ramach.

Krytycy w wielu poprzednich filmach wytykali reżyserowi, że „nie wie, kiedy skończyć”, ale czy w przypadku twórcy tej klasy nie powinniśmy raczej cieszyć się z każdego dodatkowego ujęcia? „Ella McCay” to film o nadmiarze - nadmiarze obowiązków, nadmiarze uczuć i nadmiarze ambicji. Ten nadmiar jest wpisany w DNA filmu. Owszem, niektóre wątki (jak choćby pewne relacje romantyczne) wydają się potraktowane po macoszemu, ale czy życie nie wygląda dokładnie tak samo? Brooks rezygnuje z elegancji domkniętego zakończenia na rzecz prawdy o ludzkim niedopasowaniu. To kino „analogowe” w swojej strukturze, mimo że opowiada o cyfrowej rzeczywistości. Wymaga od widza skupienia, empatii i porzucenia oczekiwania na szybką nagrodę w postaci prostego morału.

Ella McCay (2025) - recenzja i opinia o filmie [Disney+]. Humanizm w pełnym rozkwicie

„Ella McCay” to film, który podzieli publiczność. Dla jednych będzie to zbyt długa, niespójna opowieść o uprzywilejowanej elicie, dla innych - w tym dla mnie - to głęboko poruszający list miłosny do człowieka jako istoty skrajnie niedoskonałej. James L. Brooks po raz kolejny udowodnił, że potrafi pisać o nas tak, jak nikt inny.

Film, mimo swoich strukturalnych ułomności, posiada coś, czego brakuje większości współczesnych produkcji - duszę. To seans, który po napisach końcowych zostaje pod powiekami, zmuszając do refleksji nad tym, co w naszym własnym życiu jest autentycznym dążeniem, a co jedynie rolą graną pod publiczkę. Warto dać się porwać temu chaosowi, bo to chaos, z którego rodzi się zrozumienie.

Atuty

  • Wybitne kreacje aktorskie (Mackey, Harrelson)
  • Błyskotliwe, inteligentne dialogi
  • Ciepły, niepodrabialny humanizm

Wady

  • Przeładowanie wątków
  • Rozciągnięty metraż

Jeśli lubisz inteligentne, ciepłe komediodramaty z politycznym zacięciem to warto dać mu szansę.

6,0
Łukasz Musialik Strona autora
Pasjonat gier od samego dzieciństwa, kiedy to swoją pierwszą konsolę dostał od rodziców. Od tamtej pory zafascynowany grami i ich światem, ponieważ jako dorosły uważa, że to nie tylko rozrywka, ale także sztuka, która może nas uczyć, inspirować i poruszać emocje. Nieustannie poszerza swoją wiedzę i doświadczenie w dziedzinie gier i konsol, aby móc dostarczać innym jak najbardziej wartościowe treści.
cropper