Zapiski śmiertelnika (2026) – recenzja filmu [Galapagos]. Zabili go i nie uciekł... Jakby

Zapiski śmiertelnika (2026) – recenzja, opinia o filmie [Galapagos]. Zabili go i nie uciekł... Jakby

Piotrek Kamiński | Dzisiaj, 21:00

Na plaży gdzieś na Helu z morza zostaje wyłowione ciało. Czy to samobójca, któremu życie stało się niemiłe, czy może ktoś jednak pomógł mu podjąć decyzję o zakończeniu egzystencji? A jeśli tak, to kto i dlaczego? I co z tym wszystkim wspólnego ma woda mineralna?!

„Historia mężczyzny, który pojechał popełnić samobójstwo, ale nie zdążył, bo go zabili, a tak naprawdę to był wypadek”, brzmi oficjalny opis filmu, dostępny między innymi na Filmwebie. Brzmi jak jakiś kompletny absurd? Obejrzyj więc jeszcze zwiastun, a już w ogóle nie będziesz miał pojęcia, o co w tym filmie chodzi. Najgorsze jest jednak to, że po obejrzeniu go, mam wrażenie, że reżyser, Maciej Żak, też nie bardzo wie, o czym właściwie chciał opowiedzieć.

Dalsza część tekstu pod wideo

Z jednej strony, mamy tu metafizyczny traktat o sensie i wartości życia, podszyty traumatycznym obciążeniem generacyjnym. I jest to nawet interesujące samo w sobie, choć mam wrażenie, że prócz mówienia „na ten temat”, reżyser nie ma zbyt wiele do powiedzenia „o tym temacie” - nie oferuje jakichś ciekawych, filozoficznych dywagacji, nie prowokuje do kontynuacji wątku we własnej głowie, czy nawet z innymi widzami. Wyszliśmy z koleżanką z seansu i właściwie nie chciało nam się rozmawiać o tej cięższej stronie warstwy fabularnej „Zapisków śmiertelnika”. Trzeba jednak przyznać, że miejscami potrafią być one całkiem zabawne.

Zapiski śmiertelnika (2026) – recenzja, opinia o filmie [Galapagos]. Przed i po tragedii

Ciało na plaży
resize icon

Dywagacje F.P. (Ireneusz Czop) same w sobie raczej rzadko sprawiają, że się śmiejemy – chyba że w ten sam sposób, co narracja Adasia Miałczyńskiego w filmach Marka Koterskiego, ale to raczej nieczęsto. Co innego jego rozmowy z duchem ojca (Marian Dziędziel), który sam wcale nie popełnił samobójstwa, a teraz kłóci się z synem o jego decyzję. Jest też pani recepcjonistka (Agata Turkot), która prócz swojej normalnej pracy jest też lokalnym medium i potrafi rozmawiać z duchami. Szkoda, że ostatecznie nie jest to praktycznie w ogóle istotne, a sama postać działa wyłącznie dzięki niesamowitemu urokowi aktorki. 

Drugą stroną fabuły, która regularnie przeplata się z tą pierwszą, jest wszystko to, co dzieje się już po odnalezieniu ciała. Poznajemy węszącego spisek policjanta o pięknym wąsie (Paweł Tomaszewski), kompletnie nie chcącą nawet słyszeć, że mogło to być cokolwiek więcej, jak zwykłe samobójstwo, panią prokurator (Magdalena Boczarska), lokalnego rybaka i jego łososie norwerskie (Marcin Sztabiński) i jeszcze kilka innych postaci. Wraz z nimi będziemy powoli dochodzić do tego, co tak naprawdę wydarzyło się poprzedniej nocy – czy było to morderstwo czy jednak nie? Problem w tym, że my jako widzowie przecież wiemy, że samobójstwo było planem F.P. więc oglądamy te kolejne potencjalne tropy z raczej średnim zainteresowaniem, a kiedy na koniec dowiadujemy się, co i jak, jest to rozwiązanie tak szalenie nieciekawe, antyklimatyczne i zwyczajnie kiepskie, że aż robi się smutno. Nie dlatego, że stała się tak smutna rzecz, ale ponieważ spędziło się półtorej godziny tylko po to, by dobrnąć do takiego finału.

Zapiski śmiertelnika (2026) – recenzja, opinia o filmie [Galapagos]. Przerost formy nad treścią

Rybak
resize icon

Trzeba jednak przyznać panu Żakowi i jego operatorowi, Jakubowi Stoleckiemu, że udało im się nakręcić bardzo klimatyczny i miły dla oka film. Ujęcia potrafią zachwycić piękną symetrią – zwłaszcza wnętrza pensjonatu, w którym zatrzymuje się główny bohater. Wszystko w parach, idealnie podzielone na lewą i prawą stronę, na górę i dół, a do tego przy pięknym oświetleniu, łączącym raczej ciemne, brązowe meble i zielone (a może niebieskie?) ściany z ciepłym, nie za mocnym światłem lamp. Miejscami, dla lepszego kadrowania, zastosowano obiektyw o nieskorygowanej dystorsji, czyli tak zwane „rybie oko”. Pełno tu również po prostu interesująco dobranych kadrów, jak choćby widok na samotny grób, który widzimy jednak w tle, bo na pierwszym planie, irytującym tematem obrazu jest cieknący smętnie kran.

Aktorsko film jest raczej trudny do omówienia, ponieważ reżyser postawił na dosyć specyficzne połączenie naturalizmu z przesadną teatralnością. Tak więc z jednej strony mamy nacechowane emocjami monologi, z drugiej bardziej śmieszkowego policjanta, pasującego bardziej do klasycznego filmu komediowego, a jeszcze z trzeciej Magdę Boczarską, która raz musi dostosować się do jednego stylu, a innym razem do drugiego. Efekt jest... dziwny. Nie do końca zły, ale też raczej nie za dobry. No i ciężko przez to mówić o jakichkolwiek relacjach między postaciami. Postacie w „Zapiskach Śmiertelnika” są niemalże jak rekwizyty, jakieś archetypy, a nie żywi ludzie.

Ostatecznie, muszę przyznać, że zawiodłem się „Zapiskami śmiertelnika”. To bardzo ładnie wyglądający, miejscami całkiem zabawny i z raz prowokujący do myślenia film, ale brakuje w nim treści i, być może przede wszystkim – skupienia. Żak sam nie wie, czy chce mówić o śmiertelności, czy przedstawić nam zagadkę kryminalną i ostatecznie ani jednego ani drugiego nie robi skutecznie. 

Atuty

  • Ładne zdjęcia;
  • Zajmujący Ireneusz Czop;
  • Kilka solidnych, słodko-gorzkich żartów.

Wady

  • Nieskoncentrowana fabuła;
  • Raczej płytki w swojej głębi;
  • Ślamazarne tempo narracji;
  • Zakończenie bardziej drażni niż satysfakcjonuje.

„Zapiski śmiertelnika” to miszmasz kilku różnych koncepcji, film próbujący złapać za ogon kilka srok, w efekcie tracąc wszystkie. Wygląda ładnie i można się na nim okazjonalnie zaśmiać, ale ostatecznie uważam go za nieudany eksperyment.

4,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper