The Morning Show (2025) - recenzja trzeciego sezonu [Apple]. Aktorstwo przybywa na ratunek

The Morning Show (2025) - recenzja i opinia o trzecim sezonie [Apple]. Aktorstwo przybywa na ratunek

Jan Piekutowski | Wczoraj, 22:30

Po kiepskim sezonie trzecim podchodziłem do “The Morning Show” jak pies do jeża, chociaż to ogółem jedna z moich ulubionych produkcji serialowych. W końcu jednak odpaliłem najnowsze epizody, jednocześnie wyzbyty większych oczekiwań. Cóż, nie rozczarowałem się, ale do zachwytów też było daleko.

Każdy z dotychczasowych sezonów hitu Apple skupiał się na konkretnym temacie. Pierwszy - będący niedoścignionym dotąd wzorem - poruszał problematykę #MeToo. Drugi koncentrował się na koronawirusie, trzeci opowiadał o wielkich planach zadufanych miliarderów, ale też przesycie związanym z mnogością platform streamingowych. Czwarty nieco zmienia optykę.

Dalsza część tekstu pod wideo

Twórcy chętnie łapią wiele srok za ogon. Z jednej strony mamy branie odpowiedzialności za słowo i próbę rozprawy na temat istoty dziennikarstwa. Z drugiej zaś bardzo dużo czasu poświęcono na wewnętrzne wojenki w UBA. Kluczowe role w bitwie o przyszłość stacji odgrywają doskonale znane Alex Levy (Jennifer Aniston), Stella Bak (Greta Lee), Mia Jordan (Karen Pittman), a także Cory Ellison (Billy Crudup) i nowi bohaterowie na planszy - Celine Dumont (Marion Cotillard) i Brodie (Boyd Holbrook). Całe szczęście, że znakomita większość z nich - może wyłączając jedynie szokująco nieprzekonująco Lee - wywiązuje się ze swoich zadań więcej niż porządnie. Akrostwo ratuje kiepski scenariusz, który coraz mocniej żeni się z operą mydlaną niż niezwykłym kawałkiem telewizji znanym z pierwszego sezonu.

Co za dużo, to niezdrowo

Greta Lee
resize icon

Czwarta część hitu Apple cierpi na mnogość wątków. Wydaje się, że celem twórców było potraktowanie każdego bohatera z należną powagą, przydzielenie istotnej roli, dopasowanie do większej całości. Szkopuł w tym, że trudno to zrobić, gdy przez ekran przewija się około dwudziestu postaci, a dziesięć odcinków przekłada się na niespełna dziesięć godzin materiału. Trzeba pisać naprawdę gęsto, pilnować wszystko, aby materiał fabularny nie rozłaził się we wszystkie strony. To sztuka niełatwa - w moim przekonaniu autorzy jej nie podołali. 

Chociaż czwarty sezon “The Morning” show stara się wrócić na ziemię, to czyni to pozornie. Triumfuje chęć przeskoczenia kolejnego rekina. Serwuje się nam niezwykłe, intymne odcinki o rodzinnych relacjach Alex (w roli jej ojca niezrównany Jeremy Irons) oraz Cory’ego (partneruje mu świetna Lindsay Duncan), a także swoistą grę o tron z Cotillard na pierwszym planie, ale też twisty zupełnie niewiarygodne. 

Utrata kontroli nad sztuczną inteligencją opracowywaną przez UBA wygląda jak efekt inwencji szóstoklasisty. Temat absolutnie poważny potraktowano z zadziwiającym pobłażaniem, mniej wnosi do dyskursu niż przeszło dwudziestoletnie “Ja, robot”. W kolejnym wątku Bradley Jackson (Reese Witherspoon), doświadczona przecież dziennikarka, zachowuje się irracjonalnie. Wyjeżdża na Białorusię, gdzie, cóż za zaskoczenie, zostaje błyskawicznie zatrzymana. W pomoc jej angażują się przede wszystkim Chip Black (Mark Duplass), Alex i Paul Marks (Jon Hamm), którzy działają w cokolwiek bondowskim stylu. Dość powiedzieć, że miliarder pośredniczy w negocjacjach z oligarchą, a cała operacja mająca na celu uwolnienie Bradley toczy się w filharmonii. To jednak nie zabawa konwencją, trudno wyczuć świadomość podjętych decyzji. Przesada jest raczej wypadkiem przy pracy, a nie oczekiwanym efektem.  

Na szczęście zręczniej wypadła drobnica, której pełno w ostatniej odsłonie “The Morning Show”. Miłosny trójkąt Yanko Floresa (Nestor Carbonell) i pozorną potęgę Brodiego pokazano kompetentnie, a kilku aktorów otrzymało szansę wykazania się talentem wokalnym podczas nagłego wykonania “You don’t own me”. Ujmę to w ten sposób - Shari Belafonte, córka słynnego Harry’ego, nie bez powodu wydała dwie płyty.

Momenty geniuszu

Tak
resize icon

Byłbym pewnie w stanie obrazić się na Apple i nazwać “The Morning Show” niedogotowanym ziemniakiem, ale… nie mogę. Nie tylko ze względu na kilka udanych wątków fabularnych, zaskakujące cytaty z niezrównanej Joni Mitchell, lecz przede wszystkim wspomniane kreacje aktorskie. To serial opierający się na umiejętnościach gwiazd - tych z pierwszego, ale i drugiego oraz trzeciego szeregu. Może i nie przekonują mnie monologi oraz metoda Lee, jednak cóż z tego, skoro Holbrook zachowuje się niczym wzorcowy przykład gospodarza prawicowego podcastu, Irons daje piękny przykład starej szkoły, Aniston, Duplass i Crudup nie schodzą poniżej ustawionej wcześniej poprzeczki, a Hamm odnajduje się w dziwacznej roli?

Cotillard natomiast dosłownie pożera każdą scenę. Czy poważna, czy egzaltowana, czy seksualna - jest znakomita. Z lekkością wplata francuskie zwroty do dialogów, skutecznie myli się przy amerykańskich frazeologizmach. Jej postać, zwłaszcza w finale, również bywa kreślona grubą krechą, ale zdobywczyni Oscara udowadnia, że wyróżnienie od Akademii otrzymała nieprzypadkowo.

Całość czwartego “The Morning Show” składa się konstrukcję osobliwą. Z jednej strony niepozbawioną wad, z drugiej przyciągającą do ekranu na tyle skutecznie, że dziesięć odcinków pochłonąłem w dwa dni. Bawiłem się też lepiej niż przy trzecim sezonie, co sugeruje tendencję zwyżkową. Oby zostało to potwierdzone w piątym sezonie, który już oficjalnie zapowiedziano. Będę oglądał. Mogę się na applowski serial zżymać, ale wracam do niego stale, niczym do ulubionej śniadaniówki.

Atuty

  • Fenomenalna gra aktorska
  • Lepszy niż sezon trzeci
  • Wątki walki o władzę w telewizji i przeszłości Alex oraz Cory’ego

Wady

  • Wątki Bradley i Stelli
  • Za dużo nierozwiniętych pomysłów
  • Momentami zbyt melodramatyczne

Czwarty sezon “The Morning Show” powoli obiera właściwy kurs. Nie zrobił tego całkowicie, czasami go znosi, ale istnieje nadzieja, że kolejne odcinki będą jeszcze lepsze. Przy takim zespole aktorskim nie jest to wykluczone.

6,5
Jan Piekutowski Strona autora
Popkulturę pochłania masowo, łapczywie. Od dziecka, od kiedy zakatował DVD z "Królewną Śnieżką". Nie ma serialu, którego nie obejrzy. Nie ma filmu, na który nie pójdzie do kina. Nie ma komiksu, którego nie przeczyta. We wszystkim stara się znaleźć jakiś pozytyw, bo przecież pewnego dnia smutek się skończy.
cropper