Co to są Transformer'y, chyba nie muszę mówić? Jednak dla tych co przeleżeli całe życie zahibernowani w lodówce, należy się słowo wyjaśnienia. To rasa inteligentnych robotów, posiadająca zdolność przemiany w pojazdy tudzież zwierzęta, bronie. Rasa ta zamieszkuje planetę Cybertron i dzieli się na dwie frakcje, które rywalizują ze sobą od wieków. Autoboty, którego przywódcą jest Optimus Prime stoją po stronie dobra, a Decepticony na czele z Megatronem, po stronie zła. 
Najpopularniejszą serią, mimo ostatniego eksploatowania własnych wizji ( patrz filmy Bay'a ) jest generacja pierwsza G1. 
Zapoczątkowana w 1984 roku przez firmę Hasbro, która wyprodukowała linię zabawek o tematyce robotów szybko zdobyła popularność na całym świecie. Później poszło z górki, komiksy, bajki animowane a nawet pełnometrażowy film. Najmilej wspominam komiksy TM-Semic wydawane w Polsce na początku lat 90-tych, które kosztowały 9900zł, oczywiście przeliczając na stare :)
Wart przypomnienia jest również film animowany i wizytówka G1, czyli The Transformers: The movie z 1986 roku. Co tu dużo mówić, dla mnie to była najczęściej wybierana kaseta VHS w wypożyczalniach. Oglądałem za dzieciaka wlepiony do telewizora kineskopowego niezliczoną ilość razy. W sumie produkcja mimo upływu czasu nie zestarzała się tak bardzo i zachęcam do obejrzenia, bo klimat wylewa się hektolitrami. 
To były czasy, gdzie specyficzna kreska bajki przeplatała się z fajnie zrealizowaną akcją i sytuacjami, które utkwiły w głowie przez lata. Idealnie dobrane głosy pod blaszane postacie i hipnotyzująca muzyka. To było coś! 
Gdy pierwszy raz zobaczyłem zapowiedź Transformers: Devastation w stylistyce legendarnej G1 od razu widziałem przed oczami animację z 1986. Czy gra spełniła pokładane nadzieje? Z jednej strony tak, z drugiej, nie za bardzo...ale o tym za chwilę.

 

Fabuła skupia się na podstępnym planie Megatrona, który odkrywa sposób na przemianę Ziemi w cybernetyczną konstrukcję za sprawą energii plazmowej, realizując w zamiarach kompletne opustoszenie planety z życia. Do akcji oczywiście wkracza zespół dowodzący przez Optimusa Prime'a, w celu powstrzymania frakcji Decepticonów, do których w pewnym czasie przyłączają się Insectioconsy - roboty z możliwością zamiany w robale. Scenariusz napisany przez Andy'ego Schmidta, który w przeszłości był autorem komiksów rozgrywających się w tym samym uniwersum, napisana jest tylko poprawnie. Brakuje tu większych niespodzianek, złożoności poszczególnych sytuacji. Wiele razy będę wracał do animowanego filmu Transformers, który dla mnie jest wyznacznikiem, jak powinny wyglądać przygody robotów. Zdaję sobie sprawę, że recenzowana produkcja jest tylko ,,nawalanką'', ale kurcze...chciałoby się trochę lepiej i więcej. Już w Transformerach od High Moon Studios cała historia była sprawniej i ciekawiej poprowadzona, poprzez rozdzielenie kampanii na Autoboty i Decepticony. Tutaj wcielamy się tylko w tych pierwszych, kompletnie rezygnując z przedstawienia innego punktu widzenia u przeciwnika, co dla mnie jest dość dużym minusem. 
Co by nie mówić i na co by nie przymknąć oko, to za historią ciągną się kolejne rozczarowania w postaci jednolitych lokacji i niewykorzystanych bohaterów, mających spory potencjał na dawnych kartach komiksów oraz seriali. 
Piszę to nie po złości, bowiem moje oczekiwania w tym aspekcie były spore i miałem nadzieję, że dostanę świetny nostalgiczny powrót do przygód ociekający klimatem, zapadającymi w pamięć scenami. Nic z tych rzeczy nie dostałem, bo historia jest i tyle, wielka szkoda.  

 

 

Wiadomo czego spodziewać się po Platinum Games, rozgrywka w Transformers: Devastation to typowy slasher. Wcielamy się w jednego z pięciu Autobotów, które odblokujemy po pewnym czasie. Na początku jest to Optimus Prime, później pojawia się Bumblebee, Sideswipe, Wheeljack oraz Grimlock. Każdy z milusińskich ma parę cech, które odróżniają od innych postaci, sprawiając, że rozgrywka jest trochę odmienna. Porównując szybkiego,  lecz słabego Bumblebee w postaci autka do wielkiego stąpającego na dwóch łapach Tyranozaura Grimlocka, widać różnice zarówno pod względem gabarytów, siły, jak i stylu poruszania. Mimo wszystko zaprezentowana mechanika jest bliźniaczo podobna, więc nie ma co wyszukiwać tu ogromnych różnic w gameplayu podczas dokonania zmiany bohatera.
Rozgrywkę najprościej opisać w sposób: idziesz, wyskakuje mały przeciwnik, sprawiasz mu łomot, transformujesz się w auto, jedziesz, wyskakuje większy przeciwnik, pokazujesz gdzie raki zimują i lecisz dalej od czasu do czasu trafiając na solidnego bossa. 
Sama walka prowadzi do naciskania 2-3 przycisków przy odpowiednim timingu i nie sprawiłaby większej trudności nastolatkowi dłubiącemu w nosie w poszukiwaniu ,,skarbów''. Timing to oczywiście słowo klucz, z tego względu, że każdy atak przeciwnika a co za tym idzie, nasza obrona, przy odpowiednio szybkiej reakcji pozwala na załączenie slow motion. Ów zwolnienie czasu, daje nam największe korzyści a co za tym idzie, ratuje w podbramkowych sytuacjach lub sprawia, że akcja jest widowiskowo-efektywna. W systemie walki jest to zarazem najfajniejszy element, który przecież nagradza dobry unik, jednak cierpi na syndrom powtarzalności. Bo ileż można trzaskać wroga w slow-mo, ale nie czepiajmy się na siłę...

 

Walka z przeciwnikami jest emocjonująca , bywają momenty, w których łapiemy się za głowę w natłoku dynamicznej akcji. Naprzemienne transformacje bohatera, latające nad nami samoloty co chwilę przemieniające się w przyziemnych wojowników, bossowie, którzy gabarytami przewyższają budynki, zespołowa obrona miejsca czy szaleńcze pościgi.

 

System walki na szczęście jest intuicyjny i widowiskowy, a prostota, w której twórcy zawarli skomplikowanie i elementy taktyczne to dość ciekawa decyzja.
Każda z postaci ma szczegółowe statystyki, cztery sloty na ekwipunek i kilka miejsc na ulepszenia. Sprawia to, że poszczególnego robota możemy uzbroić według własnych upodobań, dając nam idealnie przystosowaną ekipę do walki w zależności od sytuacji.  
Statystyki Autobotów podzielone są na takie współczynniki jak szybkość, siła, wytrzymałość i masę innych bardziej lub mniej znaczących cech. System ciekawy, lecz trochę przekombinowany bo nie widać diametralnych zmian, po zwiększeniu poziomu umiejętności. Lepiej prezentowałaby się 5 poziomowa skala w każdej z cech robota, tak aby kolejny poziom dawał widoczne gołym okiem rezultaty. Rezultaty i różnice widać za to w broniach, które dzielą się na kilka kategorii. Są to krótko dystansowe rękawice, młoty, miecze i długo dystansowe działka, snajperki, granatniki, miotacze płomieni. Możemy je znaleźć w odpowiednich miejscach, zmodyfikować, połączyć i dopasować do 4 slotów szybkiego wyboru ekwipunku. Ulepszenia to dzieła robione przez inżyniera Wheeljacka, który tworzy nam za odpowiednią gotówkę w ramach mini-gierki. Jeśli dobrze trafimy to dostaniemy płytkę power-upu w postaci poprawienia statystyk, większej częstotliwości wypadania rzeczy z pokonanych wrogów, czy powiększenia obszaru zasięgu ataku. Jest to jeden z ciekawszych pomysłów, sprawiając, że odkrywamy w sobie żyłkę hazardzisty. Wszystkie przedstawione wyżej elementy ulepszamy dzięki zbieranym kostkom waluty, a dokonujemy w tak zwanej Arce, czyli bazy docelowej, która jest dostępna w wybranych miejscach na mapie. 

 

 

Jak wspomniałem rozgrywka jest prosta, a zawarte w niej elementy w mniejszym lub większym stopniu pasują do ogólnego założenia. Walka z przeciwnikami jest emocjonująca , bywają momenty, w których łapiemy się za głowę w natłoku dynamicznej akcji. Naprzemienne transformacje bohatera, latające nad nami samoloty co chwilę przemieniające się w przyziemnych wojowników, bossowie, którzy gabarytami przewyższają budynki, zespołowa obrona miejsca czy szaleńcze pościgi. Na nudę nie można narzekać, twórcy serwują nam kilka zróżnicowanych atrakcji w postaci wyścigu do celu, odstrzeliwania z działka masowo nacierających insectioconów lub zmiany perspektywy walki w 2,5D. Do tego dochodzą dodatkowe misje i kilka znajdziek, które odblokowują bonusową zawartość w postaci trójwymiarowych modeli czy grafik koncepcyjnych. 
Wielka szkoda, że rozgrywka ogranicza się do kolejno pojawiających się wrogich jednostek, które trzeba wybić. Nawet najbardziej znani z frakcji Decepticonów, czyli Soundwave i Starscream, mówią po parę zdań kompletnie spłycając kwestie dialogowe. Brakuje większej głębi, która nadawałaby walkom większej motywacji do tego co się robi i z kim walczy. Całość wygląda niczym w Tekkenie, gdzie zawodnicy przed pojedynkiem wymieniają słowo, gestykulują i tyle.
Dobrze chociaż, że walka z tymi większymi gagadkami jest zróżnicowana pod względem baletu zagrań i mogą mile zaskoczyć. Soundwave ma swoich ,,kasetonowych'' towarzyszy, odgrywających rolę przeszkadzajek, Shockwave ma pola energetyczne i klonowanie a Blitzwing potrafi transformować się zarówno w odrzutowiec, jak i czołg. 
Mimo tej lekkiej odmienności nasza taktyka nie zmienia się o 180 stopni i nadal możemy rozwalić oponenta kilkoma kombinacjami na krzyż. W kwestii uzupełnienia dodam, że model jazdy pojazdami jest przyjemny, a każdy z bohaterów ma ( po odpowiednim naładowaniu paska ), specjalną umiejętność, która charakteryzuje się ogromną siłą rażenia.
Po każdym z pojedynków rodem z japońskich produkcji mamy ranking pokazujący jak dobrze nam poszło. 

 


Grafika łącznie z soundtrackiem, wypalają zmysły. Cell shading podciągnięty pod specyficzną kreskę animacji z lat 90-tych i liczne efekty specjalne tworzą perfekcyjną całość. Postacie to wypisz-wymaluj kopie tych z generacji pierwszej z żywszą kolorystyką ich malowania, zastępując wyblakłe kolory. Cieszą (zwłaszcza na zwolnieniach) wszelkie smugi po ciosach, błyski, ogniste podmuchy, a nawet dym po palącej się gumie z opon. Otoczenie mimo powtarzających się elementów i pomieszczeń, zaskakuje sporą liczbą interaktywnych rzeczy. Podniesiemy auto z opcją rzucenia w przeciwnika, rozwalimy drzewko, ławkę w parku i zburzymy hologramowe zasłony. Dla mnie największy minus w tym wszystkim wiąże się z miejscem akcji. Pal licho, że w lwiej części zwiedzamy miasto a przez kilka chwil w bazie Decepticonów. Chodzi o monotonność otoczenia i korytarzowe konstrukcje, które udają otwarte. Wyszłoby na dobre grze, gdyby miejsce akcji było terenem otwartym ( krótko - sandboksem ), a obszar miejski mieszał się z pozamiejskimi pagórkami, lasami czy licznymi jeziorami. Platinum games sprytnie maskuje jednolitą architekturę, dodając a to inną porę dnia z pogodą, a to dodatkowe elementy. Dobrze chociaż, że ścieżka dźwiękowa jest świetnie dobrana. Wszelkie odgłosy transformacji, stąpających kilkutonowych robotów i zderzających się broni jest sugestywnie bliska kreskówkom z dawnych lat. Cieszy fakt, że za użyczenie głosów pod postacie stoją starzy wyjadacze m.in Peter Cullen - Optimus Prime czy Frank Welker - Megatron. Zawsze podobał mi się cybernetycznie zniekształcony głos Shockwave'a, który na szczęście został w oryginalnej wersji.   
Muzyka to miód dla uszu, dla ludzi z moim rocznikiem i lubujących się w rockowym ciężkim brzmieniu. Nie powiem, że jest tak dobrze, jak w filmowej wersji Transformer'ów, ale nie jest źle. Elektryczna gitara połączona z syntezatorem daje pozytywny impuls do wzmożonego szlachtowania wszystkiego co się rusza. Niektóre piosenki swoją magią przebijają dawno przekroczoną granicę nostalgii, że wspomnę o końcowym utworze - Face the Devastation.

 

 

 

 

Transformers: Devastation sprawdza się wyśmienicie jako slasher i wizualno-dźwiękowy powrót do lat 90-tych, gdzie królowała pierwsza generacja. Jednak pod płaszczem nostalgii, zbiera mieszane odczucia. Dramatycznie krótka kampania, miałki klimat przygody czy w końcu monotonna architektura. No i dlaczego nie ma Hot Roda? Ekipy Dinobotów? Większych twistów fabularnych i zapadających w pamięć akcji? W tym momencie nadal najlepszą grą w tym uniwersum będzie Transformers Fall of Cybetron razem z War for Cybertron od High Moon Studion, które mimo odejścia od G1 sprawiały wrażenie bardziej dopracowanego i przemyślanego produktu. Tutaj nie jest źle, ba, jest bardzo dobrze, ale moje oczekiwania były trochę większe. Transform and roll out!

 

                                                                                                                                       Tomek Woźniak