Recenzja gry: Never Alone

Recenzja gry: Never Alone

Kuba Kleszcz | 01.12.2014, 07:00

Opowieść o młodej Eskimosce i jej wiernym lisie polarnym prezentuje nam nieco inną funkcję gier wideo, aniżeli tę pełniącą rolę odstresowywacza czy pochłaniacza godzin wolnego czasu. Debiutanckie dla Upper One Games Never Alone to przede wszystkim uświadomienie gracza o istnieniu pewnej kultury ludzi hen na północy globu oraz o tym, co może ich czekać w przyszłości.

Słowem wstępu, Inuici to rdzenni mieszkańcy terenów kojarzących się nam z wiecznym mrozem. Do produkcji Never Alone zaproszono członków plemienia Inupiaq, którzy specjalizują się w opowiadaniu swoich legend. Stamtąd też wywodzi się para naszych bohaterów. Są to młoda Nuna oraz jej lis polarny w roli zwierzęcego przyjaciela i anioła stróża. Plemię Nuny spojrzało w oczy zgubie, gdyż mierzy się z niekończącą się zamiecią śnieżną, na którą nawet Eskimosi nie mogą być przygotowani. Ktoś musi zlokalizować jej źródło i przywrócić dawną kolej rzeczy.

Oprócz skakania po platformach nasz duet rozwiązuje też wspólnymi siłami proste,  powtarzające się zagadki, w których kluczową rolę pełni przełączanie się pomiędzy postaciami i właściwe korzystanie z ich odmiennych umiejętności. I tutaj dochodzi już do pierwszych zgrzytów. Naturalnie, jesteśmy w stanie sterować maksymalnie jedną postacią, podczas gdy za drugą duszę odpowiada komputer. Nie uwierzycie, ile razy będziecie zmuszeni do zaczynania zabawy od checkpointu, bo kierowana przez sztuczną inteligencję postać zginie. Niezliczoną ilość razy rwałem sobie włosy z głowy i robiłem przerwy w obcowaniu z tym tytułem, bo nie mogłem znieść tego, że pozostawiona przeze mnie postać, zdawałoby się w bezpiecznym miejscu, spadła lub zsunęła się z krawędzi albo nie dała rady przeskoczyć napotkanej werwy w lodzie (czasem skoki trzeba dostosować do kierunku podmuchów wiatru, inaczej nie da się pokonać niektórych odległości, na co komputer rzadko zważa).

Problem ten rozwiązuje granie w kooperacji przed jednym ekranem. Frustracja wtedy nie osiąga tak absurdalnych poziomów, ale to nie koniec problemów Never Alone. Responsywność sterowania daje często w kość, doprowadzając do białej gorączki, co prędzej czy później skutkuje wielokrotnym powtórzeniem wstukiwanej komendy, żeby mieć pewność, że gra nie oleje naszych chęci do przeskoczenia tej pustki między platformami. Kierowanie postaciami jest jeszcze toporniejsze, kiedy chcemy ostrożnie zejść po wyrzeźbionych w lodzie schodkach, ale zatrzymujemy się na krawędzi stopni i oglądamy przydługą animację naszego bohatera, robiącego krok do tyłu, której nie da się przerwać. Twórcy chyba zdawali sobie z tego sprawę, bo rozstawili checkpointy bardzo gęsto, więc pomyłka nasza lub komputera nigdy nie będzie nas kosztować zbyt wiele i lekko ulży zdenerwowaniu.

Współpraca między bohaterami to nic nadzwyczajnie przemyślanego – ot, lis potrafi zrzucać dziewczynce liny, po których może się wspiąć, i porusza się w o wiele zwinniejszy od niej sposób, a Nuna jest w stanie rozłupać bryłę lodu ciśniętym w nią bolasem czy przesuwać skrzynie. Śliczny biały lis jest także swego rodzaju pomostem dla Nuny pomiędzy światem rzeczywistym a elementami stricte fantastycznymi, zupełnie jak Elizabeth z BioShock Infinite. Obecność futrzaka ujawnia istnienie lśniących postaci, materializujących się w jego obecności, z których skorzystanie jest konieczne do przejścia poziomu. Kiedy już Eskimoska złapie się takiego ekscentrycznie wyglądającego bytu, należy uważać, żeby zbytnio się nie oddalić jako lis, ponieważ przywołane duchy zaczną znikać. A nie chcemy, żeby Nuna nagle straciła grunt pod nogami, kiedy fruwa nad lodowatą wodą. 

Myślicie, że to produkcje Telltale Games można pomylić z pełnoprawnymi filmami, bo rola gameplay’u jest w nich zmarginalizowana? Upper One Games stawia krok nieco dalej za tę wytyczoną granicę. Rozgrywka Never Alone przeplatana jest krótkimi filmikami, które po sklejeniu w całość stworzyłyby przyzwoitej długości film dokumentalny. Bohaterami tych materiałów są rzeczywiści Inuici mający wiedzę z pierwszej ręki o swoich wierzeniach ludowych, legendach i zwyczajach, tworząc w głowie nieświadomego wcześniej widza obraz tego ludu, o którym przed zagraniem w Never Alone mamy szczątkowe wyobrażenie (no chyba że ktoś jest obeznany w temacie i domyśla się już zakończenia gry, bo jest oparte o inuicką legendę). To w tym miejscu ukazuje się ten edukacyjny aspekt Never Alone, w który da się wsiąknąć. Założę się, że część graczy będzie brnęła dalej w fabule tylko po to, aby odblokować wszystkie nagrania z Inuitami.

 

 

 

Rozgrywką rządzi straszliwa monotonia, spowodowana powtarzającymi się zagadkami, które rzadko stawiają wyzwanie, a z racji osadzenia gry w świecie wiecznej zamieci, studio samo odebrało sobie możliwość stworzenia interesującego otoczenia, dodatkowo przysłoniętego opadami śniegu oraz filtrem rozmywającym obraz wokół krawędzi kadru. Próżno szukać także różnorodności w szeregach adwersarzy, bo spotkania z nimi należą do rzadkości i nie są nawet blisko do bycia kluczowym elementem gry.

Porównując trailer Never Alone sprzed pół roku oraz ten premierowy widać, jak długą drogę przebyła oprawa graficzna gry Upper One – progres jest najbardziej widoczny po sylwetkach głównych bohaterów, wystarczy spojrzeć na szczegółowość wykonania ich modeli, której wcześniej… praktycznie nie było.

Narratorem opowieści uczyniono jednego z Inuitów, który posługuje się swoim ojczystym językiem. Efekt? To tak, jak granie w Metro z rosyjskim dubbingiem i polskimi napisami albo szarpanie w Wiedźmina w języku naszych wieszczów - po zagraniu nie wyobrażamy sobie innego rozwiązania.

 

 

W chwili kiedy to piszę, zapowiedziano aktualizację mającą poprawić SI i sterowanie, jednak ja oceniam grę taką, jaką nam twórcy zafundowali w dniu premiery. Kiedy już przebrniecie przez krainę wiecznej zamieci, zdenerwujecie się i na Nunę, i na lisa, a przejście gry rozłożycie na kilka posiedzeń - kampania trwa jakieś 3-4 godziny w zależności od potknięć komputera - bo czasem najzwyczajniej będziecie mieli dosyć, to dojdziecie do wniosku, że Never Alone to gra niedopracowana i frustrująca, a przede wszystkim nudna, niezdatna do dania wam satysfakcji z wciskania przycisków na padzie.

Ocena - recenzja gry Never Alone

Atuty

  • Na szczęście krótka
  • Możliwość grania w kooperacji
  • Oryginalna tematyka
  • Odblokowywane filmiki z Inuitami

Wady

  • Toporność, ARGH!
  • Monotonia rozgrywki i krajobrazu
  • Szalenie głupia SI
  • Frustracja sięgająca zenitu
  • Niewyróżniająca się niczym ścieżka dźwiękowa

Kuba Kleszcz

Wydanie Never Alone w czasie tak gorącego okresu to ogromna pomyłka. Nie marnujcie swojego czasu i nadrabiajcie piętrzące się zaległości.

Komentarze (52)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych