Mimo to Londyn zawsze przyciągał mnie bardziej niż Paryż i być może dlatego od pierwszych chwil spędzonych z Syndicate byłem zachwycony odwzorowaniem najważniejszych zabytków i przeniesieniem do gry klimatu poszczególnych dzielnic. Londyn skąpany w jesienno-ponurych barwach wygląda zjawiskowo. Od ubogiego Whitechapel będącego terenem działania słynnego Kuby Rozpruwacza, przez Westminster z widocznymi niemal z każdego punktu miasta Big Benem i Pałacem Westminsterskim, na historycznym Southwark kończąc. Łącznie mamy tu sześć dzielnic plus wypełniony barkami rejon Tamizy, którą przecina słynny most Tower Bridge. Dzielnice bogate, w których dominuje przepych i arystokracja, kontrastują z rejonami przemysłowymi z obowiązkowymi dymiącymi kominami, fabrykami z czerwonej cegły, biedotą zasuwającą w zakładach i sunącymi po torach pociągami. Faktem jest, że w kilku miejscach nasuwają nam się skojarzenia z Paryżem, ale taki już urok osadzenia dwóch kolejnych odsłon w europejskich stolicach. Grafika trzyma poziom Unity, animacja praktycznie nie zwalnia, a brukowane ulice pełne majestatycznie snujących się powozów wyglądają klimatycznie. 

Niewątpliwym plusem jest też standardowo w serii o skrytobójcach umieszczenie w scenariuszu historycznych postaci, dla których możemy wykonywać różnego rodzaju misje poboczne. Karol Darwin, Graham Bell, Marks czy Dickens to persony lepiej wykreowane niż bohaterowie stworzeni na potrzeby gry przez deweloperów. Czasami ich sylwetki są może trochę karykaturalne, ale nie można im odmówić wirtualnej charyzmy i wprowadzania do gry pierwiastka humoru. Zresztą Ubisoft po bardzo udanym scenariuszu w Black Flag wyszedł chyba z założenia, że warto postawić czasem na luźniejsze klimaty. Gracz ma okazję pokierować losami rodzeństwa Frey – łobuzowatym Jacobem kierującym się głównie chęcią walki i przejęciem ulic Londynu oraz jego siostrzyczką Evie, która jest w tej parze głosem rozsądku i troszczy się bardziej o odnalezienie kolejnego fragmentu Edenu i powstrzymanie Templariuszy. Postacie są więc mocno stereotypowe, ale relacje między nimi mogą się podobać i chyba dawno już nie pałałem taką sympatią do głównych bohaterów. Para będzie musiała stawić czoła władcy Londynu, niejakiemu Crawfordowi Starrickowi, który z kolei tylko z początku wydaje się ciekawą postacią. Wątek walki z templariuszami i przenoszenia się między rozdziałami do współczesności jest już tak ograny, że zaczyna nużyć. Z łezką w oku wspominam perypetie Desmonda, bowiem w Syndicate fabułę śledzimy bez większych emocji. W takim tempie finał historii poznamy za 30 lat, bo Ubisoft może przecież osadzić akcje gry jeszcze w wielu rejonach świata. Elektryzująca niegdyś fabuła stała się po prostu monotonna i coraz rzadziej potrafi czymś zaskoczyć. 

Na dwoje babka wróżyła 

Pomiędzy dwójką bohaterów możemy się zmieniać, wchodząc do menu głównego. Każda z postaci ma własne drzewko umiejętności podzielone na trzy części odpowiadające za walkę, działanie w ukryciu oraz tzw. ekosystem. Nabywanie kolejnych zdolności pozwala awansować na wyższe poziomy doświadczenia, ale trzeba zauważyć, że każdą z postaci rozwijamy oddzielnie. Troszeczkę zawodzi fakt, że umiejętności są w większości przypadków dla obu postaci takie same. Widzenie przez ściany, możliwość wykonywania podwójnego zabójstwa czy otwieranie zamków w drzwiach i skrzyniach trzeba więc odblokować niejako dwa razy.  Całe szczęście postacie mogą też nauczyć się sztuczek indywidualnych wpływających na styl grania, choć jest ich zaledwie kilka. Evie to dziewoja, która lubi działać po cicha i jeśli zainwestujemy w jej rozwój, to podczas bezruchu będzie mogła stać się niewidzialna dla wrogów. Co innego Jacob, który jest typowym przedstawicielem londyńskiej chuliganerii. Możemy znacznie usprawnić jego cechy fizyczne i walkę w zwarciu, ale i sprawić, że każdy wystrzelony nabój będzie automatycznie kierowany w głowę przeciwnika. Dzięki takim rozwiązaniom nowy Asasyn z pozoru przestał być grą prostą. Ale tylko z pozoru. Poszczególni przeciwnicy mają podobnie jak my swój poziom doświadczenia, więc jeśli rzucamy się na bandę wrogów przewyższających nas znacznie levelem, zazwyczaj kończy się to tragicznie. Niestety inteligencja wrogów to w dalszych ciągu bida z nędzą. Rywale będąc w grupie, potrafią podchodzić do nas pojedynczo, a przybici do ściany nie wiedzą czasami co zrobić. Raz mając za rywala gostka teoretycznie o wiele silniejszego, mashowałem kwadrat, wyprowadzając combo składające się z - UWAGA - 112 ciosów. Typ w końcu padł, ale taka walka nie sprawia żadnej radości. Wrogowie z wyższym levelem są po prostu bardziej wytrzymali i trzeba ich dłużej klepać.   

Wracając do Evie i Jacoba - różnice między naszą parą rodzeństwa widać też w przypadku poszczególnych animacji. Evie porusza się z gracją, płynnie, jest filigranowa i skupia się na precyzyjnych cięciach. Jacob to pospolity drwal, a ciche zabójstwa z wykorzystaniem różnych broni mają w sobie coś sadystycznego. Ponadto do części misji fabularnych podejdziecie tylko i wyłącznie konkretną postacią, bo cała fabuła podzielona jest na dwa zazębiające się ze sobą wątki. A będąc już przy misjach - znacznie większego znaczenia nabrały teraz podoczne cele poszczególnych zadań. Możemy je oczywiście olać, ale ich zaliczenie pomoże nam wzbogacić się o dodatkowe punkty PD (potrzebne do rozwoju postaci) oraz pieniądze wydawane choćby na nowy ekwipunek. Fajnie, że bronie pasują do epoki, w której rozgrywa się akcja. Rewolwery, krzywe sztylety, kastety czy laski z ukrytym ostrzem nie przypominają wprawdzie oręża znanego z poprzednich odsłon, ale każdym z nich walczy się nieco inaczej. Możemy kupować nowe narzędzia mordu, jak również ulepszać już te posiadane. Będą nam do tego bardzo często potrzebne odpowiednie surowce, więc i tym razem zbieractwo odgrywa dość ważną rolę. Warto zainwestować czasami w większy pas, lepsze rękawice, garderobę czy inne gadżety pokroju trujących strzałek, sztyletów, granatów dymnych czy rażących bomb. I tak jak wspomniałem - czasami, aby nosić odpowiedni rynsztunek dający większe statystyki musimy mieć postać odpowiednio rozwiniętą. Dzięki temu poziom trudności także w tym aspekcie jest zauważalnie wyższy.

Batman z Londynu

Zupełną nowością jest za to linka z hakiem rodem z serii Batman. Muszę przyznać, że przyjąłem te innowację z otwartymi rękami. Linka umożliwia znacznie szybsze poruszanie się po mieście. Ba, już nawet samo wchodzenie na punkty widokowe, których rzecz jasna nie mogło zabraknąć, to teraz bułka z masłem. Doszły też nowe, ciche zabójstwa podczas zjeżdżania czy wpinania się po linie, co nieco urozmaiciło gameplay. Niektórzy mogą to uznać za błąd, bo przecież w każdym Asasynie wspinaczka była jednym z głównych elementów gameplayu, ale ja jestem zadowolony z tego, że nie musiałem po raz kolejny spędzić 1/3 gry, wspinając się po dachach. A gdy już musiałem to robić, pomagał nieco usprawniony system poruszania się postacią. W dalszym ciągu są czasem problemy z interpretacją tego, co chcemy zrobić, ale zdarza się to znacznie rzadziej. Ciągnąc dalej temat nowości, nie sposób nie wspomnieć o walkach w dyliżansach. Te są jednak niedopracowane, a sama jazda po mieście nie sprawia zbyt dużej frajdy.

Niby mamy niczym w GTA sporo różnych typów bryczek (cyrkowe, "rolnicze", gangsterskie, eleganckie, strażackie, policyjne), a nawet możliwość demolowania otoczenia (latarnie padają jak zapałki), ale wszelkiego rodzaju pościgi, skoki z powozu na powóz czy strzelaniny w pełnym pędzie są emocjonujące tylko w teorii. Dyliżansy sprawdzają się więc głównie w celu przemieszczania się pomiędzy odległymi punktami mapy. Fajnym patentem jest z kolei nasza baza wypadowa ukryta w pociągu, który cały czas porusza się po Londynie. Dzięki szybkiej podróży możemy w każdej chwili się do niego dostać i sprawdzić, jakie misje czy zadania poboczne na nas czekają.

Cieszy też lepszy system wchodzenia do budynków przez okna czy dachy, który w końcu działa jak należy i pozwala bez problemów kończyć niektóre misje na różne sposoby. O dziwo zautomatyzowany system przyklejania się do osłon oraz sam tryb skradania (wystarczy nałożyć kaptur) również działają bez zarzutu. Szybko zdałem sobie sprawę, że największą radochę sprawiają mi misje wykonywane w skórze Evie. Skradanie się i ciche zabójstwa w połączeniu z wykorzystywaniem wzroku orła, który teraz nie jest czasowo ograniczony, wciąż dają ogromną frajdę, nawet jeśli wrogowie są tępi jak stado pędzących imadeł.

Ale właśnie - jak to jest z tymi misjami? Wspomnienia historycznych postaci trzymają naprawdę wysoki poziom. Wspomnę tu misję, w której musimy zabić pewnego doktora, przeprowadzającego eksperymenty na ludzkich ciałach w trakcie zamkniętego pokazu. Już samo miejsce - ponury wiktoriański szpital - wprowadza miły dreszcz emocji. Możemy pozbyć się naszej ofiary w klasycznym stylu albo zrobić to z finezją. Porozmawiać z wyrzuconą właśnie na bruk pielęgniarką, która pomoże odszukać gościa dzierżącego klucz do dolnych pięter szpitala, a następnie zakraść się do jednego z gabinetów, schować szykowanego na pokaz denata i samemu wskoczyć na wózek, przykrywając się prześcieradłem. Gdy nadejdzie nasza kolej, wjeżdżamy na "salę operacyjną", gdzie w trakcie przemowy naszej ofiary robimy  "akuku", wyskakując z prześcieradła i zadając śmiertelny cios. Cieszą też wszelkiego rodzaju napady na sunące po torach pociągi czy badanie miejsc tajemniczych zbrodni rodem z Sherlocka Holmesa. W takich momentach czuć powiew świeżości w serii. Potem jednak wracamy do szarej rzeczywistości i powtarzania utartych schematów.

Gangi Nowego Jorku

Podobnie jak w Assassin's Creed Brotherhood jednym z naszych głównych zadań jest przejmowanie kolejnych dzielnic Londynu, oczyszczanie ich z gangu Nędzników pracujących dla Templariuszy oraz wzmacnianie własnej ekipy zwanej Skokierami. Łącznie trzeba przejąć blisko 60 rejonów miasta, co bardzo szybko staje się nużące. Jak to w serii - polujemy na przywódców konkurencyjnego gangu, uwalniamy harujące w fabrykach dzieci (co niewiele rożni się od uwalniania niewolników w Black Flag) czy porywamy ważnych członków, których musimy doprowadzić do powozu, nie wzbudzając podejrzeń, i zawieść w wyznaczone miejsce. Najlepiej żywych, bo za martwych mniej płacą. Za każdym razem, gdy przejmiemy wszystkie rejony na danej dzielnicy, stajemy w umówionym miejscu do walki gangów. Na początku dwie ekipy niczym kibole lecą na siebie z dwóch stron, po czym następuje starcie (typowa napierdzielanka w stylu Asasyna) oraz walka 1 na 1 z bossem dowodzącym daną dzielnicą. To chyba jedne z najgorzej zaprojektowanych walk z bossami, jakimi uraczyła nas obecna generacja. Całość niewiele różni się od pojedynków ze zwykłymi rywalami, z tą różnicą, że czasami następuje zwarcie, a my musimy unikać ciosów rywala. Ciosów, które są tak tragiczne animowane, że przecierałem oczy ze zdumienia. Deweloper lepiej by zrobił, gdyby tych walk w ogóle nie było. 

Podoba mi się za to pomysł z rozwojem własnego gangu. Podobnie jak w przypadku postaci i tutaj możemy odblokowywać nowe umiejętności podzielone na trzy drzewka - szef, wtajemniczony i aferzysta. Poza standardowym szkoleniem naszych członków gangu (obsługa broni, sprowadzanie silnych "bramkarzy", zwiększenie poziomu doświadczenia), możemy też zakupić zdolność wzywania do pomocy powozów wypełnionych naszymi ziomkami, osłabić broń i bryczki naszych rywali, zatrudnić ulicznych złodziejaszków czy działać na czarnym rynku, by zmniejszyć ceny w sklepach. Z kolei zakup pubów w Londynie pozwoli zwiększyć pojemność skarbca dostępnego w pociągu-bazie i tym samym stałe, regularne przychody. Możemy też zadbać o to, by nazwisko "Frye" wzbudzało większy respekt, co spowoduje, że na ulicach członkowie konkurencyjnego gangu nie będą nas zaczepiać. Wszystkich ulepszeń jest blisko 50 i znacznie ułatwiają one przejmowanie kolejnych terenów.

Czyszczenie mapy

Jak na serię o skrytobójcach przystało mamy też całą masę zbieractwa i zadań pobocznych. Otwieramy ukryte skrzyni, zbieramy surowce, suszone kwiaty, pozytywki (trzeba ich nasłuchiwać) czy zakłócenia helixa. Bierzemy też udział w nielegalnych wyścigach i walkach na pieści oraz organizujemy napady na pociągi, łodzie i powozy przewożące cenne ładunki. Jest nawet akcent bliski temu, co widzimy czasem za oknem w naszym pięknym kraju. Mowa o zbieraniu butelek po piwie, choć całe szczęście nie trzeba ich zawozić do skupu. Dzięki mapom skarby odnajduje się dość łatwo, co nie zmienia faktu, że osoby znużone tego typu aktywnościami mogą dość szybko je po prostu olać. Dobrze, że Ubisoft zrezygnował z sieciowych misji i całej otoczki związanej z multiplayerem. Mam wrażenie, że to właśnie dzięki temu udało się uniknąć całej masy bugów. Błędy w Syndicate się wprawdzie zdarzają, ale biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z sandboksem, jest naprawdę przyzwoicie.

Assassin’s Creed: Syndicate podobnie jak Unity – nie ma numerka w tytule. Po świetnej, czwartej części gry, którą dziś oceniłbym jeszcze wyżej, kolejne dwie odsłony to niestety przykład odcinania kuponów od znanej marki, która zrobiła się w wielu elementach powtarzalna do bólu. Z drugiej strony - to wciąż naprawdę dobra gra, z którą spędziłem sporo miłych chwil. Jeśli klimat wiktoriańskiego Londynu nie jest Wam obojętny, to najnowsza odsłona serii przypadnie Wam do gustu bardziej niż zeszłoroczne Unity. Szkoda tylko, że udane zmiany zmieszały się z tymi nietrafionymi, a system walki wciąż czeka na lepsze czasy. A te nadejdą zapewne dopiero w pełnoprawnej "piątce".