Ten efektowny film z 2013 roku niemal zatopił karierę znanego reżysera. Czy rzeczywiście był tak zły?
Historia kinematografii zna wiele przypadków, w których spektakularna klęska finansowa dużej produkcji mocno spowalnia karierę reżysera będącego dotąd na szczycie. Podobnie było w przypadku - powracającego obecnie za sprawą filmu “Baw się dobrze i przeżyj” - Gore’a Verbinskiego, twórcy trzech części “Piratów z Karaibów”, który musiał przełknąć gorzką pigułkę po kasowej porażce widowiska “Jeździec znikąd”.
Wspomniane już na wstępie “Baw się dobrze i przeżyj” to jedna z najciekawszych premier w kinie rozrywkowych początku 2026 roku. Pokazywane właśnie na niemieckim Berlinale widowisko zbiera wysokie oceny, a recenzje zapowiadają połączenie kina przygodowego z komedią i science fiction, opowiadające o wielkim pojedynku z wrogą Sztuczną Inteligencją. Jeśli dodać do tego bardzo ciekawą obsadę, w której bryluje zwłaszcza znany i lubiany Sam Rockwell, w nietypowej i mocno przegiętej wersji, a także doświadczonego reżysera należy spodziewać się przynajmniej dobrej zabawy. Z nią właśnie przez długi czas kojarzył się Gore Verbinski. Twórca m.in. trzech części niezwykle dochodowej serii “Piraci z Karaibów”, który od premiery dużo skromniejszego “Lekarstwa na życie” nie zrealizował żadnego obrazu. Być może dlatego, że cieniem na jego karierze położyła się finansowa klapa “Jeźdźca znikąd” z 2013 roku.
Nie jest to rzecz jasna pierwszy przypadek, gdy uznany reżyser, odpowiedzialny za kilka kasowych hitów, boleśnie odczuwa skutki jednej spektakularnej porażki. Sztandarowym przykładem takiej sytuacji pozostaje William Friedkin. W latach 70. Amerykanin, po ogromnych sukcesach – zarówno artystycznych, jak i finansowych – filmów “Francuski łącznik” oraz “Egzorcysta”, wydawał się znajdować na absolutnym szczycie Hollywood. Sam po latach wspominał, że w tamtym czasie był przekonany, iż nawet gdyby sfilmował ceremonię bar micwy swojego siostrzeńca, projekt odniósłby sukces kasowy. Wystarczyła jednak zaledwie jedna porażka – realizowanej w ogromnym trudzie i napięciu “Ceny strachu” – by niemal całkowicie utracić zaufanie producentów. Film, dziś przez wielu uznawany za dzieło wybitne i niesłusznie niedocenione w momencie premiery, okazał się finansową katastrofą, co znacząco zachwiało pozycją reżysera w branży. Friedkin co prawda powrócił później z kilkoma udanymi tytułami, takimi jak choćby “Żyć i umrzeć w Los Angeles” czy dużo późniejszy “Killer Joe” – w którym de facto po raz pierwszy pokazał zupełnie inne oblicze Matthew McConaugheya – jednak nigdy już nie odzyskał statusu, jakim cieszył się na początku lat 70. Jego przypadek dobitnie pokazuje, jak bezwzględna potrafi być branża filmowa wobec nawet największych twórców.
W bardzo podobnej sytuacji na początku XXI wieku znalazł się Gore Verbinski. Swoją pełnometrażową karierę rozpoczął od komedii “Polowanie na mysz”, następnie zrealizował amerykański remake japońskiego horroru “The Ring”, a także przygodową komedię “Mexican”. Na początku nowego stulecia zdecydował się jednak na wyjątkowo ryzykowny krok – wejście na pokład pirackiego widowiska produkowanego przez Disneya. Z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać zaskakujące, ale “Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” wcale nie byli postrzegani jako pewniak do miana kinowego hitu. W Hollywood wciąż żywa była pamięć o spektakularnej porażce widowiska “Wyspa piratów” w reżyserii Renny Harlina, które przyczyniło się do upadku wytwórni Carolco Pictures. Pirackie opowieści uchodziły wówczas za relikt minionej epoki – kojarzyły się raczej z klasycznym kinem przygodowym sprzed dekad niż z potencjalnym fundamentem nowoczesnej franczyzy.
W przypadku pierwszej odsłony serii o kapitanie Jacku Sparrow wszystko zagrało jednak wręcz idealnie. Charyzmatyczni bohaterowie, zagrani przez aktorów perfekcyjnie dobranych do swoich ról, z ikoniczną kreacją Johnny Deppa na czele, a do tego atmosfera bezpretensjonalnej, przygodowej zabawy na pełnym morzu przekonały widzów do tłumnego odwiedzenia kin. Trwający niemal dwie i pół godziny film przyciągnął do kin rzesze widzów na całym świecie, co przełożył się na ponad 600 milionów dolarów wpływów z box office, a w konsekwencji otworzyło drogę do dalszych kontynuacji. Druga część, “Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka”, przebiła magiczną barierę miliarda dolarów, stając się jednym z największych hitów dekady. Trzecia odsłona – “Piraci z Karaibów: Na krańcu świata” – była bardzo blisko powtórzenia tego wyniku. Schodząc na suchy ląd po sukcesie „Na krańcu świata”, Gore Verbinski mógł czuć się królem Hollywood. Udowodnił, że potrafi tchnąć nowe życie w gatunek uznawany wcześniej za komercyjnie martwy, i zyskał pozycję reżysera zdolnego realizować nawet najbardziej kosztowne i ryzykowne przedsięwzięcia.
Wild Wild West
Cztery lata po ostatnim rejsie z Jackiem Sparrowem premierę miała animacja “Rango”, wyreżyserowana przez Verbinskiego przy współudziale Johnny Deppa, który użyczył głosu tytułowemu bohaterowi. To przedziwne połączenie westernu, pastiszu i komedii – opowieść o neurotycznej jaszczurce trafiającej do miasteczka na pustyni Mojave i niespodziewanie zostającej jego szeryfem – oczarowało wielu widzów oraz krytyków. Choć ponad 200 milionów dolarów wpływów z box office nie mogło się równać z gigantycznymi wynikami serii Disneya, dla studia Paramount Pictures był to wyraźny sukces. W jego następstwie wytwórnia powołała własny dział animacji, a sam film został uhonorowany Oscarem dla najlepszej animacji pełnometrażowej. W tym samym czasie sporo mówiło się o tym, że Verbinski zajmie się ekranizacją popularnej serii gier BioShock. Projekt ostatecznie nie doszedł jednak do skutku, a reżyser wkrótce rozpoczął pracę nad kolejną produkcją – widowiskiem osadzonym na Dzikim Zachodzie, które miało okazać się jednym z najbardziej ryzykownych przedsięwzięć w jego karierze.
Projekt filmu, którego jednym z głównych bohaterów miał być doskonale znany w amerykańskiej popkulturze Tonto, rozwijany był już od 1997 roku przez producentów związanych z Fox Family Films. Pięć lat później prawa do realizacji przejęło Columbia Pictures, które rozpoczęło rozmowy z różnymi scenarzystami i reżyserami na temat potencjalnego kształtu widowiska. Wielu producentów widziało w nim projekt wzorowany na sukcesie filmu “Maska Zorro” – kosztującego mniej niż 100 milionów dolarów i przynoszącego niemal trzykrotność tej kwoty w box office. Problem polegał jednak na tym, że nikt nie potrafił przedstawić przekonującej, spójnej wizji nowej produkcji. W efekcie prawa trafiły w ręce Entertainment Rights, które – we współpracy z producentem Jerry Bruckheimer – zaprezentowało projekt studiu The Walt Disney Company. W 2008 roku scenariusz przygotował duet Ted Elliott – Terry Rossio, mający już doświadczenie przy wysokobudżetowych widowiskach przygodowych. Przedstawiciele producenta mieli również na oku aktora, który mógłby wcielić się w jedną z głównych ról – co zwiastowało, że projekt wreszcie zaczyna nabierać realnych kształtów.
Ostatecznie wybór padł na Johnny Depp, co od samego początku stało się źródłem kontrowersji. Aktor podkreślał, że częściowo – za sprawą swojej prababci – ma korzenie rdzennych mieszkańców Ameryki, a jego celem jest próba naprawienia wieloletnich błędów w sposobie przedstawiania tej społeczności w hollywoodzkim kinie. Mimo tych deklaracji wielu obserwatorów już wówczas uznało obsadzenie go w roli Tonta za decyzję problematyczną i nietrafioną. Początkowo kandydatem do wyreżyserowania widowiska był Mike Newell, pracujący wtedy nad filmem “Książę Persji: Piaski czasu”. Od razu jednak zaznaczono, że Brytyjczyk musi najpierw ukończyć wcześniejszy projekt. W międzyczasie pojawiła się kandydatura „wolnego” po sukcesie i przerwie od wielkich franczyz Gore'a Verbinskiego. W 2010 roku to właśnie on ostatecznie otrzymał angaż. Równolegle kompletowano obsadę – wśród aktorów, którzy dołączyli do projektu, znaleźli się m.in. Armie Hammer, Ruth Wilson, Helena Bonham-Carter, Tom Wilkinson czy William Fichtner. Wszystko wskazywało na to, że powstaje widowisko z rozmachem i nazwiskami, które miały zagwarantować mu sukces – zarówno artystyczny, jak i finansowy.
Mogło się wydawać, że produkcja w końcu ruszy z kopyta, ale właśnie w tym czasie pojawiły się wątpliwości co do wysokości ostatecznego budżetu tego filmu, który do tego czasu miał już na liście płac m.in. wielu scenarzystów, przepisujących kolejne wersje skryptu. Pierwotny miał się skupiać na nadnaturalnych elementach i mistycyzmie obecnym w wierzeniach rdzennych mieszkańców USA. Ze względu na ostre cięcia budżetowe zrezygnowano choćby z wilkołaków, a pozostałością po nich wydają się obecne w filmie srebrne naboje. Głośnym sygnałem alarmowym dla producentów była kompletna klapa finansowa “Johna Cartera”, która jeszcze bardziej wzmogła ich czujności i sprawiła, że renegocjowano kontrakty z Deppem, Verbinskim, Bruckheimerem, a także Armie Hammerem, tnąc o 20% ich gaże i uzależniając ich wypłacenie od finansowego sukcesu przedsięwzięcia. Choć ostatecznie pozwoliło to na rozpoczęcie prac na planie, wielu już wtedy przeczuwało, że ów film ostatecznie trzeba będzie spisać na straty.
Dajcie spokój z tym westernem!
Przedłużający się okres realizacji filmu miał pierwotnie na celu ograniczenie jego rozdętego budżetu. Paradoksalnie jednak kolejne opóźnienia przyniosły efekt odwrotny. Koszt produkcji ostatecznie miał sięgnąć około 250 milionów dolarów, do czego należało doliczyć ponad 150 milionów przeznaczonych na marketing – a według niektórych szacunków nawet więcej. Nic więc dziwnego, że jeszcze przed lipcową premierą w 2013 roku spekulowano, iż film musi przekroczyć granicę 650 milionów dolarów wpływów, aby w ogóle wyjść na zero. Gdy widowisko “Jeździec znikąd” weszło na ekrany, okazało się jednak, że globalne przychody zatrzymały się na poziomie około 260 milionów dolarów. Wobec gigantycznych kosztów była to suma dalece niewystarczająca. Produkcja studia Walt Disney Studios, bardzo szybko została więc okrzyknięta jedną z największych komercyjnych porażek dekady – a dla samego Verbinskiego stała się punktem zwrotnym, który znacząco zahamował jego karierę w hollywoodzkim mainstreamie.
Zamiast skupiać się na subiektywnych ocenach – choćby dotyczących roli Johnny Deppa, przez jednych uznawanej za symptom schyłku kariery, a przez innych za dowód jego niegasnącego talentu – warto przyjrzeć się obiektywnym przyczynom porażki filmu. Jednym z często podnoszonych argumentów była długość samego widowiska. “Jeździec znikąd” trwał niemal dwie i pół godziny, co w przypadku lekkiej przygodowej rozrywki mogło okazać się barierą dla części widzów. Niedawno szerokim echem odbiła się wypowiedź dyrektorki jednej z brytyjskich sieci kin, która apelowała do twórców o realizowanie krótszych filmów – argumentując, że zbyt długi metraż ogranicza liczbę seansów dziennie i zniechęca część publiczności.
Jeszcze dekadę wcześniej taki argument mógłby wydawać się kuriozalny – wszak filmy z serii Piraci z Karaibów również przekraczały dwie godziny i odnosiły spektakularne sukcesy finansowe. Problem polegał jednak na tym, że tamte produkcje oferowały świeżość, humor i wyraziste postaci, które rekompensowały widzom długi czas projekcji. W przypadku "John Cartera" oraz „Jeźdźca znikąd” można było odnieść wrażenie, że rozciągnięta narracja i brak odpowiedniego tempa potęgowały wrażenie ciężkości. W epoce rosnącej konkurencji – zarówno ze strony telewizji premium, jak i platform streamingowych – cierpliwość widowni zaczynała się kurczyć. Być może właśnie te produkcje były jednymi z pierwszych wysokobudżetowych sygnałów, że samo widowiskowe opakowanie i wielki metraż nie gwarantują już sukcesu.
Pewnym zaskoczeniem przy analizie kulisów realizacji filmu okazał się fakt, że od początku właściwie nie dyskutowano o fundamentalnej kwestii – czyli o precyzyjnym określeniu grupy docelowej. Fenomen serii “Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły” polegał na tym, że choć widowisko odwoływało się do nostalgii dorosłych widzów pamiętających klasyczne filmy pirackie, sprawdziło się również jako atrakcyjna, familijna przygoda dla młodszej publiczności. Obecna w nim makabra miała charakter groteskowy, balansowała na granicy baśni i komiksowej przesady. Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w przypadku “Jeździec znikąd”. Film, choć opakowany w konwencję przygodowego widowiska, dotykał w istocie realnej tragedii eksterminacji rdzennych mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Tematu, którego nie sposób w pełni ograć w lekkiej, rozrywkowej formule bez ryzyka tonalnego zgrzytu. Efektem była produkcja zawieszona między mrocznym dramatem historycznym a familijną przygodą, co utrudniało jednoznaczne skierowanie jej do konkretnej widowni.
Dodatkowym problemem okazał się sam gatunek. O ile przy pierwszych „Piratach” Gore Verbinski wchodził na teren od dawna niewykorzystywany w kinie wysokobudżetowym, o tyle „Jeździec znikąd” reprezentował western – gatunek obecny w amerykańskiej kinematografii od jej zarania, wielokrotnie reinterpretowany i przez dekady poddawany dekonstrukcji. Od lat mówi się zresztą, że klasyczny western ma ograniczony potencjał komercyjny. Próby jego odnowienia częściej pojawiają się w kinie artystycznym niż w blockbusterowym mainstreamie – jednym z ciekawszych przykładów takiego podejścia był “Bone Tomahawk” Craiga S. Zahlera, który zadebiutował trzy lata po filmie Verbinskiego, ale funkcjonował w zupełnie innej skali produkcyjnej. Z tej perspektywy widać wyraźnie, że niezwykle kosztowny projekt, osadzony w gatunku o ograniczonej sile przyciągania masowej publiczności i dodatkowo niejednoznaczny tonalnie, był obarczony ogromnym ryzykiem. Klęska finansowa uderzyła nie tylko w studio, lecz także w samego reżysera. Jak pokazał czas, Verbinski otrzymał jednak kolejną szansę, a historia kina zna wiele przypadków twórców, którzy po spektakularnych porażkach potrafili jeszcze zaskoczyć widzów.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych