Kiedy Kratos poda rękę Master Chiefowi? Być może szybciej niż sądzicie
Wyobraź sobie moment, w którym uruchamiasz swoją konsolę Xbox. Na ekranie pojawia się charakterystyczne, zielone logo, interfejs ładuje się z cichym szumem, a ty b sięgasz po pada, aby odpalić najnowszą grę. Klikasz ikonę. Ekran ciemnieje, a po chwili rozbłyska na nim biało-niebieskie logo „PlayStation Studios”. To nie jest błąd systemu, sen szalonego fana ani alternatywna rzeczywistość. To scenariusz, który jeszcze dekadę temu byłby herezją, za którą na forach internetowych palono by na stosie.
Dziś jednak, w erze pęczniejących budżetów i korporacyjnego pragmatyzmu, wizja Kratosa machającego toporem na konsoli Microsoftu przestaje być science-fiction, a staje się tematem poważnych narad w wieżowcach Tokio. Czy Sony naprawdę pójdzie śladem Xboxa? Czy niebieski gigant zburzy mury swojego ogrodu, aby szukać zysków na ziemi wroga? Choć to wciąż tylko teoria, wszystkie znaki na niebie, ziemi i w raportach finansowych wskazują, że „ekskluzywność” zmienia swoją definicję na naszych oczach.
Dyktatura arkusza kalkulacyjnego, czyli dlaczego mury muszą runąć
Aby zrozumieć, dlaczego Sony w ogóle rozważałoby tak drastyczny krok, musimy porzucić romantyczną wizję „wojny konsol” na rzecz zimnej, brutalnej matematyki. Gry wideo to biznes, a ten w ostatnich latach stał się niebezpiecznie drogi. Koszty produkcji tytułów z segmentu AAA - czyli tych największych, najpiękniejszych i najbardziej reklamowanych - wymknęły się spod kontroli. Jeszcze w czasach PlayStation 3 stworzenie hitu kosztowało kilkadziesiąt milionów dolarów. Dziś? Budżet „Marvel's Spider-Man 2” szacuje się na ponad 300 milionów dolarów, nie wliczając w to marketingu. To kwoty, które sprawiają, że nawet ogromny sukces komercyjny może ledwo pokryć koszty produkcji.
W tym kontekście słowa Hirokiego Totokiego, prezesa Sony, nabierają nowego znaczenia. W ostatnich miesiącach wielokrotnie podkreślał on konieczność „agresywnej poprawy marż”. W języku korporacyjnym oznacza to jedno: musimy zarabiać więcej na każdej wydanej złotówce. Model, w którym gra jest dostępna tylko na jednej skrzynce pod telewizorem, staje się ekonomiczną pułapką. Posiadaczy PlayStation 5 jest dużo, grubo ponad 80 milionów, ale to wciąż skończona liczba. Kiedy wydajesz na grę równowartość budżetu małego państwa, ograniczanie się do jednej platformy jest jak otwieranie luksusowej restauracji, do której wpuszczasz tylko ludzi w niebieskich krawatach.
Sony już zrobiło pierwszy, milowy krok, wchodząc na rynek PC. To, co zaczęło się nieśmiało od „Horizon Zero Dawn”, teraz jest machiną, która wypuszcza hity takie jak „God of War Ragnarok” czy „Ghost of Tsushima” na komputery osobiste. Sukces „Helldivers 2”, które zadebiutowało równocześnie na PS5 i PC, pokazał, że jednoczesna premiera nie zabija sprzedaży konsol, a generuje gigantyczne przychody. Skoro więc bariera PC pękła, a Sony zarabia tam krocie, naturalnym pytaniem inwestorów staje się: „A co z tymi milionami graczy, którzy mają Switcha albo Xboxa?”. No właśnie… przecież ich pieniądze są tak samo zielone, prawda?
Śladem zielonego rywala czy lekcja pokory od Microsoftu
Patrząc na potencjalną transformację Sony, nie sposób nie odnieść się do tego, co zrobił Microsoft. Gigant z Redmond jako pierwszy przyznał, że tradycyjna wojna na sprzedaż pudełek pod telewizorem nie ma już sensu. Phil Spencer, szef Microsoft Gaming, zaszokował świat, ogłaszając wydanie takich gier jak „Sea of Thieves” czy „Hi-Fi Rush” na konsolę PlayStation. Ba, „Indiana Jones” od należącego do Microsoftu studia Bethesda również trafił na sprzęt Sony - niedługo także i na Nintendo Switch 2. Strategia ta, nazwana nieoficjalnie „Project Latitude”, opiera się na prostym założeniu, że sprzęt jest tylko bramą, a prawdziwym produktem jest gra i usługa.
Dla Sony to fascynujące studium przypadku. Japończycy obserwują, jak ich rywal monetyzuje swoich użytkowników. Widzą, że „Call of Duty" (teraz własność Microsoftu) wciąż sprzedaje się najlepiej na PlayStation, zasilając konto… Microsoftu. Jeśli Sony zdecyduje się na podobny ruch, nie będzie to kapitulacja, lecz ewolucja. Pierwszym zwiastunem tej zmiany jest „LEGO Horizon Adventures” - gra z flagowej serii Sony, która trafiła na Nintendo Switch w dniu premiery. To precedens. Aloy, ikona PlayStation, biegająca po ekranie konsoli konkurencji. To „koń trojański”, testowanie wód. Jeśli ten eksperyment się powiedzie i przyniesie zadowalające zyski, argument „chrońmy ekskluzywność za wszelką cenę” straci rację bytu.
Oczywiście, istnieje obawa o tożsamość. Przez lata siłą PlayStation było to, że „tylko tutaj” zagrasz w „The Last of Us” czy „Uncharted” - choć przez port na PC stwierdzenie to zostało już dawno obalone. To poczucie elitarności napędzało sprzedaż konsol. Jednak rynek się zmienia. Młodsze pokolenie graczy, wychowane na „Fortnite” i „Robloxie”, nie przywiązuje wagi do marki sprzętu - dla nich liczy się dostępność gry, gdziekolwiek są. Sony, chcąc przetrwać i rosnąć, musi stać się wydawcą totalnym. Być może w przyszłości PlayStation nie będzie już nazwą plastikowego pudełka, ale nazwą aplikacji zainstalowanej na twoim telewizorze, telefonie, a nawet na konsoli konkurencji. W świecie, gdzie Netflix jest dostępny na każdym urządzeniu z ekranem (i pomyśleć, że Sony nie ogarnęło tego do tej pory na PlayStation Portal), ograniczanie gier do jednego sprzętu wydaje się archaicznym reliktem przeszłości.
Koniec świętej wojny? Scenariusz przyszłości
Wyobraźmy sobie więc teoretyczny rok 2027 lub 2028. Premiera „The Last of Us Part III”. Gra wychodzi na PlayStation 6, PC, chmurze… i być może rok później na następcę Xboxa Series X. Co by się stało? Internet by zapłonął, to pewne. Fanatyczni wyznawcy „wojen konsolowych” krzyczeliby o zdradzie. Ale przeciętny gracz? Przeciętny gracz po prostu by zapłacił 350 złotych i cieszył się grą.
Dla Sony taki ruch oznaczałby zmianę filozofii z „sprzedajemy konsole, aby sprzedawać gry” na „sprzedajemy gry każdemu, kto ma na to ochotę”. Konsola PlayStation wciąż istniałaby jako „najlepsze miejsce do grania” - oferujące unikalne funkcje kontrolera DualSense, haptykę, czy po prostu wygodę i optymalizację, której nie da się osiągnąć u konkurencji. Sprzęt stałby się opcją premium dla entuzjastów, podobnie jak iPhone jest opcją premium na rynku smartfonów, mimo że usługi Apple (Apple Music, Apple TV) są dostępne na Androidzie czy Windowsie.
Ryzyko jest jednak ogromne. Jeśli gry Sony będą dostępne wszędzie, czy ktokolwiek kupi jeszcze PlayStation? To dylemat, który spędza sen z powiek zarządowi w Tokio. Historia pokazuje jednak, że gracze są wygodni. Nintendo Switch 2, jak poprzednik, sprzedaje się świetnie, mimo że nie dorasta możliwościami do XSX i PS5 Pro, ale oferuje unikalne doświadczenie. Rozrywkę na zupełnie innym poziomie. PlayStation musi znaleźć swoją nową tożsamość w świecie bez murów. Być może przyszłość to model czasowej ekskluzywności - chcesz grać pierwszy i w najlepszej jakości? Kupujesz PlayStation. Możesz poczekać rok i grać na słabszym sprzęcie? Proszę bardzo, ale i tak zapłacisz Sony pełną cenę. To scenariusz „zjedz ciastko i miej ciastko”, który wydaje się jedyną logiczną drogą w obliczu stagnacji rynku sprzętowego.
Podsumowanie
Czy Sony pójdzie pełną parą śladem Xboxa? Dziś odpowiedź brzmi: „Jeszcze nie, ale drzwi zostały uchylone”. Ekspansja na PC to fakt. Eksperymenty ze Switch są faktem. Presja finansowa, aby „agresywnie poprawiać marże”, jest faktem. Żyjemy w czasach, w których lojalność wobec marki ustępuje miejsca konieczności ekonomicznej.
Choć wizja „God of War” na Xboxie wciąż wydaje się odległa, bariery psychologiczne już runęły. Sony powoli transformuje się z producenta „zabawek” w globalne imperium rozrywkowe, dla którego platforma sprzętowa jest drugorzędna wobec siły własnych marek (IP). Możliwe więc, że za kilka lat nie będziemy pytać „na jakiej konsoli grasz?”, ale po prostu „w co grasz?”, a logo PlayStation będzie świecić triumfalnie na każdym ekranie w twoim domu, niezależnie od tego, kto wyprodukował obudowę. To nie koniec PlayStation, ale początek jego dominacji. I choć na razie to tylko pogaduszki czy inne teorie, to fajnie jest czasem pomyśleć o tym „co by było gdyby”.
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych