Horizon Forbidden West

Horizon: Forbidden West - nowa generacja na starych zasadach

Krzysztof Grabarczyk | 05.03, 10:00

Ponad 20 milionów sprzedanych egzemplarzy, spektakularne otwarcie nowej marki po średnio udanym końcu poprzedniej. Hermen Hulst przed mianowaniem na szefa PlayStation Worldwide Studios zdążył odwołać helghańską armię na rzecz łowiecko-zbierackiego regresu cywilizacji. Z maszynami w roli fauny. 

W lewitującej na powierzchni wody Florencji stanął pomnik ikony zaradności, Aloy. Czym zasłynęło Horizon: Zero Dawn? Światem przedstawionym, bohaterką, epickim podejściem do starć ze stalowymi imitacjami dzikiej zwierzyny. Korzystając z tradycyjnego już schematu ubifikacji udało się stworzyć coś nowego. Nie rewolucyjnego ani nawet ewolucyjnego. Forbidden West stanowi oczywiste rozwinięcie. Tylko tyle i aż tyle zarazem. 

Plemienna solidarność

Horizon Forbidden West

Za życia poprzedniej generacji oraz wcześniej ciężko było utrzymać podobne wizualia. Dopiero trwające dostatecznie długo przejście między obecna a mijającą kadencją platform stacjonarnych powoduje, że  ten stan rzeczy ulega zmianie. Sony pierwszy raz korzysta z dwóch konsol PlayStation dla jednej gamy hitów. Launch PS5 spowodował, że Miles Morales prężył muskuły w crossgenowym oświetleniu. Zabieg udał się względnie dobrze, nawet obyło się bez narzekań w kwestii ceny. O tym, że Sony jest dość roszczeniowe często mamy (nie)przyjemność się przekonać. 

Nie inaczej dzieje się wraz z oczekiwanym Horizon: Forbidden West - sequelu tworzonym w myśl świętej zasady - więcej, lepiej, szybciej. Co do ostatniego punktu rzecz dotyka posiadaczy PS5 dzięki karcie przetargowej czyli "SSD" rytmicznie śpiewanemu w dedykowanym levelu Astro's Playroom. Kolejna, wielka przygoda zahaczająca o samodzielną naturę gwiazdy nowego pokolenia - Aloy. Tę polubiliśmy już przecież w trakcie Zero Dawn. Guerilla Games wzięło się za kompletnie inny gatunek w zgodzie z panującą nadal hegemonią otwartych światów. Stąd balans między aktywnościami podstawowymi oraz opcjonalnymi wyważono niemal równo. 

Brak ikonizacyjnego trądziku na mapie ewidentnie sprzyja przejrzystości. Tę proporcję udało się zachować w Forbidden West pomimo nieco innego wyglądu mapy świata. W grach ulokowanych na otwartej przestrzeni cenię przede wszystkim czytelność mapy oraz system nawigacji nie prowadzącej gracza krok po kroku. To największa zmora produkcji kreowanych na sandboksy. Luty jest zalewem dużych gier, więc siłą rzeczy możemy poczuć się zmęczeni ciągłym odkrywaniem nowych obszarów i wykonywaniem misji pobocznych. Wyjątkiem jest tradycyjnie dzieło From Software lecz to już nieco inna historia. Horizon: Forbidden niczym przed laty Zero Dawn - generuje najpiękniejszy otwarty świat we współczesnej kulturze gier. 

Siła technologii.

Horizon Forbidden West

Nie znajdziemy obecnie lepiej prezentującej się interaktywnej dioramy świata niż Forbidden West. Fakt absolutnie dokonany. Gracze jednak czegoś oczekują od twórców, ponieważ popularna Metawyrocznia pęka w szwach od celowo zaniżonych recenzji. Ciężko mi się zgodzić z opiniami odbiorców co do zbytniej powtarzalności w rozgrywce. Na upartego stwierdziłbym, że to zmora większości sequeli obecnych czasów. Nawet Dying Light 2 powszechnie uznaje się za słabsze od poprzednika przez pryzmat nawarstwionego recyklingu zadań. Forbidden West nie cierpi na aż tak drastyczną przypadłość. Nie jest krokiem do przodu, nie jest również krokiem wstecz. 

To efektowny oraz efektywny progres z przepiękną sferą wizualną. Bieg wzdłuż podtopionych lasów, ruin czy skał smakuje wybitnie. Guerilla Games ponownie zadbało o jak najlepszy ruch w wykonaniu bohaterki. Walka z maszynami również daje się we znaki zmysłom. W identycznej skali Zero Dawn. To świetne rozwinięcie oryginału, nie potrzeba niczego więcej. 

cropper