Jak pewnie wielu się domyśliło Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition nie jest RPG-iem całkowicie tworzonym od zera, bowiem jego podstawy leżą w papierowej grze fabularnej o podobnym tytule, której zasady oparte są o jedną z rewizji systemu D&D z 2009 roku.  Przy każdej podejmowanej czynności mamy rzut wirtualną kostką tym razem  dwudziestu ściankach, więc szczęście naprawdę mocno wpływa na przebieg rozgrywki. Z drugiej strony gra została ufundowana przez wielbicieli takowych klimatów poprzez kickstarterową zbiórkę, więc mamy okazję zobaczyć jak fani klasycznych RPG-ów wyobrażają sobie dzisiaj tego typu produkcje.

Wprawdzie recenzujemy tutaj wersję PlayStation 4, ale pierwotnie gra miała premierę dwa lata temu na komputerach z systemami Windows i Linux (oraz macOS). Obecne wydanie posiada w sobie wszystkie dodatki dostępne do tej pory, w tym dwa rozszerzenia fabularne. Czy tytuł będący mieszanką rozwiązań z pokaźnej ilości gier jak choćby Baldur's Gate (Wrota Baldura), Neverwinter Nights, Divinity: Original Sin Enhanced Edition, bardziej współczesnego Pillars of Eternity, a nawet starych Falloutów oraz Arcanum, lekko podbity Grą o Tron  ma szansę zawojować coś na konsolach?

Lochy i Smoki spotykają Grę o Tron w Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition 

Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition recenzja - eksploracja

Fabularnie w sumie standard, ale same założenia są dość interesujące. W świecie Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition rozchodzi o się o panowanie nad krainą Stolen Lands, leżącą na pograniczu kilku królestw, z których każde rości sobie pretensje do niej. Problem w tym, że kraina jest ostoją bandytów, groźnych bestii, tajemniczych kultów i ogólnie wszelkiego pojętego zła w takim natężeniu, że nikt nie jest w stanie jej skutecznie kontrolować. Miasto Revoy ma już dość tej sytuacji i wysyła tam dwie grupy poszukiwaczy przygód, by zrobili porządek, a nagrodą ma być założenie nowego kraju. W sumie znacznie lepiej dogadywać się z jakimś ustalonym rządem niźli ze zgrają bandytów. Cóż Konrad Mazowiecki sprowadzając Krzyżaków też pewnie tak myślał  i właściwie, nieco naciągając, przyjmiemy ich rolę.

Są jednak siły przeciwne takiemu planowi, co odczujemy już na początku zabawy w Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition, a ponadto rywalizacja pomiędzy dwoma grupami będzie tylko narastać. Pomimo dość mrocznego klimatu fantasy całej opowieści, wydaje się ona nieco lżejsza niż w pokrewnych tytułach, co jest zasługą wykreowanych bohaterów nam towarzyszących. Włożono w nich całkiem sporo życia, a ich charaktery są całkiem interesujące w odbiorze. Nie zachowują się jakby mieli przysłowiowy kij w tyłku, ale pomimo powagi sytuacji potrafią wchodzić ze sobą w głębokie interakcje, dokazywać, żartować, kpić z siebie, ale też dobrze nam radzić, oszukiwać, czy ogólnie życzyć nam źle. 

W każdym razie postać, w którą się wcielimy, nie jest dla naszych towarzyszy bogiem czy niepodważalnym autorytetem, relacje wydają się całkiem swojskie, jedni nas lubią (bądź nie) inni chcą nas po prostu wykorzystać i mogą nas zwodzić. Cóż pewnej dozy humoru i niespodziewanych zdarzeń nie zabraknie. Wszyscy mają za sobą bogatą historię i doświadczenia, więc czytania całkiem sporo, co w sumie cieszy. Co ciekawe naszymi poczynaniami i wyborami wpływamy na to, kto do nas dołączy, chociaż nie widać tego na pierwszy rzut oka. Pójście komuś na rękę czy wyświadczenie mu przysługi może być zbyt mało, by zwerbować daną postać do drużyny, jeśli nasz zestaw cech będzie nieodpowiedni, o których wyborze w dalszej części recenzji. Osobiście zawsze ciężko mi się zżywało z postaciami w zachodnich RPG-ach, ale tutaj znalazłem kilka postaci, które mnie mocno przyciągnęły, chociażby wesoła Linzi czy miła dla oka Octavia, mające osobowości bliższe japońskiej gałęzi tego gatunku, niźli klasycznym tytułom. Podsumowując warstwa fabularna niczym nadzwyczajnym nas nie zaskoczy, ale sposób prowadzenia historii i napotykani bohaterowie w Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition  to elementy wychodzące grze zdecydowanie na plus. 

Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition – w stumilowym lesie powiało grozą

Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition recenzja - walka

W którejś z recenzji pecetowej wersji gry przeczytałem, iż jest to połączenie Baldur’s Gate i SimCity i coś w tym racji można znaleźć. Prób połączeń klasycznych RPG-ów i klasycznych strategii typu rozwijanie miasta/ królestwa było kilka, niektóre nawet całkiem przyzwoite jak seria Spellforce, ale ostatecznie nigdy nie przełożyło się to na narodziny nowego synkretycznego gatunku, co prorokowano. Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition wciąż przygodą stoi, ale wątku budowlanego nie się zmarginalizować, co jednym się spodoba a innym nie, idźmy jednak po kolei. Tytuł kładzie nacisk na agresywny tryb zabawy, co widać od razu na początku wyprawy, gdy dostajemy limit czasowy i tym bardziej musimy się sprężać jeśli chcemy coś osiągnąć. Nie ma tutaj wielkich miast do odwiedzenia, tłumu ludzi do przepytania, czy częstych okazji do zajęcia się sobą, tylko ciągła wędrówka po mapie świata, losowe zdarzenia i liczne starcia, ale o tym później. Krążymy po wyznaczonych trasach, odkrywany nowe lokacje wypełniamy zadania zlecane nam przez napotkane postacie, starając się wygnać z przyznanego nam obszaru wszelkich przeciwników by móc zacząć budować. 

Nie powiem szwendanie się po mapie nawet wciąga, jedyny minus to taki, iż poziom napotykanych wyzwań nie rośnie stopniowo i często będziemy musieli omijać potężniejszych przeciwników, by wrócić do nich później a czas płynie. Tym, co mi się naprawdę spodobało są tekstowe momenty żywcem wyjęte z „papierowego RPG”, gdzie jak z książki wybieramy naszą reakcję na napotkany problem. Oczywiście cechy i umiejętności prowadzonej przez nas postaci mają na wszystko wpływ, a możliwości jej kreacji są całkiem spore, chociaż nic w nich oryginalnego: wybieramy klasę postaci, jej charakter, portret, rozdzielamy punkciki i tak dalej. Zawsze możemy też skorzystać z gotowych już modeli jeśli nie bardzo chce się nam grzebać w statystykach. Przydatnym rozwiązaniem jest  opcja skonfigurowania niemal każdego aspektu rozgrywki, jeśli coś nas irytuje to po prostu to włączamy/ wyłączamy ustalając poziom trudności pod własne preferencje.

Nie od razu Kraków zbudowano

Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition recenzja - fabuła

O samej walce co ma co dużo pisać w tej recenzji, ot system oparty o aktywną pauzę, co fani gatunku bardzo dobrze znają, przy zastosowaniu wirtualnej kostki d20. Na niższych poziomach trudności walka przebiega niemal jak w taktycznych tytułach, wystarczy klikać na poszczególnych wrogów. Na wyższych jednak trzeba się już bardziej postarać i umiejętnie dobierać zaklęcia oraz zdolności. Cóż dla każdego coś miłego. Mimo to starcia, jak wspomniałem, są jednym z najważniejszych elementów Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition, nawet gdy już zaczniemy budować własne państwo, bowiem nasza przygoda trwa nadal. 

Chociaż zarządzanie włościami można zrzucić na sztuczną inteligencję, zawsze lepiej wszystkiego doglądać samemu, pomimo iż do zarządzania jest całkiem sporo. Do założonych wiosek można wysyłać swoich kompanów z różnorodnymi zadaniami oraz zarabiać w nich spore pieniądze stawiając tawerny czy spichlerze, bądź tworząc szlaki handlowe. Oczywiście naszych dóbr trzeba bronić, więc budujemy też struktury defensywne jak strażnice czy cytadele. Możemy przejść też na ciemną stronę mocy i łupić inne miasta jeśli mamy odpowiednio złą reputację. W każdym razie zarządzanie królestwem to ważna część gry, co jednych graczy ucieszy, ale dla innych będzie kulą u nogi. 
Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition – nie wszystko co dobre dla PC dobre i dla konsoli

Barbarzyńskie głosy

Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition recenzja - mapa

Do strony wizualnej gry na pierwszy rzut oka ciężko się przyczepić, wygląda tak jak współcześnie wyobrażamy sobie retro RPG-a, czyli rzut izometryczny bez możliwości obracania kamerą, czy przybliżania widoku. Co jednak sprawdza się na PC, niekoniecznie dobrze działa na konsoli, o czym czas napisać w tej recenzji. Niestety na dużym ekranie postacie są małe, podobnie zresztą jak czcionka w tekstach, ponadto sama oprawa jest dość ciemna, więc zdarzało mi się siedzieć niemal nosem w TV by dojrzeć co tam się dzieje. Tragedii wprawdzie nie ma, ale wytężanie wzroku potrafi zmęczyć, inna sprawa, że podobna zmora nie dotyczy tylko Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition, ale też pokrewnych produkcji. Inną bolączką są także częste i długo wczytujące się ekrany ładowania. Pecetowa wersja posiadała masę błędów technicznych, trudno powiedzieć co wyeliminowano, ale nie zlikwidowano jednego – spadków animacji, której często zdarzają się szarpnięcia.

Przemodelowano też menu gry by było bardziej wygodniejsze dla sterowania padem, co udało się częściowo. Pozwala ono przejść na tryb wskaźnika teoretycznie, załatwiając sprawę interakcji z otoczeniem i niby działa sprawnie, chociaż do specjalnie intuicyjnych i szybkich to rozwiązanie nie należy. W każdym razie znowu myszka wygrywa z padem. Spodobały mi się natomiast angielskie głosy postaci, znakomicie oddające charakter naszych towarzyszy, chociażby trzpiotowatość (tak dla uproszczenia) gnomicy Linzi czy wojowniczość barbarzyńskiej Amiri. Szkoda że tytuł nie doczekał się polonizacji, bowiem czytania jest od groma, więc będzie to bariera dla osób nie znających języków obcych.

Pomimo kilku technicznych zgrzytów Pathfinder: Kingmaker Definitive Edition to dobra gra, która powinna zainteresować miłośników gatunku. Niestety w trakcie rozgrywki na konsoli trzeba wziąć poprawkę na pewne ograniczenia i niedogodności z tym związane, które musimy przeboleć chcąc się dobrze bawić, w przeciwnych razie lepiej zainwestować w wersję na PC. Mimo wszystko warto, bowiem gra z dwoma dodatkami oferuje ponad 70 godzin zabawy.