Oryginalne Deadly Premonition było dosłownie grą dwubiegunową. W recenzjach zbierało zarówno oceny najwyższe, jak i te z najniższego szczebla - nie był to bynajmniej efekt internetowego linczu, z którym spotkało się ostatnio The Last of Us Part II. Produkcja tak skrajnie odbierana była po prostu wyjątkowa na tak wielu płaszczyznach, że aż ciężko wszystko wymienić. Fenomenalny scenariusz, ślizgający się na konwencji paździerza. Niesamowita atmosfera i klimat tak blisko stojące Twin Peaks, że początkowo padały zarzuty o plagiat.

Mnóstwo ciekawych konceptów połączonych w nietypowy i świeży sposób przy akompaniamencie niezwykle charyzmatycznej ścieżki dźwiękowej. Pozycja dosłownie przesiąknięta duszą twórcy i niekonwencjonalnym stylem Hidetakiego Suehiro. Teoretycznie łatwo było się w niej rozkochać. O ile daliście radę okiełznać jej drugą, nieco brzydszą stronę. Wieloletnie zacofanie technologiczne, koszmarną optymalizację, archaiczną i sztywną rozgrywkę oraz całe multum innych problemów.

"Tak, Zach, masz całkowitą rację. Angel Heart z 1987. Alan Parker przeszedł samego siebie, wykorzystując hiperrealistycznie motywy okultystyczne i powołując do życia scenariusz Voodoo Noir. Mickey Rourke u boku Roberta De Niro? Doskonały duet artystyczny i arcydzieło. Wiedziałem, że potrafisz docenić dobrą kinematografię, Zach." 

Ogniu krocz za mną w kierunku Twin Peaks

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise recenzja - lokacje

Pomimo licznych zarzutów Deadly Premonition miało trochę ułatwioną sprawę. Wspomniane naleciałości Twin Peaks budowały znaczną część fenomenu. Opracowanie Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise w tej samej konwencji byłoby tanim zabiegiem, na który Hidetaka Suehiro nie mógł sobie pozwolić. Recenzowana dwójka odchodzi trochę (nie całkowicie!) od wyrobionej konwencji na rzecz innych inspiracji. Robi to zresztą bardzo dobrze, a wspomniany film Angel Heart i elementy Voodoo nie zostały przeze mnie wspomniane bez powodu.

Narracja przebiega dwutorowo. Śledzimy wydarzenia z 2005 i 2019 roku. Poznajemy naprzemiennie historię sprzed incydentu Greenvale, z pierwszej odsłony, jak i wydarzenia mające miejsce już po traumatyzującym śledztwie poprzednika. Przed nami ponownie stanie Francis York Morgan - legenda wydziału profilaktyki i FBI. Człowiek, który do czasu emerytury rozwiązywał najdziwniejsze sprawy. Obecnie wyniszczony mentalnie i umierający na raka. Trafia pod lupę nowego pokolenia agentów, którzy otwierają na nowo stare akta i dociekają prawdy skrytej w odmętach wspomnień Yorka. Rozbrajające dialogi, celne uwagi i nowe mechaniki śledcze, taki jest właśnie prolog tej wyłamującej się ze schematów detektywistycznej przygody.

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise to przede wszystkim osobista historia Yorka. Opowieść o jego szczytowym momencie kariery, upadku i w końcu odkupieniu. Świetnie napisany i jeszcze lepiej zagrany przez Jeffa Kramera z charyzmatyczną barwą głosu. Jego egzystencja przesiąknięta kinematografią, co rusz rzuca filmowe anegdotki i sypie ciekawostkami z rękawa, dzieląc się przemyśleniami na temat kultowych produkcji. Nieszablonowy wzorzec myślenia tak silnie kojarzący się z protagonistą Twin Peaks - Dalem Cooperem. Nie ukrywam, że ten bohater z miejsca potrafi skraść serce i te wszystkie niuanse orbitujące wokół jego osoby tworzą znaczną część doświadczenia. Wszelkie interakcje z nim to po prostu rollercoaster emocji, absurdu i groteski. Monologowa lawina i dialogi, których najchętniej słuchałbym bez przerwy.

Sen amerykańskich przedmieść

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise recenzja - asystentka

Na nic by się zdał, gdyby sama intryga nie potrafiła zaciekawić. Tym razem będziemy badać sprawę zabójstwa nastolatki, której pocięte zwłoki złożono na prowizorycznym ołtarzu. Zbrodnia makabryczna i wstrząsająca lokalną społecznością. Znów silnie ze sobą zżytą i reprezentowaną przez plejadę często absurdalnych mieszkańców. Poboczni bohaterowie dopełniają dzieła surrealistycznego klimatu i są niemniej charyzmatyczni niż główny aktor tego przedstawienia. Zwłaszcza Patricia, czyli nowa asystentka Yorka. Dziewczę inteligentne i poniekąd złośliwie konfliktowe. Czasem między nimi tworzy się autentyczna i wiarygodna więź, której nie sposób odmówić uroku.

Miejscem akcji Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise jest Le Carré położone w stanie Luizjana, w okolicy Nowego Orleanu. Swery za pomocą lokacji kolejny raz eksponuje wręcz fanatyczną miłość do swojskich amerykańskich miasteczek i ich społeczności. Fani pokochają tę mieścinę równie mocno co Greenvale. Jest to dziwna mieszanka swojskiej sielankowości z grubą szczyptą tajemniczości, która czyha na nas na każdym kroku. Możecie na szczęście pożegnać monotonny i pozbawiony emocji dźwięk brzęczącego silnika z jedynki. Deadly Premonition 2 zmienia główny środek transportu na... deskorolkę. Kolejny (nie ostatni) przejaw groteski i "głupkowatych" momentów, jakich można było się spodziewać po autorze.

Fabuła Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise jest na tyle angażująca, że ciężko się od niej oderwać. Ogólnie scenariusz oceniam bardzo dobrze, choć mam kilka zarzutów. Zabrakło mi trochę więcej lynchowskiego surrealizmu i dłuższego trzymania w suspensie. Początek i finał to dla mnie pierwsza klasa. Po skończeniu zabrakło mi jednak środkowego aktu, chciałbym spędzić więcej czasu w mieście i przy rozwiązywaniu śledztwa. Skończenie historii zajęło mi niespełna 16 godzin i choć zakończenie samo w sobie było satysfakcjonujące, tak całej reszcie czegoś wyraźnie brakowało. Ekspresowo przeleciałem przez sprawę i pomimo ogólnie pozytywnego odbioru - nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak część pierwsza. Jest dobrze, ale trochę gorzej niż w poprzedniku.

Deadly Premonition 2 i brzydota syndromu sztokholmskiego

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise recenzja - walka

Ułomności technologiczne, błędy i archaizmy były wręcz wpisane w osobowość oryginalnej przygody Yorka. Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise podtrzymuje tradycję i podąża tą samą ścieżką. Drogą recenzenckiego koszmaru w imię rzetelności. Tytuł próbuje usilnie i bezlitośnie zniechęcić do siebie warstwą techniczną. Wizualni puryści szybko odpadną. Gra jest szkaradna, działa jeszcze gorzej i cierpi na spadki animacji przypominające ataki epileptyka. Przy jeździe na deskorolce obraz strasznie szarpie, a elementy oszczędnego otoczenia materializują się na naszych oczach. Kilka razy musiałem resetować aplikację, bo grę najzwyczajniej w świecie zepsułem. Jest poniżej wszelkim norm i nie sposób bronić tego aspektu. Chyba że odbierzecie go jako świadomą satyrę, która potęguje doznania otaczającego nas surrealizmu.

O ile oprawa wizualna leży i kwiczy, tak w kwestii audio otrzymaliśmy prawdziwą perełkę. Kompozytor Satoshi Okubo (niedocenione Hotel Dusk: Room 215) spisał się na medal, dostarczając Jazzowe aranżacje, które nie potrafią wypaść z głowy. Już intro pod względem kompozycji muzycznej powoduje ciarki na plecach, wprowadzając nastrojowo w zawiły thriller. Ścieżka dźwiękowa nieustannie kreuje atmosferę i gra na emocjach. Muzyka to zdecydowanie silna zaleta i nie mogę się doczekać, aż będę mógł jej słuchać poza samą grą.

Proza codziennego życia

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise - szybka podróż

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise nie stawia fundamentu zabawy na głowie. Zamiast tego prezentuje delikatną ewolucję trzonu rozgrywki i funduje powtórkę dobrze znanych rozwiązań. Powracają wszystkie aspekty symulacji codziennego życia. Należy dbać o zarost i higienę osobistą, bo w innym wypadku muchy uczepią się bohatera. York nie lubi pracować o pustym żołądku oraz dba o harmonogram snu. Podróżujemy po otwartym mieście, udając się z jednego punktu do drugiego. Wykonujemy przy tym proste zadania dla lokalnych bywalców. Powracają sekwencję "Otherworld", czyli enigmatyczne manifestacje przenoszące nas do alternatywnej rzeczywistości. To tam zrobimy użytek z pistoletu, mierząc się z przeciwnikami wzorowanymi na harlekiny w klimatach voodoo. Tutaj zgrzyt. Ściana budżetu i ledwie trzy typy wrogów przez całą grę. Przeciwnicy z jedynki może nie porażali różnorodnością, ale w znacznie większym stopniu wzbudzali niepokój.

Rozgrywka to encyklopedyczny syndrom sztokholmski. Pomimo tego, że jest totalny drewnem i kasztanem, o czym już pisałem w recenzji, nie sposób było mi się od niej oderwać. Strzelanie jest niewygodne i nieintuicyjne. Zadania często z premedytacją celują w przesadną upierdliwość. Eksploracja męczy wspomnianymi wcześniej niedogodnościami technicznymi, a jeździe na desce sporo brakuje do najlepszych odsłon Tony Hawka. I wiecie co? To nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Chłonąłem kolejne godziny, nie mogąc się oprzeć wykonaniu jeszcze jednego zadania, aby popchnąć fabułę do przodu. Aktywności poboczne, choć proste, potrafiły przyciągnąć mnie na dłużej do ekranu. Mówimy tu o puszczaniu kaczek, kręglach, czy podróżowanie łódką z tarczami do ustrzelenia. Nic skomplikowanego, ale w jakimś stopniu relaksujące i angażujące do spędzania przy tym czasu.

Dobrze, że wróciłeś, Zach

Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise recenzja - alternatywny świat

Suehiro kroczy własną drogą i nie przejmuje się żadną krytyką. Ma gdzieś wszelkich recenzentów. Robi grę całkowicie po swojemu, prezentując fascynujące wartości, z którymi pragnie się podzielić ze swoimi fanami. Ponownie jest to doświadczenie nie do podrobienia i jestem pewien, że znów podzieli krytyków wielkim rozstrzałem ocen. Rzetelnie zaznaczam, że jeśli odbiliście się od jedynki, to Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise w żaden sposób Was do siebie nie przekona. Cała reszta otrzyma sequel, na który czekała od dekady. Tajemniczą historię pełną enigmatycznych pomysłów. Zwariowany scenariusz i wciągającą intrygę będącą istnym hołdem dla postaci Yorka. Pomysłowe zabiegi narracyjnie sprawią, że wielbicielom tego określonego stylu nie zabraknie zachwytów.

Udało się, Zach. Otrzymaliśmy więcej tego samego. Już bez powiewu świeżości, ale za to z uchwyceniem fenomenu, który sprawia, że wszelkie wady schodzą na dalszy plan. Deadly Premonition 2: A Blessing in Disguise to tytuł, który się pokocha lub znienawidzi. Mi zdecydowanie bliżej do tej pierwszej grupy i jestem pod ogromnym wrażeniem, że branża pozwoliła w ogóle powstać tej kontynuacji. Dziękuję twórcom i wracam myślami do tego, co właściwie przeżyłem w Le Carré.