Teraz w dobie remasterowania wszystkiego co możliwe gra trafia na nowe konsole. Tyle, że z remasterem niewiele ma niestety wspólnego. Już w momencie pobierania gry, gdy pasek ściągania pokazał plik ważący niespełna 700 MB, wyczułem pismo nosem, ale nie byłem gotów na to, co zobaczyłem po odpaleniu tytułu. W pierwszym momencie myślałem, że po prostu nie wczytały się tekstury na ścianach jednak szybko doszło do mnie, że nazywanie Star Wars Episode I: Racer remasterem to grube nadużycie. Ogromne, rozmazane tekstury, modele postaci straszące pikselozą i geometria obiektów przypominająca początki polygonalnej rewolucji sprawiły, że zacząłem nucić sobie pod nosem: "I co ja robię tu, uuu, co ja tutaj robię". I gdybym był graficznym purystą z miejsca wywaliłbym grę z dysku. Całe szczęście nie jestem.

Jeśli pamiętacie „Gwiezdne wojny: część I – Mroczne widmo” to zapewne doskonale kojarzycie wyścig podów na planecie Tatooine, gdzie Anakin Skywalker stanął do wyścigowej walki z Sebulbą. I właśnie na tej koncepcji opiera się cała gra wychodząc z założenia, że wspomniane zawody to popularny na Zewnętrznych Rubieżach sport. W Star Wars Episode I: Racer do naszej dyspozycji oddano 8 różnicowanych planet, a przed każdym wyścigiem mamy krótką wstawkę FMV prezentującą lokację. Poza piaszczystym Tatooine trafimy choćby na skute lodem Ando Prime, wulkaniczne Baroonda, księżyc Oovo IV będący galaktycznym więzieniem, czerwone niczym Mars i pełne kopalni Mon Gazza czy osadzone w powietrzu Ord Ibanna, gdzie na wielu zakrętach można łatwo wypaść z trasy i skończyć lądując w przepaściach. Bo trasy to chyba jeden z najlepszych elementów gry. 

Wipeout spotyka FX Zero

Star Wars Episode I: Racer recenzja - planeta Tatooine

Star Wars Episode I: Racer recenzja - kokpit

W niższych ligach tory są stosunkowo proste, ale szybko poznajemy ich bardziej rozbudowane wersje, pełne ruchomych pułapek, skał, lawy z gotującego się wulkanu, metanowych jezior czy przepaści. Często na kolejnych okrążeniach dochodzą nowe elementy na torach, nie brakuje masy skrótów, rozgałęzień, kilkuset metrowych skoków – coś pięknego. W Star Wars Episode I: Racer trafimy też na tunelowe strefy, w których nie obowiązuje grawitacja i trzeba lawirować pomiędzy skałami, czasami niezbędne jest uniesienie silników w górę, by przeskoczyć nad przepaścią, pody zupełnie inaczej zachowują się też na lodzie czy wysokiej trawie. Chociaż trawą ciężko nazwać zlepek bitmap, ale poczekajcie aż zobaczycie drzewa czy kibiców na trybunach przypominających skład węgla wrzucony na wagon. Rodowód N64 mimo wszechobecnej brzydoty ma jednak nostalgiczny posmak. 

Ale jak wspominałem - same wyścigi w recenzowanym Star Wars Episode I: Racer nie ograniczają się tylko do wciskania gazu i hamulca. Turbo ładujemy odpowiednio nachylając pod, ale zbyt długie jego używanie może spalić silniki, które ciągną za sobą kokpit. Aby tego uniknąć musimy w trakcie walki o pozycje naprawiać je przytrzymując odpowiednio długo spust. Silniki mogą też zostać uszkodzone podczas uderzenia o elementy otoczenia, a gdy pojawi się dym zacznie nas ściągać na jedną ze stron. W ciasnych i krętych odcinkach tras doskonale sprawdza się unoszenie poda do pod kątem do góry niczym w Wipeoucie co pozwala slajdować, a z czasem będziemy musieli nauczyć się umiejętnego korzystania z hamulców aerodynamicznych. Po prostu doskonale czuć, że pody nie trzymają się podłoża, a odbijanie się od band niszczy silniki, więc gra promuje przede wszystkim wypracowanie skilla. 

Pokaz mi swoje towary

Star Wars Episode I: Racer recenzja - sklep

Star Wars Episode I: Racer recenzja - gameplay ps4

Pomiędzy wyścigami możemy za zarobione pieniądze kupować ulepszenia u handlarza Watto, zwiększając statystyki naszego poda w kwestii sterowania, przyśpieszenia, hamowania, prędkości, chłodzenia czy szybkości naprawy uszkodzeń. Ba, możemy nawet zakupić droidy, które naprawią części zakupione na dostępnym w grze złomowisku, co znacznie zwiększy ich cenę i będziemy mogli je przehandlować na kolejne ulepszenia u Watto. Ot, ekonomia się kłania! Fajnym patentem jest też nutka hazardu przed wyścigami, gdzie możemy określić podział łupów za miejsca na podium lub jeśli jesteśmy pewni zwycięstwa obstawić, że wygrany zabiera całą kasę. 

Gdy wspominam sesje w Star Wars Episode I: Racer na Nintendo 64 (które w końcu trafiło pod dach mojego domu) pamiętam jak dziś ekscytację, gdy pierwszy raz odpaliłem poda czując się jak bohater filmu. Oprawa robiła wówczas ogromne wrażenie zwłaszcza wszelkiego rodzaju flary i rozbłyski słoneczne. Niestety Star Wars Episode I: Racer na PS4 i Switcha to zaledwie lekko usprawniony port a gra mocno się zestarzała. Rozmazane tekstury, wizytówka Nintendo 64, straszą teraz nie tylko w menu ale i na trasach. Te mimo przelatujących statków czy stworzeń wyglądają na strasznie puste i tak naprawdę największym usprawnieniem jest animacja śmigająca w 60 klatkach, co przy podach rozpędzających się do ponad 700km/h gwarantuje dynamikę urywającą łeb przy samych kostkach. O adrenalinę niezmiennie dba też znakomita ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Johna Williamsa, która jest jak wino i wciąż wrzuca ciary na plecy. 

Zmieniono proporcje ekranu, by pasował do nowoczesnych telewizorów, wyeliminowano loadingi, dopieszczono tekstury (ale nie dodano nowych), zwiększono rozdzielczość tak w menu jak i na trasach, ale dało to efekt tylko w przypadku wyglądu podów i postaci, które zdradzają teraz więcej szczegółów. Widać to zwłaszcza z kamery z kokpitu (ujęcia trasy łącznie są cztery), dzięki której widzimy lepiej budowę każdego z podów. Fakt, że nie pokuszono się choćby o zwiększenie zasięgu dorysowywania się horyzontu pokazuje, że to port stworzony najniższym kosztem. Nie wiem też czy byłem kiedyś taki cienki Bolek czy to może zasługa usprawnionego sterowania w porcie Star Wars Episode I: Racer (jest też opcja klasyczna w opcjach), ale gra przez 2/3 zabawy jest banalnie prosta i nie miałem żadnych trudności by przez pierwsze dwie ligi liczące po 7 wyścigów przebrnąć jak burza kończąc każdy wyścig na pierwszym miejscu. W latach 90. zajęło mi to na N64 znacznie więcej czasu. 

Star Wars Episode I: Racer na jeden wieczór 

Star Wars Episode I: Racer recenzja - trasa wulkaniczna

Star Wars Episode I: Racer recenzja - pody

Recenzując Star Wars Episode I: Racer zauważyłem też denerwującą przypadłość – bardzo kiepskie SI rywali i pewien handicap. Jeśli jesteśmy pierwsi możemy bez większych problemów dolecieć do mety jako lider nawet jeśli popełnimy kilka błędów. Jeśli jednak stracimy pozycję choćby wybierając inny skrót niż nasi rywale, gra potrafi zrzucić nas nagle na odległe miejsce, gdzie dogonienie pierwszego w stawce staje się nagle cholernie trudne. Ograniczone możliwości kontaktu fizycznego z przeciwnikami i przepychania się na trasie sprawiają z kolei, że większą radość sprawia walka z trasą niż naszymi oponentami.                               
 
Największe wyzwanie w Star Wars Episode I: Racer czeka nas przy ostatniej, trzeciej lidze, którą wieńczy wyścig odwzorowujący trasę z filmu i starcie z Sebulbą (warto go odblokować, by sprawdzić specjalną broń, dzięki której można niszczyć rywali na trasie) oraz wydarzeniach specjalnych na najtrudniejszych trasach (cztery wyścigi). Nie zmienia to jednak faktu, że całą kampanię da się ukończyć w jeden wieczór, a w kolejny wbić platynę odblokowując wszystkie postacie (jest ich łącznie 25) i ich pody, kupując najlepsze części, osiągając prędkość 1000km/h czy wygrywając każde zawody. Nie dodano sieciowego multiplayera (jest tylko lokalny na splitscreenie), a tryby gry poza "karierą" ograniczają się do swobodnej jazdy i pobijania rekordów na trasach. 

O ile gameplay Star Wars Episode I: Racer doskonale poradził sobie z próbą czasu, a ściganie się oraz kontrola podów sprawiają masę frajdy, tak grafika i zawartość trącą dziś mocno myszką. Dla osób, które nie wychowały się w czasach polygonalnej rewolucji może to spowodować ostrą niestrawność. Cała reszta może próbować wrócić wspomnieniami do tych jakże pięknych czasów zwłaszcza, że cena portu (63 złote) jest do przełknięcia. Polecam jednak wersje na Switcha w opcji mobilnego grania, gdzie rozmazane tekstury nie dają się we znaki aż tak mocno.