Bleeding Edge nie jest kolejną opowieścią przeładowaną druzgocącymi doświadczeniami bohaterów. Twórcy rzucili w kąt głęboką traumę zaserwowaną poprzez historię Senuy i zamiast kolejnej przygody, postawili na sieciowy brawler. Produkcja nigdy nie była głównym projektem studia – jest to raczej pomysł mniejszego zespołu z Ninja Theory, który w wolnym czasie zdecydował się na przygotowanie czegoś nowego. Deweloperzy tym razem prezentują arenowe bitwy i zapraszają do nich dwie czteroosobowy drużyny – na początku wybieramy jednego z bohaterów specjalizującego się w ataku, obronie lub pomocy, by następnie rozpocząć kilkuminutowy pojedynek. Studio nie odkrywa świata na nowo, nie wymyśla przeładowanych systemów i od początku niczym nie zaskakuje, bo Bleeding Edge zostało stworzone na wielu znanych mechanikach, które widzieliśmy wielokrotnie na przestrzeni całej generacji.

Bleeding Edge recenzja 04

Bleeding Edge recenzja 05

Bleeding Edge – świetna walka... Gdy mamy u boku ogarniętą ekipę

Twórcom udało się dopracować intensywność pojedynków, a starcia mają swój dobrze ułożony przebieg. Brytyjczycy nie zwrócili się w stronę chaosu, a postawili na bardziej taktyczne podejście, w którym dosłownie każdy atak ma swoją wagę. Podczas zadawania ciosu mamy świadomość jego siły, a zarazem wiemy doskonale, czego możemy spodziewać się w momencie, gdy to my zbieramy bęcki. Deweloperzy dobrze wyważyli starcia, więc wszystkie pojedynki jeden na jednego są świetnym pokazem doświadczenia połączonego z umiejętnym wykorzystaniem zdolności postaci – wojownicy mają zróżnicowane skille, ataki oraz uniki, więc dobre zarządzanie ich możliwościami potrafi sprawić sporo satysfakcji. Wszystko ma oczywiście dobre i złe strony, bo wielokrotnie z dziką radością eliminowałem kolejnych rywali, by następnie przez trzy mecze narzekać – nie tyle na moje zdolności, co brak odpowiedniej komunikacji z zespołem. W DNA Bleeding Edge jest wpisana współpraca i jeśli choćby jeden zawodnik zawodzi – nie masz szans na wygranie meczu z ogarniętymi przeciwnikami. Jest to szczególnie bolesne doświadczenie w momencie, gdy staramy się ze wszystkich sił, przeprowadzamy kilka porządnych akcji, a później musimy obserwować, jak dobrze zgrany zespół niszczy nasz wcześniej ułożony plan. Deweloperzy w tym miejscu potrafią pozytywnie zaskoczyć, ponieważ sam szkielet gry został dopracowany niemalże do perfekcji, ale niestety – produkcji brakuje odpowiedniej rozbudowy.

Pisząc te słowa mam w głowie swój tekst, który wysmażyłem na portalu pod koniec lutego. Wtedy to miałem okazję brać udział w testach Bleeding Edge i moje wrażenia w żadnym stopniu nie uległy zmianie – Ninja Theory zadbało o gameplay, który sprawia szczególnie dobre wrażenie i potrafi zachęcić do włączenia kolejnego meczu, ale w całym tym szaleństwie zabrakło mocy przerobowych lub czasu na stworzenie dopasowanej zawartości. Od dnia premiery w pozycji możemy sprawdzić zaledwie dwa tryby – w pierwszym zajmujemy się zbieraniem i dostarczaniem wyznaczonych surowców, natomiast w drugim zajmujemy się prostym przejmowaniem wyznaczonych punktów. Bez rankingowych starć, kolejnych opcji, a nawet możliwości wybrania, który wariant chcemy aktualnie ogrywać. Twórcy nie zadbali o odpowiednią liczbę trybów, więc też trudno mówić o wielkiej różnorodności. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku lokacji, bo choć do ich budowy i samej prezentacji trudno się przyczepić, to jednak przynajmniej aktualnie otrzymaliśmy dostęp do zaledwie pięciu lokacji. To zdecydowanie za mało, by móc mówić o pełnym doświadczeniu, bo już po kilku pierwszych godzinach rozgrywki w Bleeding Edge miałem wrażenie, że widziałem wszystko i brakowało impulsu do  uruchomienia kolejnych spotkań. Fundamentem tych wrażeń są bardzo skillowe starcia – tutaj zawsze musimy mieć u boku ogarniętego partnera, bo w innej sytuacji jesteśmy zdominowani przez nawet dwóch rywali i cała frajda w sekundzie znika.

Bleeding Edge recenzja 03

W Bleeding Edge brakuje najbardziej zawartości

Narzekam na brak zawartości, ale mimo to spędziłem z tytułem kilka wieczorów i przynajmniej na początku – było bardzo przyjemnie. Pierwsze dobre wrażenia są wynikiem dopracowanych, ciekawych i różnorodnych bohaterów. Twórcy zdążyli przygotować zaledwie 12 herosów, jednak każdy posiada swoje unikalne ataki, inaczej reaguje na wydarzenia przedstawione na ekranie, a co najważniejsze – pozwala w inny sposób pomóc drużynie. Nie brakuje tutaj typowych postaci skupionych na ataku, jednak nawet support oraz wojownicy z pozoru odpowiedzialni za obronę potrafią podziałać ofensywnie, a podczas rozgrywki musimy zgrabnie manewrować ich umiejętnościami wykorzystując także ataki. Kapitalnie sprawdzają się wszystkie momenty współpracy, gdy połączenie sił skutkuje zwycięstwem.

Po zakończeniu meczu zbieramy punkty doświadczenia, dzięki którym mamy okazję odblokowywać między innymi skórki dla bohaterów, ale ich liczba także nie jest specjalnie wielka – te wszystkie drobne braki pokazują, że choć Bleeding Edge posiada wszystkie mechaniki, to brakuje w grze zawartości na zadowalającym poziomie. W personalizacji znalazły się również specjalne modyfikacje, które wpływają na możliwości postaci dodając małe ulepszenia – jest to przyjemny element, ale z perspektywy czasu nie możemy tutaj mówić o wielkiej rozbudowie. Twórcy nie zapomnieli też o różnych gestach, ale podczas rozgrywki w każdym niemal miejscu miałem jedno wrażenie: mało. To uczucie pojawiło się nawet w momencie, gdy chciałem bliżej poznać bohaterów, bo sama prezentacja wojowników przypadła mi do gustu. Studio jednak nie zadbało choćby o wstawki fabularne tłumaczące genezę protagonistów – zamiast tego możemy zapoznać się ze średnio rozbudowanym tekstem. Doskonale zdaję sobie sprawę, że Ninja Theory stawia na sieciowe mecze, nie ma tutaj czasu i miejsca na dodatkową zabawę w fabularne misje, ale konkurencja już wyraźnie pokazała, że nawet tworząc gry nastawione na multiplayer, warto dobrze przedstawić postacie i zadbać o to, by gracze chcieli wsiąknąć w wykreowane uniwersum poznając przynajmniej bohaterów. Tutaj jednak wszystko zostało przygotowane na bardzo podstawowym poziomie.

Deweloperom udało się przemycić odrobinę swoich poprzednich projektów do Bleeding Edge. Już wspominałem o przyjemnej rozgrywce i warto nadmienić, że część bohaterów korzysta z broni białej. Nieczęsto w sieciowych brawlerach goszczą takie postacie, ale w tym wypadku – udało się zadbać o dobry balans. Łatwo doskoczyć do strzelca, można go odpowiednio wytrącić z równowagi, a dzięki szybkim atakom, których geneza wywodzi się pewnie ze slasherów, całość jest bardzo efektowna i przyjemna. Tutaj możemy odnaleźć duży atut gry – niezależnie od wybranej postaci, zawsze możemy wykorzystać jej zdolności, by pomóc zespołowi. W Bleeding Edge nawet rozgrywka healerem jest przyjemna, bo nasze poczynania pozwalają zadbać o cały zespół, a skuteczne leczenie jest kluczem do sukcesu w wielu pojedynkach.

Mam duży problem z Bleeding Edge, bo choć dostrzegam tutaj ogromne braki w samej zawartości, to trudno nie docenić samej rozgrywki, która w odpowiednich warunkach sprawia pozytywne wrażenia. Słowo „warunki” jest jednak kluczowe, ponieważ jak już wspomniałem – Ninja Theory oferuje rywalizację opartą na umiejętnościach, w których dosłownie każdy jeden atak może wpłynąć na bezpośrednie starcie, więc najmniejsze niedogodności potrafią zmiażdżyć doświadczenie. I niestety, twórcy nie dopilnowali kodu sieciowego lub otrzymali w swoje łapy zbyt słabe serwery. W wielu pojedynkach widziałem dosłownie teleportujące się obok mojej głowy postacie lub sam potrafiłem uciec właśnie przez problemy z połączeniem. Takie detale są niedopuszczalne w grze nastawionej na sieciową zabawę – choć muszę nadmienić, że deweloperzy znają problem i próbują go rozwiązać. Szkoda jedynie, że o takie detale nie zadbali przed premierą... A właśnie po to odbyły się testy, które miały pomóc w okiełznaniu infrastruktury.

Gra mimo wielu problemów ma dobrze ukierunkowany styl łączący najważniejsze elementy – świat, bohaterów i udźwiękowienie. Ninja Theory stawia na kolorową akcję i choć nadal uważam, że bardziej stonowane (mroczniejsze?) wydarzenia prezentowałyby się lepiej, podczas samej rozgrywki dość szybko zapomina się o takich detalach jak oprawa, ponieważ na mapach nie ma czasu na poświęcanie uwagi zbędnym sprawom. Walki są intensywne i trzeba skupiać na realizacji założonych w głowie planów.

Bleeding Edge recenzja 01

Bleeding Edge recenzja 02

Bleeding Edge ma podstawy, ale czy warto brnąć dalej w ten tytuł?

Na początku tekstu wspomniałem, że „czasami lepiej powiedzieć nie” i słowa te odnoszą się do sytuacji, o której usłyszeliśmy tuż po przejęciu Ninja Theory przez Microsoft. Przedstawiciele korporacji z Redmond wspomnieli o Bleeding Edge – deweloperzy rozwijali projekt jeszcze przed dołączeniem do rodziny Phila Spencera, ale szef marki Xbox zezwolił na dokończenie prac mając nadzieję, że twórcy zapewnią przyjemną produkcję dla Xbox Game Pass. Z perspektywy czasu jestem przekonany, że Spencer powinien powiedzieć „nie”, ukrócić projekt i nigdy nie prezentować go graczom, bo przynajmniej aktualnie Bleeding Edge nie wyróżnia się niczym na tle konkurencji, a jeszcze cierpi z powodu braków w zawartości.

Ninja Theory zapewniło Heavenly Sword, Enslaved: Odyssey to the West, DmC: Devil May Cry oraz Hellblade: Senua's Sacrifice czyli wiele mocnych i efektownych produkcji nastawionych na pojedynczego gracza. Teraz twórcy mają w głowie kolejną przygodę Senuy, opracowują kilka wciąż tajnych doświadczeń, więc gdzie w tym wszystkim znaleźć czas na rozbudowę Bleeding Edge? Nawet jeśli Microsoft rozszerzył studio do ponad 120 pracowników, jestem przekonany, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby przeznaczenie zasobów ludzkich na opracowanie nowej, fabularnej przygody, w których Brytyjczycy się specjalizują. Pytanie w zasadzie pozostaje jedno – jak szybko Microsoft powie „dość”?