Gdy Sega zwinęła swój konsolowy interes i pogrzebała nadzieję fanów na ujrzenie zakończenia historii Ryo Hazukiego, nikt nie spodziewał się tego, że niemalże 18 lat później będzie dane nam zagrać w sequel, który miał już nigdy nie powstać.

Czas stanął w miejscu

Shenmue 3 rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończyło się Shenmue 2, dzięki czemu fani serii od razu dostają nostalgicznego kopniaka wywołującego potok pozytywnych emocji. Prosto z tajemniczej komnaty trafiamy do przepięknej i malowniczej wioski Bailu, w której urodziła się i wychowywała Shenhua. Szybko dowiadujemy się jednak, że jej ojca ktoś porwał, a w całej okolicy grasuje grupka bandytów poszukująca kamieniarza odpowiedzialnego za stworzenie kamiennego lustra.

Więcej opowiadać o fabule nie będę, aby nie psuć zabawy tym, którzy czekali na nią te 18 lat - możecie być pewni jednego, Yu Suzuki dostarczy wam dokładnie tego, czego od niego oczekujecie! Aby może narobić wam nieco apetytu, dodam tylko, że dowiecie się dlaczego powstały kamienne lustra i poznacie nowe fakty z życia ojca Ryo.

Bardzo odważna decyzja

Shenmue jest dość wyjątkową marką, nawet jak na standardy naszej branży. Jak do tej pory jej jedynym prawdziwym spadkobiercą jest seria Yakuza, która przez kilkanaście lat szlifowała formułę zapoczątkowaną przez ekipę YS Net. Yu Suzuki doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że z obecnym budżetem, próba dorównania cyklowi Segi jest niemożliwa i skończyłaby się ogromną porażką.

Właśnie dlatego deweloperzy podjęli niezwykle odważną decyzję o pójściu w kierunku kultowej klasyki, oferując nam rozgrywkę identyczną do tej, jaką pamiętamy z czasów Dreamcasta. I tutaj naprawdę nie piszę tego w przenośni. W ramach porównania rozwoju serii odpaliłem na PS4 remaster obu poprzednich odsłon i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że Shenmue 3 ma dosłownie te same mechanizmy rozgrywki co "jedynka" i "dwójka". Tyczy się to praktycznie wszystkiego - od sposobu sterowania postacią, przez myszkowanie w szufladach, aż po system walki. Ciężko jest jednoznacznie stwierdzić, czy jest to obiektywnie "złe".

Z jednej strony pasuje to do retro konwencji całej produkcji oraz jest fajnym ukłonem w stronę fanów, którzy ogrywali hiciory Segi na "makaronie" i chwytając w dłoń kontroler, momentalnie odnajdą się w tym wszystkim i poczują się jak w 1999 roku. Patrząc jednak ze współczesnej perspektywy, całość jest dramatycznie toporna, męcząca, drewniana i najzwyczajniej w świecie irytująca. Moim zdaniem wyszło to grze jednak na dobre.

Dlaczego? Wiadomo, że młodsze pokolenie graczy na pewno nie sięgnie po ten tytuł, ponieważ nie znają tej serii i zaczynanie przygody od "trójki" mija się z celem. Docelowa grupa klientów, jaką są starzy wyjadacze, doceni wierność oryginałom i z nostalgicznymi okularami przymknie oko na te dziwaczne archaizmy.

Rozumiem, że retro, ale bez przesady!

Wiadomo jednak, że deweloperom nie można bezwarunkowo wybaczać wszystkiego i tłumaczyć ich obiektywnie złych decyzji brakiem funduszy, czy też byciem "retro". Gdy dostawałem ten tytuł do recenzji, Roger poprosił mnie, abym spojrzał na to również jako deweloper, bo skoro już siedzę w produkcji gier, to co nieco na ten temat już wiem. Szczerze przyznam, że naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego ekipa YS Net pozostawiała wszędzie tak wiele niewidzialnych ścian - te są naprawdę wszędzie!

Nie możemy za bardzo zejść z danej ścieżki, nawet mimo tego, że na logikę można by tam pójść, bo nagle zatrzymuje nas niewidzialna magiczna moc. Dodatkowo o ile ogólny projekt obu fabularnych lokacji, czyli Bailu i Niaowu, jest fantastyczny i przepełniony klimatem, tak ktoś nie za bardzo postarał się w "dekorowaniu" ich drobnymi detalami. Kluczem do osiągnięcia sukcesu przy projektowaniu poziomów, jest ubranie każdej napotkanej na mapie pierdółki w pewną historię, a co najmniej jakiś kontekst, do którego można by się odnieść przy eksploracji środowiska. No i o ile wiadomo, że rozbita łódka koło małego wodospadu ma sens, tak drabina wrośnięta w ziemię, albo beczka wsadzona do połowy w skałę, raczej sensownego wyjaśnienia nie mają.

A takich drobnych baboli jest całkiem sporo - miałem w pewnym momencie takie wrażenie, jakby ktoś wziął jakiegoś juniora bez doświadczenia i kazał mu wypełnić świat różnymi obiektami, aby nie było miejscami tak pustawo. Nie wpływa to jakoś strasznie na całe doświadczenie, ale raz już zauważone, kuje w oczy mocno. Choć nie tak bardzo, jak te hiper drewniane dialogi. Wiadomo, że w czasach, w których Dreamcast nie pozwalał na nic więcej niż prostą wymianę paru zdań na krzyż, tak dziś jest to element, jaki może zdecydować o tym, czy odbijecie się od tej gry, czy nie.

Więcej, nie zawsze znaczy lepiej

Sam wielokrotnie flugałem pod nosem, gdy musiałem wysłuchiwać tych samych oczywistych stwierdzeń po dziesiątki razy. Yu Suzuki dobrze radzi sobie w szeroko pojętej narracji, ale gdy dochodzi o nieco bardziej pobocznych lub rutynowych konwersacji, całość zaczyna przypominać wypociny 7 latka z podstawówki. To jest coś na zasadzie:

Ryo: Widziałeś tę osobę?

Ktoś: Ha, czego chcesz?

Ryo: Widział pan tę osobę?

Ktoś: Nie

Ryo: Ah, rozumiem

Ktoś: Pamiętaj, że możesz u mnie kupić to i tamto/praca czeka na ciebie/nie zapomnij ciężko trenować.

Ryo: Em, ok.

Oprócz tego, że niektóre dialogi pomiędzy postaciami mają tyle emocji, co aktorzy w paradokumentach, sporym problemem Shenmue 3 jest to, że faktycznie jest przedłużane na siłę. Na spokojnie z 20+ godzin potrzebnych na przejście, można by zrobić jakieś 15-17 godzin - tylko w jednym przypadku dłuższe czekanie na pewną sytuację naprawdę miało sens i pasowało do wybranej konwencji. Widać w tym trochę to, że Suzuki-san nie chciał rozczarować swoich fanów, oddając nam tytuł o 1/3 krótszy niż obydwie poprzednie części sagi. 

Choć w tym miejscu muszę przyznać jedno - dzieło YS net nie jest pod tym względem tak męczące jak seria Yakuza, bo w odróżnieniu od swojego duchowego następcy, trzecie Shenmue ma zaskakująco mało walki - jak na grę o sztukach walki, oczywiście.

Dziękujemy!

Wiele pozytywnych recenzji w Sieci wspominało o tym, że Shenmue 3 jest prawdziwym festiwalem fan-serwisu i szczerze przyznam, że trudno się z tym nie zgodzić. Tu i ówdzie poukrywane są nawiązania do fabuły "jedynki" oraz "dwójki", sporo smaczków skrywają także mechanizmy gameplayowe, jak na przykład kultowe kapsułki z zabawkami. Gdzieś tam, w jakimś tam miejscu (nie powiem wam jakim), jest zawarte takie coś, że wieloletni fani serii naprawdę uronią przy tym nie jedną łezkę - jak sami to znajdziecie, będziecie wiedzieli o czym pisałem.

Komu można zatem polecić Shenmue III? Bez cienia wątpliwości oddanym fanom oryginału, bo przede wszystkim jest to gra zrobiona z myślą o nich! Yu Suzuki olał współczesne trendy, nie poszedł w zasypywanie nas wymuszonymi elementami RPG, gigantycznym otwartym światem, ani nawet nie nawpychał we wszystkie możliwe szczeliny milionów znajdziek. Shenhua i Ryo powrócili głównie po to, aby opowiedzieć nam dalszy ciąg swojej historii i to właśnie tego oczekiwaliśmy od tej gry. A to, że jest po prostu staroszkolna, nie będzie przeszkadzać tym, którzy pamiętają czasy giercowania na przełomie mileniów.