Na pojawienie się gry osadzonej w świecie World War Z musieliśmy czekać niemalże 6 lat od premiery filmowej adaptacji, a od wydania samej książki minęło aż 13 lat. W końcu jednak nadszedł ten moment i chmary zombiaków zawitały na naszych konsolach oraz komputerach osobistych.

Szykujcie się do bitwy!

Często gdy rozpoczyna się apokalipsa na masową skalę, pozostali przy życiu ludzie muszą łączyć się w sojusze z osobami, z którymi w normalnych warunkach nigdy by nawet nie zamienili słowa - polegają na sobie, bo wiedzą, iż od tego zależy ich przeżycie. My zaś gdy wcielamy się w takie postacie bądź obserwujemy ich losy na ekranach telewizorów, nie zastanawiamy się kim byli przed całym tym chaosem. 

Saber Interactive postanowiło nadać swojemu dziełu nieco więcej głębi niż ma jej w sobie typowy zombie-shooter, dzięki czemu każda z kilkunastu grywalnych person ma naprawdę ciekawie zarysowane tło fabularne. Aby je odkryć najpierw musimy spędzić z daną osobą co najmniej jedną udaną misję, dzięki czemu zdążymy się z nią nieco zapoznać - wtedy też w menu odblokujemy możliwość obejrzenia animowanego filmiku opisującego jej przeszłość. Wszyscy zostali wizualnie zaprojektowani w taki sposób, abyśmy mniej więcej po pierwszym rzucie oka stwierdzić jaką osobowość może mieć dany ocalały, jednakże to dopiero wspomniane klipy ukazują ich prawdziwe oblicze.

Pisarze odpowiedzialni za te historyjki naprawdę się postarali i chwała im za to, że dzięki ich staraniom widać w tej produkcji choć trochę duszy. Wcielimy się tu bowiem między innymi w rasowego przestępcę, który doznał zbawienia i został księdzem, amerykańskiego gangstera, czy też zwykłą kobietę, która straciła rodzinę. Nie ma tu żadnych superbohaterów, zawodowych żołnierzy, czy domorosłych komandosów - tylko zwyczajni ludzie połączeni instynktem przeżycia.

Oczywiście całe World War Z ma również tradycyjną kampanię fabularną, lecz ta podzielona została na 4 krótkie akty i przedstawia raczej mierną opowieść - ot staramy się znaleźć ważnego doktorka i uciec na wyspę wolną od zarażonych.

Chmara nadciąga...

Wiadomo jednak, że nikt o zdrowych zmysłach nie kupuje takiej gry dla jej "fabuły", dlatego Saber Interactive musiało przyłożyć niemalże całą swoją uwagę do rozgrywki, będącej rdzeniem i sercem WWZ. Tutaj szczerze przyznam, że sceptycznie podchodziłem do tego aspektu, albowiem naprawdę wielką sztuką jest zrobić naprawdę dobrą, satysfakcjonującą i przede wszystkim odpowiednio zbalansowaną rozgrywkę.

Na rynku pojawiało się już mnóstwo tak zwanych "zombie-shooterów" i tylko garstka z nich zapisała się na kartach growej historii pozytywnie. Autorzy World War Z postanowili zatem czerpać inspiracje od najlepszych i ich dzieło czerpie kilka bardzo fajnych rozwiązań z kultowego Left 4 Dead. Co za tym idzie, każdą misję będziemy przemierzać 4-osobowym oddziałem wypełnionym żywymi graczami bądź też botami wyczekującymi na to, aż zastąpi je nowo dołączony zawodnik.

Wszystkie plansze podzielone są na etapy, pomiędzy którymi stawiane są bezpieczne pokoje z zaopatrzeniem, amunicją oraz apteczkami, a do tego wszystkiego od czasu do czasu natrafić możemy na specjalne zombie mające wiele wspólnego ze swoimi odpowiednikami z cyklu L4D. Na swoje rogi weźmie was zatem Byk (potężnie opancerzony zombie policjant), rolę Wiedźmy zastąpi tu zwykły Krzykacz, zaś trujące gazy rozprzestrzeniać będzie naukowiec w kombinezonie ochronnym.

Oczywiście jeśli spotkacie się twarzą w twarz z Bykiem oraz tak zwanym "Jumperem", a w pobliżu nie będziecie mieli sprzymierzeńców, marzy będzie wasz los. Byczek uwielbia brać ofiarę za frak i tłuc nią o ziemie aż wykorkuje, a atakujący z zaskoczenia skoczny nieprzyjaciel skutecznie powali was na ziemię i nie da się ruszyć. Tutaj naprawdę jedyną drogą ratunku jest pomoc od kompana z drużyny - jeśli takowy się nie zjawi, nasza postać padnie i sama przemieni się w zarażonego, a my poczekamy 60 sekund na respawn.

Uzbrojeni po zęby

Skoro mamy przed sobą aż tak ogromne chmary potworów, musimy mieć odpowiedni sprzęt do tego, aby sobie z nimi poradzić, nieprawdaż? Tutaj Saber Interactive wprowadziło 3 stopnie jakościowe oręża, w których znajdują się coraz to lepsze modele danych rodzajów pukawek. Na pierwszym stopniu znajdziemy na przykład zwykły pistolet, strzelbę i karabin, na drugim powitamy strzelbę bojową i broń krótką o większej mocy, zaś na trzecim szczebelku znajdują się taki cuda jak karabin szturmowy, strzelba półautomatyczna i inne tego typu bajery.

Za każdą rozegraną misję (niezależnie od tego czy była udana czy też nie) otrzymujemy nagrody w postaci punktów doświadczenia konkretnie używanych przez nas broni oraz tak zwane "zasoby", czyli punkty jakie wydajemy na ulepszenia. Tutaj niestety na wierzch wychodzi pierwsza bardzo poważna wada balansu World War Z, a mianowicie wymuszanie nieustannego grindowania wspomnianych "zasobów". Aby rozwinąć swoją ulubioną pukawkę na 2 poziom musimy wydać tylko 150 jednostek tej waluty (1 misja), jednak każdy kolejny wymaga od 550 "zasobów" wzwyż - w wyniku takich blokad gra uniemożliwia nam w pewnym momencie na rozwój ulubionego oręża.

Sytuacja wygląda jeszcze gorzej, gdy doliczymy do tego rozwój klas postaci jakie oferuje World War Z. Deweloperzy przygotowali do naszej dyspozycji między innymi typowego medyka z pistoletem leczącym, twardego tanka potrafiącego zblokować największe chmary swoimi sztuczkami, a nawet ognistego dpsa rzucającego mołotowy i inne materiały łatwopalne. Na szczęście wybór klasy nie definiuje nam tego jaką osobą gramy.

Każda z wprowadzonych klas może zostać rozwinięta do maksymalnie 30 poziomu doświadczenia, gdzie przy kolejnych stopniach odblokowywana jest to zakupu jakaś przydatna umiejętność. Drzewko umiejętności skonstruowano tak, że co każde 10 poziomów dostajemy stałą potężną moc, zaś w przedziałach 1-3, 4-6, 7-9, możemy wybrać sobie po jednej umiejętności na raz i co misję sobie nimi żonglować.

Wirus nie zna litości

Śmiało można powiedzieć, że World War Z na spokojnie zasługiwałoby na ocenę 7,5-8.0/10, gdyby nie spore problemy techniczne z jakimi boryka się produkt Saber Interactive. Problemy budżetowe zmusiły twórców do ograniczenia premierowej zawartości, co raczej w dobie gier usług nie jest jakąś dużą skuchą. Znacznie poważniejsze zaś są kwestie wizualne oraz optymalizacyjne. Na moim PlayStation 4 często doświadczałem drastycznych spadków płynności rozgrywki przy dużej liczbie wrogów na ekranie, ponadto detekcja kolizji w wielu miejscach bywa dziurawa i niektóre zombie potrafiły przejść przez jakiś płotek, beczkę czy tam inną przeszkodę.

Najgorsze jednak były lagi wynikające ze słabego kodu sieciowego gry - postacie zamiast przemieszczać się płynnie mogły płynąć w powietrzu, wrogowie byli w stanie uniknąć obrażeń przez to, że nagle zmienili położenie, a niekiedy bywałem i w takiej sytuacji, że nagle moja drużyna znalazła się parę ulic przede mną. Na koniec pozostawiłem sobie tryby PvP, albowiem tu najbardziej boli mnie zmarnowany potencjał, jaki mieli przed sobą twórcy.

W World War Z znajdziecie tradycyjne rozgrywki pomiędzy graczami oparte na schematach kontroli punktów, czy też drużynowych deathmatchów, a ich jedynym unikalnym elementem są okazjonalne ataki chmar na obszar walk. Niestety o każdej takiej fali jesteśmy informowani, przez co gracze mogą na chwilę odejść od wzajemnej sieczki na rzecz wybicia kilkudziesięciu zarażonych, a następnie wrócić do bitwy. Moim zdaniem znacznie lepiej sprawdziłyby się losowe, niczym niezapowiadane ataki z różnych pozycji i o skalowalnych stopniach intensywności, co wprowadziłoby poczucie ciągłego zagrożenia i niepewności do walki.

Reasumując World War Z jest poprawnym zombie-shooterem, który w miarę godnie zastępuje leciwe już Left 4 Dead i korzystając z jego dobrodziejstwa przenosi do branży gier bardzo ciekawe uniwersum. Jeśli tylko autorzy wywiążą się z obietnic i będą nieustannie pracować nad poprawieniem usterek swojego dzieła i dorzucą nam regularnie nową zawartość, WWZ może zagościć na naszych dyskach przez długie lata.