Yoshi nie ma lekko. I nie mówię tu tylko o tych setkach pociesznych dinozaurów, które każdego dnia giną z ręki Mario, zrzucone w przepaść. Mówię ogólnie, o serii gier z Yoshim w tytule. Odnoszę wrażenie, że to takie niechciane dziecko Nintendo. Z jednej strony chcieliby o nim zapomnieć, ale z drugiej kombinują, jakby tu graczom sprzedać na nowo tę samą grę z zielonym gadem w roli głównej. No bo nie oszukujmy się, Yoshi zatrzymał się gdzieś w okolicach Yoshi’s Island ze SNESa pod względem rozgrywki. Ale szczerze? Może to i lepiej, że Nintendo nie próbuje wynaleźć koła na nowo, a zamiast tego serwuje nam coraz to wymyślniejsze wizje artystyczne poczciwego wierzchowca hydraulika. 

Przedszkolaki do roboty

Yoshi’s Crafted World wygląda fantastycznie. Nie bez powodu zaczynam opis gry od jej sfery wizualnej bo to ona zdecydowanie gra tu pierwsze skrzypce. Już Woolly World ze swoim włóczkowym klimatem robił mocno robotę, ale to co deisgnerzy z Good-Feel wykreowali przy okazji nowej odsłony przebija wszystko co do tej pory stworzyli. Każdy jeden przedmiot w grze, każda sceneria wygląda jakby była żywcem wyjęta z jakiegoś projektu zdolnego dzieciaka, który przeobraził przedmioty codziennego użytku w coś niesamowitego, pełnego życia. Rakiety kosmiczne zbudowane z plastikowych butelek, płaszczki z papierowych talerzy, kartonowe domki, krówki czy nawet kwiaty, których płatki podważamy jak skaczemy na nie od spodu: Wszystko to wygląda po prostu znakomicie. Już same “światy” na mapie gry robią robotę, gdzie każdy jeden z nich jest ślicznie wykonaną dioramą, rozwijaną na naszych oczach, gdy je odblokujemy. A skoro już o światach mowa to nie mogę nie pochwalić ich różnorodności. W Crafted World trafimy na światy bardziej standardowe jak leśne, wodne czy ogniowe, ale też bardziej wyszukane jak cyrkowe, kosmiczne czy nawet żywcem wyciągnięte z horroru. Każdy z nich podzielony jest na 2, 3 unikalne, z pomysłem na siebie poziomy pokryte dodatkową warstwą dobrego designu. Co jak co, ale poziomy w Yoshim robią robotę.

Szkoda tylko, że nie mogę tyle dobrego powiedzieć o strefie audio, która wyraźnie niedomaga. Przy niej chyba też maczały palce jakieś dzieciaki, tylko zdecydowanie mniej zdolne. Utworów w tej grze jest mało, a większość z nich to różne aranżacje głównego motywu gry, raz lepiej, raz gorzej brzmiących. Polecam już na starcie ściszyć muzykę, dla dobra własnych uszu. 

Po staremu

Sama rozgrywka jest raczej standardowa i nie odbiega zbytnio od tego do czego nas przyzwyczaiły poprzednie odsłony Yoshiego. Ponownie będziemy zbierać białe kwiatuszki, tutejszą walutę za którą będziemy odblokowywać dostęp do kolejnych światów, ponownie będziemy połykać przeciwników i zmieniać ich w jaja, ponownie będziemy szukać ukrytych chmur z pytajnikami, które, trafione jajem, odkryją nam jakiś sekret. Diabeł tkwi jednak w szczegółach i twórcy gry postanowili dorzucić kilka nowości. Przede wszystkim teraz gra toczy się na kilku planach jednocześnie, nic nie stoi na przeszkodzie by wycelować w obiekt znajdujący się na dalszym bądź bliższym planie. Nasz dinozaur będzie miał również możliwość przechodzenia między nimi celem kontynuowania drogi do mety lub znalezienia nowych sekretów. Najciekawszym jednak dla mnie ficzerem jest zdecydowanie możliwość przejścia poziomu “od drugiej strony” Co to oznacza? Ano to, że dosłownie przechodzimy poziom od tyłu: nie tylko z lewej do prawej, szukając przy okazji zagubionych szczeniaków Poochy’ego (za co oczywiście jesteśmy nagradzani kwiatuszkami) ale widząc całą scenerię od tyłu. Skutkuje to zupełnie nowymi widokami i spojrzeniem na to jak poziomy w Crafted World zostały skonstruowane. Strasznie mi się ten motyw podobał.

Podobały mi się również levele odbiegające od tych normalnych: w jednym wskoczymy do wielkiego, kartonowego Yoshiego z piąchą na gumie, w innym posterujemy bolidem na energię słoneczną, a jeszcze w innym postrzelamy z armat do pirackich statków. Nie sposób się w Yoshim nudzić.

Kartonowo i wesoło

Całkiem przyjemną rzeczą jaką możemy w grze odblokować, są kostiumy dla Yoshiego. Każdy świat ma swoją własną maszynę losującą z kostiumami, które wypluwają nam nowe stroje w zamian za wydaną kasę. Kostiumy te, poza wartością wizualną oferują dodatkowy pancerz, rzecz niezwykle przydatną, zwłaszcza dla najmłodszych, bo gdy chcemy jednak zdobyć wszystkie kwiatki na poziomie to często trzeba będzie się sporo natrudzić, zwłaszcza w zachowaniu pełnego wskaźnika zdrowia na koniec poziomu. Raz na jakiś czas trafimy na bossa, którego naturalnie trzeba zaciukać: Ci raczej nie odbiegają zbytnio od tego do czego przyzwyczaiła nas już seria. Szkoda, że nie pokuszono się o jakieś ciekawsze walki. Podobnie jest z przeciwnikami w grze: nie znajdziemy tu nic niezwykłego, głównie różne wariacje Shy Guy'ów.

Słowem podsumowania: Nowy Yoshi to de facto stary Yoshi ale pokryty kartonową warstwą wizualną. To nadal solidna gra oferująca bardzo przyjemną, wciągającą rozgrywkę na długie godziny. Zebranie absolutnie wszystkich kwiatuszków zajmie sporo godzin (ukończenie samego “wątku fabularnego” zajęło mi około 10h, a starałem się czyścić plansze), a gra co chwila nam podrzuca nowe sposoby na ich zdobycie, m.in. w postaci wykonywania zleceń na znajdowanie konkretnych obiektów na poziomach. Rozgrywka jest niezwykle przyjemna, nie nuży, widoczki zachwycają i jedyne do czego bym się przyczepił to muzyka i brak kultowych transformacji naszego zielonego gada. Po prostu jest to naprawdę solidna gra.