Po średnio przyjętym Trials Fusion (nie to, żeby gra była zła, ale...), ekipa RedLynk wypuściła jeszcze zapychacz w postaci Trials of the Blood Dragon, czym wkurzyli fanów Blood Dragona. Tym ruchem studio z Finlandii dało sobie trochę więcej czasu, by kolejne Trialsy wróciły na szczyt. Porzucono futurystyczny styl graficzny, powrócono do normalności, zabierając nas w wycieczkę dookoła świata. Skupiono się na dopakowaniu produkcji zawartością, doszlifowaniu fizyki i ... eh ... dorzuceniu oklepanego systemu progresji opartego na punktach doświadczenia, przyprawionymi lootboksami z kosmetycznymi przedmiotami.

Trials Rising recenzja ps4 #1

Elastomania... mówi to wam coś?

Trialsy nigdy nie były skomplikowaną serią. Wrzucano nas do kolejnych tras, gdzie musieliśmy je przejechać od A do Z, najlepiej mieszcząc się w limicie czasowym, by zdobyć jak najlepszy medal. Siłą rozgrywki było świetne odwzorowanie fizyki i poczucie kontroli nad motocyklem. I to wszystko tutaj wraca i jest nawet lepsze, niż było kiedyś. Trials Fusion pokazuje, jak może wyglądać mniejsza gra, gdy więcej wpompowanej kasy przeznaczy się na usprawnienie rdzenia. Choć dorzucając łyżkę dziegciu do beczki miodu — dostosowanie całości pod system progresji oparty na punktach doświadczenia jest w moim odczuciu kompletnie zbędny i kilkukrotnie prowadzi do zbędnego grindu i wymęczonego powtarzania danych tras.

Wróćmy jednak do początku. Po odpaleniu gry i zaliczeniu pierwszego przejazdu tworzymy swoją postać, dostajemy pierwszego grata i stopniowo zaliczamy kolejne trasy, wykręcając w nich jak najlepsze czasy, co przekłada się na medale, a te — na ilość zdobywanych punktów doświadczenia. Po drodze dostajemy też monety, które potem wydamy na kolejne pojazdy lub — totalnie zbędne — przedmioty kosmetyczne. Z początku jest prosto, trasy są przyjemne i powolutku wprowadzają nas w manewrowanie motocyklem, uczą jak radzić sobie z przeszkodami. Powiedziałbym, że jest wręcz za sielankowo, zwłaszcza że 2-3 godziny później gra notuje znaczący skok poziomu trudności i tutaj mniej wytrwali mogą pierwszy raz zrezygnować.

Trials Rising recenzja ps4 #2

Na szczęście na ratunek przychodzi fantastyczny samouczek, który funkcjonuje tutaj jako Uniwersytet Trialsów. Całość podzielono na kilka zagadnień, które wpierw wyjaśniane są nam nad wyraz dokładnie filmikiem, a później lekcję zaliczamy sami, mogąc w każdej chwili włączyć podpowiedź, a towarzyszący nam obok profesor każdorazowo pokazuje jak dany problem pokonać. Tutaj jestem pod wielkim wrażeniem, bo niewiele gier potrafi przedstawić dokładny i wartościowy samouczek, który nie irytuje miliardem suchych komunikatów.

Dookoła świata na dwóch kółkach

Progresję w Trials Rising oparto o punkty doświadczenia, co jest w moim odczuciu nietrafionym pomysłem, bo w pewnym momencie natrafiamy na ścianę w postaci zbyt niskiego poziomu, by odblokować kolejne zawody, przez co zamykani jesteśmy w obrębie zaliczonej zawartości. A wartości punktowe za powtarzanie tych samych torów są za niskie. Tak więc ciułamy punkty doświadczenia, by odblokować kolejne duże zawody. Tych jest łącznie osiem, więc trochę czasu nam zejdzie, zanim zaliczymy całość.

Trials Rising recenzja ps4 #3

Poza standardowymi celami, czyli zalicz tor jak najszybciej, pojawiają się sponsorzy, którzy w zamian za wykonanie określonych czynności, obdarują nas przedmiotami kosmetycznymi, monetami i PD. Ten zabieg na szczęście oddalił trochę monotonię rozgrywki, podnosząc też w wielu momentach znacząco poziom trudności. Powiewem świeżości są zmieniające się non stop miejscówki. Przejedziemy się po tartaku w USA, podskoczymy do rosyjskiej bazy, po drodze zahaczając o okolice rzymskiego Koloseum, by wylądować na Hawajach po wcześniejszej przesiadce obok Wielkiego Muru. Twórcy bawią się lokacjami, serwując nam zmieniającą się perspektywę, przesuwającą się kamerę i ruchowe elementy trasy.

To na szczęście nie jest problemem, bo sama rozgrywka, tj. jeżdżenie motocyklem jest zrobione tip-top. Dokładnie wiemy, jak zareaguje nasza maszyna, gdy ją poznamy. Każdy ruch gałką, wychylenie postaci, dodanie gazu lub wciśnięcie hamulca. Wszystko zgodnie z zasadami fizyki, bez jawnego oszukiwania. Jeśli gdzieś zawalimy, to w 90% z naszej winy (bo do błędów jeszcze dojdę).

Trials Rising recenzja ps4 #4

A jeśli znudzi nam się jeżdżenie w trybie kariery, zawsze możemy wskoczyć i rywalizować w Sieci z innymi, odpalić tryb imprezowy lub... pobawić się w twórcę. Ekipa RedLynx oddała w nasze ręce edytor, w którym znajdziemy parę tysięcy obiektów, czekających na stworzenie najbardziej wykręconej trasy, jaka nam tylko przyjdzie do głowy. Edytor daje nam praktycznie nieograniczone w ramach rozgrywki możliwości, a całość możemy udostępnić innym, bez ograniczeń w dostępności na danej platformie.

Do ideału jednak brakuje

Gier idealnych nie ma, a Trials Rising swoje problemy ma. Przede wszystkim, tytuł wymaga połączenia z Siecią (rankingi, duchy innych i te sprawy), co ma niestety czasami negatywny wpływ na rozgrywkę. Otóż wystarczy, że serwery gry na chwilę się zakrztuszą, a gra nam zawiesza obraz, co — uwierzcie — doprowadza do szewskiej pasji, gdy akurat jesteśmy na dobrej drodze do pobicia swojego rekordu.

Trials Rising recenzja ps4 #5

Również niektóre trasy mają lekko przegiętą konstrukcję i problemy z detekcją kolizji. Kilkukrotnie wbiłem się motocyklem w jakiś obiekt i musiałem całość restartować. Parę razy moja postać haczyła o niewidzialne przeszkody, co oczywiście powodowało wywrotki. Frustrujące, bo zauważyłem, że najczęściej takie problemy są na torach, w których mocno stawia się na zręczne operowanie pojazdem.

Trialsy wróciły...

...choć tak na serio to nigdy od nas nie odeszły. Jednak Trials Rising to zwyżka formy i przykład, że czasami nie trzeba wymyślać koła na nowo, by zrobić grę nad wyraz dobrą, która od początków serii oferuje taką samą rozgrywkę.