Opowieść rozpoczynamy w momencie, gdy główny bohater budzi się w jednym z pokoi hotelu o nazwie Penrose. Po chwili odzywa się dziwne, przypominające lusterko urządzenie, które okazuje się być telefonem, a pojawiające się na jego ekranie wiadomości sugerują, że ktoś z naszym protagonistką próbuje się skontaktować. Po chwili słyszymy dzwonek do drzwi i widzimy, że to członek hotelowego personelu – dziwny jegomość z białą, pustą bryłą zamiast głowy, przypominający kukłę w smokingu. Pracownik Penrose wita protagonistę i zaprasza na śniadanie. Tym oto sposobem uruchamiamy zapętlający się cykl początkowo niewytłumaczalnych zdarzeń, wokół którego nakreślono fabułę The Spectrum Retreat.

The Spectrum Retreat #1

Tajemniczą osobą próbującą się z nami skontaktować jest kobieta o nazwisku Cooper. Sugeruje ona bohaterowi, iż został uwięziony w Penrose wbrew własnej woli, a cały hotel jest czymś w rodzaju symulacji, cokolwiek ma to oznaczać. Aby wydostać się z tego miejsca, powinniśmy jej zaufać i postępować według jej planu. Z wypowiedzi kobiety można szybko wywnioskować, iż wie ona sporo na temat hotelu, potrafi obejść pewne zabezpieczenia i, być może, jest lub była osobą zaangażowaną w stworzenie tego miejsca. Pomysł na tę postać przypomniał mi od razu grę Firewatch, głównie przez pomocniczkę, z którą protagonista regularnie się kontaktował. Gra aktorska osoby wcielającej się w Cooper jest równie dobra jak w dziele Campo Santo i to samo można rzec na temat pozostałych postaci – czy to pracowników hotelu, czy postaci ze wspomnień protagonisty.

Kontaktowanie się z Cooper to pierwsza z warstw narracji w grze, gdzie odwiedzamy kolejne miejsca w budynku i szukamy wskazówek skrywających kody dostępu. Dzięki czterocyfrowym kodom otworzymy z kolei drzwi prowadzące do serii łamigłówek, a ich ukończenie nagrodzi nas dostępem do kolejnego piętra hotelu – łącznie mamy ich pięć. Zagadki rozwiązujemy gdzie indziej i na czas ich wykonywania tracimy łączność z Cooper, lecz podczas tych sekwencji mamy pewne przebłyski pamięci i znajdujemy poszlaki.

The Spectrum Retreat #2

Do gustu przypadł mi pomysł ze wspomnianym wcześniej zapętlonym cyklem zdarzeń, który krok po kroku staramy się zaburzyć. Wygląda to tak, że w każdym z pięciu etapów wstajemy rano, zakreślamy w kalendarzu za każdym razem ten sam dzień, puka do nas członek hotelowego personelu, schodzimy na śniadanie, a następnie szukamy kodu zabezpieczającego drzwi. Po rozwiązaniu zagadek idziemy spać i wszystko zaczyna się od nowa. Niemniej z każdym kolejnym piętrem nasz bohater doznaje coraz bardziej szczegółowych przebłysków pamięci, a my poznajemy kolejne elementy układanki – w pewnym momencie również jego imię. Zabrakło mi tylko jednej rzeczy, a mianowicie większego poczucia zagrożenia wynikającego z dziwacznej, tajemniczej atmosfery hotelu Penrose i jego osobliwie wyglądających pracowników. Rozwój fabuły jest też nieco przewidywalny, lecz specjalnie mi to nie przeszkadzało.

Dan Smith zadbał również o to, aby gracza nie dopadło znużenie podczas przemierzania ciągle niemalże tych samych pomieszczeń. Wraz z postępami w fabule hotel się zmienia – a właściwie psuje. Te same zdania wypowiadane przez członków personelu, które słyszymy każdego dnia w identycznych sytuacjach, zaczynają tracić swoją melodyjność, potem się zacinają i zapętlają, pozbawiając wypowiedzi sensu, aż w końcu postacie przestają cokolwiek do nas mówić. To samo staje się z muzyką, która z każdym kolejnym etapem zalicza przemianę. Ciągle jednak dominuje w niej wpadający w ucho, świetnie skomponowany motyw główny, występujący w różnych wariacjach. Kolejne przydatne rozwiązanie pojawiło się też w samej eksploracji. W późniejszych etapach, kiedy musimy się szybko udać do miejsca w zbyt odległej części hotelu, gra zgrabnie teleportuje nas przez kluczowe punkty trasy, aby zaoszczędzić mozolnej wędrówki przez długie korytarze.

The Spectrum Retreat #3

Jak wspomniałem wcześniej, zagadki są dostępne za zabezpieczonymi kodem drzwiami, gdzie trafiamy do zupełnie innych lokacji niż luksusowy, przygotowany w stylu art deco hotel. Są to sterylne pomieszczenia z dziwnymi, hologramowymi przejściami oraz sześcianami o różnych kolorach. Zasady są banalne – urządzenie, przez które kontaktujemy się z Cooper, posiada również funkcję absorbowania barw ze wspomnianych kolorowych sześcianów. Pobrane kolory możemy aplikować do innych sześcianów, a zachowując je przy sobie, jesteśmy w stanie przechodzić przez przejścia. W jednym z kolejnych etapów zyskujemy także zdolność teleportacji pozwalającą pomknąć do określonego znacznika na ścianie, jeśli posiadamy odpowiedni kolor.

Od czwartego rozdziału jesteśmy również w stanie zmieniać grawitację w lokacji, aktywując specjalne panele i obracać tym samym miejscówkę o dziewięćdziesiąt stopni, co daje więcej opcji eksploracyjnych. Wspomniane zasady rozgrywki zostały połączone z głową i wraz z postępami w fabule trafiamy na coraz bardziej skomplikowane zagadki. Pomyłka sprawia natomiast, że jesteśmy zmuszeni powtarzać etap od nowa, lecz problemy odczułem dopiero w samej końcówce. Myślę, że dorzucenie jeszcze jednego lub dwóch poziomów z trudniejszymi zagadkami mogłoby wyjść grze na dobre, chociaż z drugiej strony fabuła stałaby się zbytnio rozwleczona.

The Spectrum Retreat #4

Odnośnie aspektów wizualnych, gra nie sprawi, że będziecie zbierać szczękę z podłogi, lecz jakość tekstur, modele postaci, wystrój pomieszczeń czy też wygląd etapów z łamigłówkami to całkiem przyzwoity poziom. W oprawie wyróżnia się za to świetnie przygotowane oświetlenie oraz cienie, co wzbogaca atmosferę rozmaitych miejsc światłem padającym z lamp, świetlików w dachu i okien. Kolorowe poświaty bijące od obiektów w lokacjach z łamigłówkami mogą za to służyć jako podpowiedzi, kiedy dany element jest czymś zasłonięty i normalnie byśmy go nie ujrzeli. Jakość grafiki nie powala, lecz zupełnie wystarczy, natomiast w kwestii muzyki postawiono na minimalizm. To, co słyszymy, to jednak rewelacyjna, pozostająca w pamięci kompozycja.

Najmocniejszą stroną przedsięwzięcia jest pomysł na połączenie wszystkich wyżej opisanych elementów w spójną całość. Mamy tutaj wymagające użycia szarych komórek łamigłówki oraz jedną, lecz niezwykle intrygującą lokację, którą wałkujemy wiele razy, co niespodziewanie okazało się mocną stroną produkcji. Jednocześnie postępy w opowieści, jak i nauka kolejnych mechanik świetnie ze sobą współgrają.

Grę do recenzji dostarczył nam wydawca.