Po "Klątwie Ozyrysa" wiedziałem już, że do czasu wydania sporego rozszerzenia w stylu "The Taken King" w Destiny 2 niewiele się zmieni. Co prawda Bungie wyłożyło przed nami plan rozwoju gry, ale raz – niewiele było tam zmian, które znacząco poprawią odczucia płynące z gry, i dwa – szybko poszczególne rzeczy zaliczyły poślizg. Bez zmian w terminach pojawił się za to drugi dodatek – "StrategOS" – za który Bungie woła sobie 84 złote. I podobnie jak w przypadku pierwszego DLC, cena jest przynajmniej dwukrotnie zbyt wysoka.

Destiny 2: StrategOS #1

"StrategOS" zabiera nas na Marsa, mamiąc zapowiedziami o rozwikłaniu zagadki najpotężniejszego StrategOS-a, o którym tyle w serii mówiono – Rasputina. Zapowiedzi mówiły o zbuntowaniu się potężnej maszyny, więc gdzieś tam miałem nadzieję, że nawet jeśli dodatek będzie krótki (i jest – jeśli się ociągamy, to zaliczenie misji zajmie nam dwie godziny), to jego historia zainteresuje i stworzy podwaliny pod to, co planuje Bungie. No i cóż. Klops.

"StrategOS" gdzieś tam ma jakieś chwilowe przebłyski z interesującymi informacjami, ale to tylko okruchy porozrzucane po świecie, które wyłapią najwięksi fani od dawna notujący każdą ciekawostkę, próbując poskładać poszatkowany przez problemy w dewelopingu obu gier Lore. I tak, Rasputin oraz to, co dzieje się w trakcie gry, są ważnymi elementami, podobnie jak postać Any Bray, która się pojawia. Ale to docenią tylko zapaleńcy, którzy i tak dodatek krytykują.

Destiny 2: StrategOS #2

Skoro nie fabuła, to może inna zawartość? Nie i nie. Znaczy się – owszem, Najazd, który pojawił się kilka dni po premierze, wydaje się być interesujący i przyciągnie ludzi na trochę dłużej, ale poza tym nie mamy niczego z sensem. Szturmy? Dwa, będące kompletnym recyklingiem obecnej zawartości, i jeden nowy, wyłącznie dla posiadaczy PS4. Aktywności w sandboksie? Protokół eskalacji, który i tak dla wielu będzie długo nieosiągalny z powodu wymogu wysokiego poziomu światła, posiadania zgranej grupy, która wie, co robi, i ogólnego poziomu trudności. Heroiczne Szturmy? Nimi nie ma co sobie głowy zawracać, bo nagrody nie są warte wysiłku, jaki trzeba włożyć.

Lepiej wypadają mapy, które pojawiły się w Tyglu, ale znowu – nie jest ich przesadnie dużo, a przez kilka dni zabawy na Playlistach jakoś gra nie była łaskawa za często mi ich wrzucać. Nowa broń? No, część jest fajna, choć jak zwykle poukrywana za długimi zadaniami. Ale na to nie narzekam, bo tu przynajmniej człowiek ma motywację, by coś w tej grze robić przez dłuższą chwilę.

Destiny 2: StrategOS #3

Destiny 2: StrategOS zebrałoby większe cięgi, gdyby nie jeden fakt – darmowe aktualizacje. Bungie od czasu "Klątwy Ozyrysa" wypuściło ich parę i uzupełniło grę o nową zawartość, zmieniając część rzeczy (choć główny rdzeń tego, co złe, nadal jest), odrobinę urozmaicając rozgrywkę. Czy to są zmiany przełomowe w stylu "The Taken King"? Nie. To drobnostki, które trochę udobruchają najwytrwalszych, ale nie zachęcą do powrotu.

Nie będę pisał, że Destiny 2 jest martwe (choć faktem jest, że sporo ludzi po prostu kompletnie olało grę), ale nie jest z nim za dobrze. Nachodzące jesienne rozszerzenie niesie na barkach ogromną odpowiedzialność. Od niego zależy znacznie więcej niż swego czasu od "The Taken King", któremu udało się zmienić opinię o Destiny. Tutaj Bungie ma znacznie trudniej i mam szczere obawy po tym, co do tej pory zobaczyłem, że im się uda. Studio wygląda tak, jakby po prostu nie bardzo wiedziało, co ma z grą zrobić. Bo jedyne, co wychodzi, to psucie m.in. płynności, która w dodatku często spada.

Gra recenzowana była na PS4 Pro

Kod do zrecenzowania dostarczyło Activision.