Po tym jak zasiadłem do ogrywania niniejszej gry, aż wstyd się przyznać, że przez blisko 10 lat nie ruszyłem oryginalnej wersji wydanej na PlayStation 2. Nikt jednak nie jest idealny, a zaległości warto nadrobić – tym bardziej jest to klasyk przystosowany do dzisiejszych standardów. Takie pominięcie genialnego tytułu ma też swoje plusy - wszystko jest dla mnie nowe, fascynujące i zachwycające.

Twórcy oddali do dyspozycji pięć grywalnych postaci: waleczną księżniczkę-walkirię Gwendolyn, starającego się odzyskać ludzką postać księcia Corneliusa, przywódczynię wróżek Mercedes, czarnego rycerza Oswalda oraz Velvet - ostatnią przedstawicielkę upadłego królestwa. Każdy z bohaterów dzierży potężną broń, dzięki której zyskuje widowiskowe umiejętności bojowe, a tych jest naprawdę dużo.

Jak wspomniałem wcześniej, akcja osadzona jest w baśniowym świecie bazującym na mitologii nordyckiej. Jednak nie spotkamy tutaj jedynie krasnoludów, elfów i tym podobnych przedstawicieli tamtejszych wierzeń. Są tu też zwierzęta wyglądem przypominające człowieka, silne bestie takie jak kroczące na dwóch nogach konie w zbrojach, gryfy czy nawet duchy, a także, jak na każdy świat fantasy przystało, nieumarli. Oczywiście jedni są wrogami, inni sojusznikami, a ich relacje z bohaterami zmieniają się bardzo dynamicznie.

Fabułę poznajemy z perspektywy dziewczynki czytającej kolejno opowieści o każdej z postaci. Na początku wydaje się, że są to odrębne historie, ale wraz z upływem czasu wszystkie księgi zazębiają się, tworząc opowiadanie przeplatane niesamowitymi zwrotami akcji, intrygami i zaskakującymi odkryciami. Obszarów w grze nie jest zbyt wiele lecz trafiając do tej samej krainy inną postacią zwiedzamy odrobinę różniące się, choć te same miejscówki, a też zamiary każdego bohatera są zgoła odmienne. Tak czy inaczej, każdy z rozdziałów kończy się walką z potężnym bossem.

System walki bardzo przypomina ten, który koneserzy gatunku side-scrollowych RPG-ów akcji kojarzą z tytułów takich jak Muramasa Rebirth (PS Vita), Dragon's Crown (PS Vita) czy Dust: An Elysian Tail (PS4). Oznacza to, że twórcy obdarowali każdą z postaci podstawowymi atakami z możliwością łączenia ich w silne kombinacje w zależności od kierunku ciosu. Ponadto wszyscy protagoniści dysponują magią związaną z żywiołami, dzięki czemu nawet najmniejszy pojedynek zyskuje na widowiskowości. Dzięki zachowaniu nieskazitelnie płynnej rozgrywki, walka jest bardzo efektowna, a ewentualna porażka jest wyłącznie wynikiem źle obranej taktyki.

Podobnie jak w oryginale (dostępnym jako dodatkowy tryb gry w odświeżonej wersji), tak i w Leifthrasir grafika jest ręcznie rysowanym arcydziełem. Jak przystało na gry wywodzące się z Japonii, wszystkie przedstawicielki płci pięknej mają dorodne biusty, a mężczyźni są albo zniewieściałymi chłopcami albo przerośniętymi mięśniakami. Jednym może to przeszkadzać, innym nie. W tej konkretnej opowieści taki zabieg jest jednak plusem, ponieważ jak to w baśniach bywa, książęta są piękni i młodzi, a królowie potężni i noszą brody. Pisząc o warstwie artystycznej, nie mogę nie wspomnieć o genialnej ścieżce dźwiękowej, która już od pierwszego włączenia gry wprowadza mistyczny nastrój dzięki delikatnym dźwiękom elfiej muzyki.

Niezależnie od tego, czy grało się w oryginał czy, podobnie jak ja, nie miało się wcześniej okazji, koniecznie trzeba poznać to dzieło ocierające się o perfekcję. Cieszy fakt, że gra jest dostępna na aż trzech platformach Sony i tak od tego genialnego tytułu nie można uciec. Po prostu trzeba zagrać.