Ostatnimi czasy w końcu zabrałem się za Everybody's Gone to the Rapture (PS4), które z powodzeniem mogę zaliczyć jako wzór do naśladowania, jeśli chodzi o wspomniane we wstępie „symulatory chodzenia”. Nawet niedawno recenzowane przeze mnie The Witness dobrze pasuje do powyższego gatunku z tego względu, że oprócz rozwiązywania zagadek logicznych, można zwiedzać tajemniczy świat malowniczej wyspy. Krótko mówiąc - lubię od czasu do czasu zagrać w takie pozornie nudne twory.

Grając w Gone Home (PS4) czułem się, jakbym oglądał amerykański film obyczajowy z okolic lat 90. ubiegłego wieku. Złudzenie to prawdopodobnie zostało spowodowane faktem, że sama akcja produkcji studia The Fullbright Company osadzona jest właśnie w tym okresie i traktuje o typowej młodej Amerykance, pragnącej zwiedzić kawałek świata. W związku z tym wyjeżdża na rok do Europy, a po powrocie do domu okazuje się, że nikogo w nim nie ma - ani śladu po rodzicach i młodszej siostrze.

Historię opuszczonego domu stopniowo poznawałem poprzez odnajdywanie mniej lub bardziej ukrytych dzienników w postaci różnych przedmiotów - dokumentów, strzępków papieru z notatkami czy zwyczajnych przedmiotów, które z pewnych względów mają szczególne znaczenie dla narratorki, którą okazuje się Sam - siostra głównej bohaterki. Muszę w tym miejscu przyznać, że jak na tak ograniczoną powierzchnię jednorodzinnego domu, twórcy bardzo dobrze wykorzystali niemalże każdy zakamarek. Nie zdradzając za wiele, znalazłem sporą ilość tajemnych przejść i skrytek ukrywających kolejne dzienniki.

Ciężko jest mi określić jednoznacznie, jak długa jest gra amerykańskiego dewelopera. Nastawiałem się na przygodę zamkniętą w 4-5 godzinach lecz gdy grałem pierwszy raz, po około godzinie nieoczekiwanie doszedłem do końca. Zdziwiłem się, ponieważ finałowa lokacja wcale na taką nie wygląda, a autorzy postanowili nie dawać żadnych jasnych wskazówek, gdzie i w jakiej kolejności mam się udać. Jako ciekawostkę napiszę, że jest trofeum za przejście tytułu w mniej niż jedną minutę. Wbrew pozorom nie jest to aż trudne zadanie i po kilku próbach w końcu mi się udało.

Gone Home (PS4) w kwestii oprawy graficznej nie prezentuje się jakoś wyjątkowo. Powiedziałbym, że wygląda dobrze jak na możliwości niezależnego studia. Natomiast zastosowane efekty takie jak błysk pioruna czy migotanie światła wywołały u mnie pewien niepokój, sprawiając, że kolejne kroki podejmowałem z większą ostrożnością. Niestety dużym minusem są dla mnie sporadyczne problemy z czernią w ciemnościach - przy domyślnych ustawieniach jasności czerń momentami jest ciemnozielona i migocze pomiędzy czernią a zielenią, co odwracało moją uwagę od narracji. Problem na szczęście rozwiązuje niewielka manipulacja suwakiem w opcjach graficznych. Pochwalić za to muszę efekty dźwiękowe. Doskonale było słychać każdy krok bohaterki czy zgrzyt desek z podłogi. Co prawda nie lubię muzyki z gatunku indie rock i punk, ale utwory tworzące ścieżkę dźwiękową stanowią bardzo dobre tło dla realiów i wydarzeń przestawionych w Gone Home (PS4). Wszystkie te elementy wykreowały unikalny klimat, który doprowadził do tego, że przeciągałem o kolejne dziesiątki minut odejście od tej gry.

The Fullbright Company udał się stworzyć całkiem niezły świat do eksploracji, zachowujący przy tym przyzwoity poziom narracji oraz nieskomplikowaną fabułę z dość niecodziennym zakończeniem, które nie wszyscy będą w stanie zaakceptować. Jak to często bywa przy produkcjach Indie kwota 84 złote jest zbyt wysoka w porównaniu do długości samej rozgrywki.