Założenie jest proste. Wchodzimy do labiryntu i mamy zabić głównego bossa, aby uwolnić uwięzione tam dusze. Labirynt odblokowuje się tuż po zabiciu jednego z bossów, Bestii. Należy iść do naszego niezastąpionego kowala – planarnego podróżnika, a on już postara się, abyśmy trafili tam gdzie trzeba.

Niestety poziom trudności labiryntu powoduje, że nie dość, iż zdecydowanie nie jest dla postaci ciężkozbrojnej, to wejście tam tuż po pokonaniu Bestii jest właściwie samobójstwem. Poziom trudności labiryntu jest na tyle wyśrubowany, że nie wyobrażam sobie, iż osoba chcąca pozostać przy zdrowych zmysłach wejdzie do niego dobrowolnie, tak jak zaplanowali to sobie twórcy. Wbrew pozorom to nie jest plus. Lords of the Fallen cechowało się raczej spokojniejszą rozgrywką, która nagle zmieniła się w maszynę do mielenia mięsa. Dodając do tego dyskryminację postaci w ciężkim pancerzu, polecam raczej obadać DLC dopiero w okolicach końca gry.

Można to traktować jako minus albo plus. Wyzwania nie są nieuczciwe - zwyczajnie labirynt nie jest dla jeszcze niewykoksanych postaci. Bardziej realnym problemem wydała mi się kwestia z nietłumaczeniem swojej mechaniki. Labirynt działa następująco - mamy trzy okręgi, a każdy z nich ma kilka pokoi. Z każdym okręgiem powiązana jest dźwignie. Jej użycie powoduje przetasowanie kół labiryntu. Czynność tą powtarzać musimy tak często, aż utorujemy sobie drogę do środka. Problem polega na tym, że podszedłem do tego DLC bez czytania poradników czy czegokolwiek. Efektem było to, że spędziłem dobre 30 minut, próbując zrozumieć, co właściwie twórca miał na myśli. Nie sądzę, że tak właśnie miało być. Nie pomagał też fakt, że nagle gra zmieniła swoje własne zasady, stawiając po bokach wejścia do labiryntu niewidzialne ściany, abyśmy sobie przez przypadek nie zrobili krzywdy. Przepisy BHP nie pozwalają czy co?

Kiedy zrozumiemy już mechanikę, to prujemy jak burza, aż do bossa. Tak szybko, że sensowną postacią przejście od A do Z całego labiryntu nie powinno zając nam dłużej niż 2 godziny. Jeśli zaś pobiegniemy do szefa od razu – maksymalnie 30 minut, i to wliczając samą walkę! Nie brzmi to zachęcająco. Tym bardziej, że większość przeciwników w labiryncie to te same potwory, które spotkaliśmy w podstawce. Mają tylko inne skórki i są oczywiście mocniejsi, ale zachowanie i sposób walki pozostał dokładnie ten sam. Na szkieleta z berdyszem i tarczą działała dokładnie ta sama taktyka, co na wielkich strażników z gry podstawowej. Podobnie zresztą było ze szkieletem łotrzykiem, szkieletem łucznikiem, magiem… to już wszystko było. Nowością okazał się duch wojownika z ciężkim młotem, ale niestety nie oczekujcie wielu takich rzeczy.

Wystrój labiryntu jest przeraźliwie monotematyczny i szybko nuży. Największym bólem jest to, że zdobyte skarby nie zrekompensują nam naszych zmagań. Przeraźliwa bolączka tego typu gier. Skoro już mordujemy się, żeby przejść to wszystko, to naprawdę nie obraziłbym się za jakieś unikatowe przedmioty, a nie tarcze czy inne klamoty, które ustępują temu, co do tej pory znaleźliśmy.

Wartym uwagi jest boss końcowy, czyli Opiekun. Sama walka jest przekombinowana do granic możliwości, ale… polubiłem ją. Słyszałem, że wielu fanatyków Soulsów nienawidzi wszelkich puzzle fightów, co oznacza, że prawdopodobnie zaliczam się do tego wąskiego grona, któremu one nie przeszkadzają. Pojedynek z Opiekunem jest bardzo wymagający, ale jeśli będziemy cierpliwi oraz, przede wszystkim, przygotowani, to mamy szansę na dwa kwadranse zabawy w odgadywanie, jak należy tego bossa pokonać. Można się oczywiście przyczepić, że rozgrywka oparta o zmuszenie gracza do prób i błędów jest nieuczciwa (niemal na pewno zginiemy kilka razy, niezależnie od tego, co zrobimy), ale biorąc pod uwagę, że punkt zapisu jest bardzo blisko, jestem w stanie przymknąć na to oko. Mimo wszystko dobrze się bawiłem, rozgryzając punkt po punkcie każdą fazę walki.

W dużej mierze ciągle narzekam w tym tekście, ale patrząc już na chłodno, to nie jest tak źle. Powiedziałbym, że rozszerzenie samo w sobie jest poprawne i to chyba najlepiej dobrane słowo. Ostatecznie dostajemy ciekawą walkę z bossem i interesujący koncept labiryntu. Problem tkwi w szczegółach, a w tym wypadku jest to wykonanie. Chętnie zobaczyłbym więcej unikalnych przeciwników, a nie przerobione stwory z podstawki. Z miłą chęcią wyszedłbym też z tego labiryntu z workiem przydatnych przedmiotów, a nie tylko z satysfakcją z zabicia głównego niemilca. Z drugiej jednak strony labirynt jest dobrym miejscem do zwiększenia poziomu doświadczenia, gdyż doświadczenie z potworów sypie się niczym manna z nieba. Sama budowa lokacji świetnie wspiera właśnie kokszenie. I tu pozostaje ocena oraz pytanie, czy labirynt jest warty zakupu. Po przeczytaniu tego tekstu wiecie już mniej więcej, jak on wygląda, więc też nie będziecie mieli pewnych problemów, które ja miałem. Wydaję mi się, że najlepiej na to pytanie odpowie sobie każdy sam. Ja, wiedząc to wszystko, poczekałbym na wyjście wszystkich kolejnych rozszerzeń i dopiero wtedy ewentualnie dokonał zakupu w niższej cenie.