Sony wychodząc nam naprzeciw postanowiło dać zielone światło czwartej odsłonie gry, która gdzieś po drodze zgubiła numerek. Pałeczkę od Sucker Punch przejęła ekipa Sanzaru Games, która nie miała łatwego zadania. Platformówki AAA to gatunek wymierający i stworzyć coś, co przyciągnie graczy na nowo jest wielką sztuką. Sztuką, która się o dziwo udała aż za dobrze. Bo Sly Cooper: Złodzieje w Czasie siedzi w czytniku mojej konsoli i za nic w świecie nie chce z niej wyjść.

Sanzaru, mimo że niedoświadczone, to jednocześnie pełne pasji i oddania projektowi, którym się im przyszło zająć. Widać to w większości elementów, które w gatunku platformówek mają na celu nakarmienie nas miodem płynącym z ich produkcji. Powiedzmy sobie wprost już na samym starcie – Sly Cooper: Złodzieje w Czasie to kawał świetnej produkcji, która pokazuje, że można stworzyć dobrą platformówkę wrzucając do niej parę ciekawych rozwiązań. Ba, nawet grafika nie musi być ultra realistyczna by komuś mogła się spodobać. Zacznę wyjątkowo od najmniej ważnej rzeczy w przypadku tej produkcji – oprawy wizualnej. Zastosowanie techniki cell-shadingu nie jest niczym nowym zarówno na rynku gier, jak i samej serii, która od początku hołduje temu filtrowi. Jednak pomyli się ten, kto uzna, że PS2 dałoby radę pociągnąć to co widzimy na ekranie naszych telewizorów. Zapomnieć można o kanciatych modelach postaci, które może i miały swój kreskówkowy urok, ale jednak nie bardzo pasowały na konsolę szczycąca się mianem sprzętu od HD. Oczywiście radość naszych oczu zależy głównie od rozdziału w którym się znajdujemy (tak, średniowieczna Anglia jest brzydka, nie to co Dziki Zachód) i stylu jaki nam się prezentuje. Im bardziej kolorowo – tym gra wygląda lepiej. W ciemnych fragmentach gry mamy wrażenie, że tekstury zlewają się w większą kupę, ale to nic co może faktycznie przeszkadzać.

sly1

Na osobne wyróżnienie zasługują oczywiście scenki – zarówno te na silniku gry – ale głównie te wcześniej prerenderowane. Gdybym mógł mieć prośbę – to poprosiłbym o wypuszczenie serialu animowanego z przygodami Sly'a. Ręcznie rysowane scenki na myśl przywodzą najśliczniejsze bajki, które oglądać mogliśmy w dzieciństwie (jeśli ktoś ma ponad 20 lat i pamięta stare Cartoon Network). Scenki te są również miejscem w których najlepiej wypada nasz polski Sly czyli Jarosław Boberek. Jego obecność była pewna po wystąpieniu w PlayStation All-Stars i sam byłem ciekaw jak wypadnie w całokształcie, a nie tylko pojedynczych kwestiach. Niestety, pan Jarosław jest bardzo nierówny w swojej roli O ile narracja w scenkach przerywnikowych wychodzi mu bardzo dobrze, tak część jego kwestii mówiona jest bardzo średnio, zupełnie jak nie on. Duże kontrowersje wzbudzić może także Bentley, któremu zaaplikowano skrzeczący głos gdy w oryginalne jest sepleniącym się geniuszem. Z drugiej strony mamy tak dobrze zagrane postaci jak Carmelita, przodkowie Sly'a (Sir Galleth jest dla mnie mistrzowski) czy też niektórzy ze złoczyńców. W kwestii tekstu polonizacja wypada bardzo dobrze, ale jest równie niekonsekwentna – brak tłumaczenia niektórych nazw własnych czy brak odmiany wyrazów przez przypadki razi aż zanadto.

Jak już pastwimy się nad błędami, to by zamknąć ten temat ponarzekam jeszcze na idiotyczną detekcję kolizji, która czasami prowadzi to tak absurdalnych sytuacji, że ślizgamy się w powietrzu jeśli skoczymy tam, gdzie nie przewidzieli tego twórcy, nawet jeśli... jest to budynek na środku mapy. Tak, w platformówce to dosyć poważny problem i owszem, rozumiem mechanikę gry, gdzie stawia się na skakanie „z kółkiem” po wybranych elementach, ale uwierzcie, takie ograniczanie swobody jest po prostu głupie.

sly2

Na szczęście pozostałe elementy sprawują się bardzo dobrze i są z rozplanowane z pomysłem. W każdym z rozdziałów dziejącym się w innej epoce wskakujemy na dzień dobry w naszą kryjówkę, gdzie możemy poprzeglądać zdobyte skarby lub wybrać to, kim będziemy grać. A ta decyzja ma wpływ nie tylko na to jak będziemy grali, ale także na dotarcie do niedostępnych miejsc. Jeśli jednak będziemy podążać zgodnie z zamysłem misji – i tak będziemy musieli rotować bohaterami. Już po wyborze trafiamy do bardzo dużej planszy, pełniącej rolę huba z dostępem do misji, które aktywujemy po dotarciu do odpowiedniego miejsca. Zanim to zrobimy możemy eksplorować całość i szukać ukrytych skarbów, butelek czy masek szopa. Powróciło także zbieranie monet za które wykupujemy na Thiefnecie dodatkowe umiejętności dla każdego z bohaterów. Oczywiście jest to opcjonalne, podobnie jak zbieractwo, ale gra aż prosi się by kompletnie zlać cel misji i pomyszkować w poszukiwaniu świecidełek. I co ważniejsze – to się nie nudzi, pożera nam bardzo dużo czasu i czasami zmusza do główkowania (i czasami backtrackingu). Razić może jedynie umowna inteligencja naszych przeciwników, których możemy okradać, ale takie było założenie i do tego trzeba przywyknąć.

Parę patentów wypada bardzo fajnie – zwłaszcza te ze zmienianiem strojów, które dają nam dodatkowe zdolności gdy gramy szopem. Także dodatkowe umiejętności o których wspomniałem wcześniej są miłym urozmaiceniem i często ułatwieniem w walce, która o dziwo dla wielu – poza bossami jest kompletnie opcjonalna. Gdy się uprzemy – to poza starciami z konkretnymi przeciwnikami nie musimy walczyć ani razu (chyba, że akurat tego wymaga od nas scenariusz). Cieszy także możliwość dowolnego powtarzania misji i podróży po poszczególnych epokach nawet po ukończeniu gry. Nikt nam niczego nie narzuca, nie rozkazuje nam i daje wielką swobodę działania. Za to ogromne kudosy. Niektórych nie spodobają się minigry w trakcie hackowania Bentleya, ale ten element jest świetnym przerywnikiem między misjami i bardzo ładnie rozbija monolit jakim jest kolejne wykonywanie zadań, które mimo swojej różnorodności – swoje schematy mają. Ba, nawet pojedynki z bossami zrobione są z jajem i pomysłem, co mnie ogromnie ucieszyło gdy zamiast kolejnego strzelania do siebie w nieskończoność mamy rytmiczne zadania (tańczący Murray w przebraniu gejszy mnie pokonał) czy zręcznościowe momenty.

sly3

Sly Cooper: Złodzieje w Czasie jest pokazem środkowego palca dla każdego, kto chciałby pogrzebać gatunek gier platformowych. Sanzaru Games udało się przejąć pałeczkę od Sucker Punch bezboleśnie i dostarczyło nam produkt w który trzeba zagrać jeśli jest się fanem tego gatunku. A nawet jeśli go nie wielbimy, to warto grze dać szansę i odpocząć sobie od tych wszystkich gier akcji pozbawionych jajcarskiego humoru, bo tego tutaj nie brakuje. Gra ponadto wspiera funkcję cross-buy (kupując grę na PS3, na PSV masz za darmo) oraz cross-save (przenoszenie zapisu między wersjami), więc możecie się nawet skusić na wersję przenośną. I rozumiem, że w dobie ogólnego podniecenia nowym Bioshockiem można nie mieć czasu, ale grzechem jest olanie Sly Coopera.