Odpowiedzialne za grę Motion Twin istnieje na rynku już od dobrych 17 lat, lecz jak do tej pory tworzyło tylko darmowe gierki przeglądarkowe oraz mobilne, które to w przeciągu tych kilkunastu lat, dały deweloperom aż 4 miliony euro przychodu. Za takie pieniądze można zacząć już poważny projekt, a tym dla francuskiej ekipy stał się Dead Cells.

Po raz pierwszy mogliśmy ujrzeć ten tytuł we wczesnym dostępie w maju 2017 roku i od tego momentu aż do dnia premiery, rogalik sprzedał się w nakładzie prawie 750 tysiącach kopii, co już jest powalającym sukcesem jak na 12-to osobowy zespół. Teraz gra wyszła w swojej pełnej wersji na PS4, Xbox One, Nintendo Switch i będzie czarnym koniem tego miesiąca – a może nawet i roku?

Ta wyspa żyje?

Dead Cells już na pierwszy wygląda intrygująco. Wcielamy się tu bowiem z bezimiennego więźnia bez głowy, którego ciało można teoretycznie zniszczyć, lecz jego dusza jest nieśmiertelna. Miejscem akcji gry jest tajemnicza nienazwana wyspa, która to skrywa mnóstwo niesamowicie ciekawych sekretów i za każdym razem, gdy nasz bohater umiera, zmienia swoją strukturę.

W związku z tym, że jesteśmy teoretycznie nieśmiertelni, każdy zgon wiąże się z tym, że z grubej rury spada na ziemię dziwny zielony glut, wchodzi w nasze ciało i ożywia więźnia. Nie wiemy kim jesteśmy, skąd pochodzimy, ani nawet dlaczego skończyliśmy w tak paskudnym miejscu. To wszystko w iście soulsowym stylu, musimy odkryć sami. Dlaczego napisałem soulsowym?

Nawiązuje w tym momencie do stylu, w jakim From Software prezentuje nam historię swoich światów – enigmatyczne wypowiedzi postaci, niezliczona liczba tajemnic i niemówiące zbyt wiele skrawki informacji. Oto, co was czeka podczas odkrywania tej historii – choć jeśli zaczniecie łączyć ze sobą niektóre wątki, dosyć szybko dojdziecie do pewnych bardzo konkretnych teorii na temat zakończenia.

Na swojej drodze spotkamy oczywiście kilkoro widocznych NPC, z którymi to można pogadać i uzyskać od nich pomoc. Znacznie mniej oczywiste jest zaś to, że w każdym z przemierzanych labiryntów możemy zapukać w dowolne drzwi i niestety, mimo że każdy nas zna, nikt nie chce nam pomóc, a niektórzy nawet są do nas wrogo nastawieni.

150% satysfakcji

Pod kątem rozgrywki Dead Cells jest jedną z najbardziej satysfakcjonujących gier w jakie dane było mi grać od dłuższego czasu i śmiało mogę postawić radość płynącą z obcowania z dziełem Motion Twin, do tej jaką czerpałem z nowego God of Wara. Niektórzy powiedzą, że to porównanie na wyrost i bez sensu, ale uwierzcie mi, ta gra jest fantastyczna.

Francuzi przygotowali nam połączenie elementów charakterystycznych dla produkcji typu rogue-like z najlepszymi cechami wziętymi wprost z metroidvanii. Najwięcej Dead Cells zawdzięcza świetnie zaprojektowanemu systemowi walki, gdyż ten stawia spory nacisk na dynamikę i różnorodność obieranych taktyk. Za każdym razem gdy zaczynamy nową grę jesteśmy wyposażeni w miecz, flaszkę zdrowia i przed wejściem na teren wyspy mamy do wyboru broń zasięgową bądź tarczę – tutaj musimy wybrać tylko jedno z nich.

Przez pierwsze parę godzin będzie to podstawowy łuk i jakaś dziadowska drewniana tarcza, lecz z czasem, gdy odkryjemy schematy nowych broni i wykupimy stosowne ulepszenie zapewnimy sobie dodatkową nutkę niespodzianki. Gra dobiera nam bowiem losowy oręż zasięgowy (łuk bądź czary) bądź losową tarczą – wszystko oczywiście z tego co odblokujemy dzięki zbieranym „komórkom”.

Tytuł jaki wybrali dla swojej gry Francuzi nie jest przypadkowy i jest swoistą zabawą słowem. Cell z angielskiego oznacza bowiem zarówno więzienną celę jak i komórkę składającą się na budowę ciał organicznych. Zbierając zatem tytułowe komórki możemy je wydać u specjalnego sklepikarza, który to ulepszy dla nas jakiś wybrany przez nas element naszej egzystencji.

Za każdym wejściem do sal przejściowych pomiędzy poziomami, musimy wydać wszystko co wydobyliśmy z wrogów, a trzeba przyznać, że jest do kupować. Nie dość że mamy możliwość zgarnięcia permanentnych ulepszeń, to jeszcze odblokowujemy znalezione schematy. A aby tego było mało, w sekretnych strefach, również za komórki, możemy powiększyć szansę na wypadnięcie lepszego sprzętu na samym polu walki.

Zabij, zgiń, naucz się, powtórz

Esencją rogalików jest przede wszystkim to, że z każdą naszą kolejną próbą przejścia gry, uczymy się na swoich błędach. Pierwsze kilka podejść nie pozwoli Wam zapewne zajść dalej niż do powiedzmy końcówki pierwszej dużej lokacji, lecz zaś po 10-15 próbach będziecie w stanie dotrzeć do trzeciego a może nawet i czwartego segmentu wyspy.

Warto być wytrwałym i cierpliwym, albowiem deweloperzy są wobec nas bardzo uczciwi i nawet początkowa sekcja rozgrzewająca pozwala zebrać do 10 komórek, aby choć troszkę podbić nasze statystyki. Im więcej czasu spędzicie z grą tym lepsze rezultaty będziecie osiągać i więcej odwagi zaczniecie nabierać – a jest ona bardzo ważna, albowiem deweloperzy nie lubią chyba maruderów ociągających się z zabawą.

Oczywiście jeśli chcecie dać sobie chwilę i wylizać każdy zakamarek zwiedzanych lokacji, macie taką możliwość, jednakże odcinacie się wtedy od specjalnych drzwi, jakie zamykają się po upływie pewnego określonego czasu – a tam z kolei są bardzo fajne nagrody. Dodatkowym aspektem promującym odwagę i szybkie działania gracza jest sama walka i nasi przeciwnicy, albowiem często bywa tak, że nie patyczkują się z nami i jeśli już zostaniemy zauważeni, będą nas ścigać dopóki nie dopadną.

Na szczęście ekipa Motion Twin oddała w nasze ręce bardzo bogaty wachlarz broni, więc spokojnie, macie szansę skopać zadek każdego przeciwnika, a wasz sukces czy porażka zależą w głównej mierze od waszych umiejętności. Do dyspozycji mamy różnego rodzaju miecze, bicze z żywiołami, rękawice strzelające pociskami przy wyprowadzaniu ciosów wręcz, takie same buty, łuki, czary, tarcze, granaty, pułapki czy nawet malutkie ostrza.

Na naszej drodze zaś staną zielone zombiaki, łucznicy, żołnierze z różowymi bombami, szybcy zabójcy z dwoma ostrzami, jakieś pajęczaki, latające zmutowane nietoperze, czy inne maszkary, jakich po prostu zdradzać nie chcę. Wspominałem już o wydawaniu komórek, lecz musicie wiedzieć, że w efektywny sposób możemy spożytkować także zbierane złoto.

To wyrzucimy przy okazjonalnych spotkaniach z handlarzami pochowanymi wewnątrz lochów, na otwieranie przeklętych drzwi z sekretami, czy też na reset mutagenów, jakie musimy wziąć ze sobą na początku każdego poziomu. Te zaś dają nam na przykład drugą szansę jak zginiemy, większy DPS, regenerację zdrowia i inne tymczasowe bajery.

Soczyste detale

Jednym z tych elementów, które najbardziej wpływają na poczucie satysfakcji płynącej z rozgrywki jest dbałość o bardzo drobne i często pomijane przez innych deweloperów detale. Jakość wykonania animacji oraz udźwiękowienia Dead Cells jest wprost świetna!

Każdy wyprowadzany cios daje wrażenie odpowiedniej lekkości bądź też ciężkości dzierżonej broni, zaś odgłosy z jakimi wbijamy się w cielska wrogów sprawiają, że niemalże czujemy jak stal przebija się przez ich wnętrzności. Nigdy chyba nie sprawiało mi tyle radości przebijanie się przez drzwi na piątym biegu i wpadanie w grupkę nieprzyjaciół z szałem w oczach – a to wszystko dzięki temu, że dźwięk rozbijanych wrót aż zachęcał do pójścia za ciosem.

No i to świetne ułożenie sekretów. Nie raz udało mi się dojrzeć ukrytą za przeszkodą ścieżkę prowadzącą do tajemnego pokoju, co daje sporo frajdy płynącej z eksploracji, a gdybym przez przypadek nie wcisnął R1 w pewnym miejscu, w ogóle bym się nie zorientował, że w podłodze i ścianach ukryto kostki z nagrodami.

Dead Cells pokochałem niemalże od pierwszego wejrzenia, a po następnych 15 minutach rozgrywki wiedziałem, że zarwę przy tym tytule niejedną noc. Francuskie Motion Twin perfekcyjnie powiązało ze sobą charakterystykę gatunku rogue-like, najlepsze elementy metroidvanii, klimatyczną muzykę i zachęcającą do stopniowego odkrywania fabułę. Jest to zdecydowanie największy kandydat do tytułu niezależnej gry roku i pretendent do zostania kolejnym indyczym superhitem.