72 godziny (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Kiedyś trzeba się w końcu zestarzeć
Joe jest czterdziestoletnim specem od reklamy, który powoli zaczyna tracić więź z odbiorcami swojego produktu. Kiedy przypadkiem wprasza się na wieczór kawalerski dwa razy młodszego od siebie chłopaka, postanawia wykorzystać sytuację i poprawić swoją sytuację zawodową.
Mam ostatnio talent do wybierania niskich lotów komedii z bardzo charakterystycznymi aktorami. Ostatnio był „Dink”, później „Hawk”, teraz „72 godziny”, a więc nowa propozycja z Kevinem Hartem, aktorem z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem, uznanym komikiem, którego cała kariera obecnie oscyluje wokół jednego, prostego motywu – być małym i głośnym.
Jasne, jego pierwsze role, jak w trzecim „Strasznym filmie” nie zapowiadały, że stanie się on królem wielkiego ekranu, ale w początkowych latach kariery był on jeszcze całkiem intrygującą postacią. Cała jego komedia kręciła się wokół faktu, że jest niskim człowiekiem, któremu różnie się w życiu wiedzie. „I'm a grown little man” z 2009 pokazało o co mu chodzi, podczas gdy „Laugh at my pain” odsłoniło jego człowieczeństwo. Z początku Hollywood widziało go głównie jako gościa, który wchodzi na kilka scen, staje się progresywnie głośniejszy, podczas gdy sytuacja robi się dziwniejsza, po czym znika – krótko i skutecznie. Miał też kilka dobrych ról, które pokazały jego bardziej poważną stronę. „Fatherhood” i „the Upside” mogły być trampoliną do czegoś bardziej ambitnego, lecz wygrała persona głośnego kurdupla, tak kasowa, kiedy został spasowany z Dwayne'em Johnsonem. Rzecz w tym, że jeszcze wspólnie, chłopaki jakoś tam się równoważą, więc da się ich oglądać. Co jednak, kiedy dostajemy samego Harta? Jeśli „spuścić go ze smyczy”, efekt jest bolesny, jak „Czas dla siebie” sprzed czterech lat. Potrzebny jest reżyser z odpowiednim scenariuszem, który będzie wiedział, jak dawkować swoją gwiazdę, aby nie przedobrzyć. Czy sztuka ta udała się Timowi Story? Cóż...
72 godziny (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Zaskakująco uroczy przekaz
W scenariuszu Jona Hurwitza i Haydena Schlossberga zdecydowanie słychać echa klasycznego już dzisiaj „Kac Vegas” - grupa znajomych bawi się na wieczorze kawalerskim w dużym mieście, po drodze ładując się w tarapaty, gubiąc w pewnym momencie pana młodego, zadzierając z gangsterami i co tam jeszcze. Tak jakby ktoś wypisał sobie wszystkie najważniejsze bity tamtego filmu i postanowił przepisać je w zmieniony sposób. I tak jak może to być zdecydowanie odebrane jako słaba zagrywka, tak przyznać wypada, że spora część z tego, co tu widzimy jest na swój sposób skuteczna. Nie wszystko, oczywiście, ale prócz głupkowatej komedii jest tu wystarczająco dużo serca, by usprawiedliwić seans całości.
Jest to w dużej mierze historia o dojrzewaniu do odpowiedzialności. Nasz główny bohater, Joe (Hart), zrobił karierę w reklamie, lecz w drodze na szczyt poświęcił wiele innych, ważnych spraw. Mieszka z dziewczyną, Jennifer (Teyana Taylor), ale mimo siwizny wchodzącej powoli na głowę, nie myśli nawet nad tym, by może się z nią ustatkować – fakt skrzętnie przez nią odnotowany. Wśród młodzieży, widzimy dwie postacie, które symbolizują jego możliwą przyszłość (paradoksalnie). Mason (Mason Gooding) wiedział, że kocha swoją narzeczoną praktycznie od samego początku ich znajomości i nie czekał zbyt długo by się jej oświadczyć. Jest zdecydowany, wie czego chce i działa w tym kierunku, co osłabiło jego przyjaźń z Nickiem (Marcello Hernandez), wiecznie bezrobotnym, pragnącym się bawić, zdolnym, ale nieskończenie leniwym byczkiem. To więź między tą trójką i to, co z niej wynika, jest najważniejszym elementem filmu, lecz pozostali chłopcy również są tematycznie odpowiedni. Freshman (Kam Patterson) ma wiele zainteresowań i jest poliglotą, ale boi się o tym mówić i wykorzystywać swoje umiejętności, bo koledzy będą się śmiać. Z kolei Hunter (Ben Marshall) jest wiecznie przestraszonym, pozbawionym jakiejkolwiek pewności siebie chłopakiem, który musi się nauczyć wierzyć w siebie. Tematycznie wszystko się spina.
72 godziny (2026) – recenzja, opinia o filmie [Netflix]. Trudna sztuka komedii
Warstwa komediowa to ten element filmu, który najtrudniej jest uczciwie ocenić, ponieważ komedia jest z natury czymś bardzo subiektywnym. Jednego fakt, że chłopaki dryfują trzymając się wielkich, wielorybich penisów będzie bawił, a innych nie. Kevin Hart z kolosalnie spuchniętą twarzą też może wydać się komuś przezabawnym widokiem, podczas gdy inni spojrzą jedynie z litością i zastanowią się, gdzie tu niby jest humor. Osobiście całkiem regularnie śmiałem się z kolejnych zwariowanych sytuacji, a i dialogi potrafią raz na jakiś czas szczerze rozbawić – bardzo dobrze podkreślając przy tym charaktery poszczególnych postaci. Tym, co bardzo trudno było przeboleć, była natomiast postać Ricardo, czyli swoiste alter-ego Joe, kiedy jest on pod wpływem kolumbijskiego proszku. Tak jak Spanglish w jego wykonaniu jest jeszcze z początku całkiem zabawny, tak bardzo szybko okazuje się, że jest to właściwie jedyne, co ta „nowa postać” ma do zaoferowania. Jest to o tyle bolesny fakt, że Ricardo pojawia się w filmie dwukrotnie, za każdym razem na ładnych kilka minut skupiając całą uwagę na sobie.
Największym problemem filmu jest to, jak wymuszony w wielu miejscach jest jego scenariusz. Już sam fakt, że Joe postanawia nagrywać swoich nowych kolegów z ukrycia, żeby później zrobić sobie na nich marketing jest dosyć absurdalny – oczywista podbudówka pod późniejszy rozłam przyjaźni, bo drugi akt musi zakończyć się wielkim dramatem, jak to zwykle bywa w trójaktowej strukturze – ale to wcale nie wszystko. Niemalże wszystko w tym filmie dzieje się „przez przypadek”. Chłopaki przypadkiem zapraszają Joe na kawalerski. Później przez przypadek lądują akurat w domu barona narkotykowego i równie przypadkowo kradną mu kokainę. Mógłbym tak wymieniać praktycznie od początku do końca, ale nie chcę tu opowiadać całego filmu. Starczy powiedzieć, że praktycznie nic w tym filmie nie dzieje się z woli bohaterów, a pomimo nim, przez co cała opowieść staje się bardzo chaotyczna i nieskoncentrowana. Dobrze, że jakkolwiek trzyma ją w ryzach ten motyw dojrzewania.
Koniec końców, „72 godziny” to amerykańska komedia jakich wiele – często raczej umiarkowanie śmieszna, z małym i głośnym Kevinem Hartem pakującym się w coraz to większe tarapaty przez własną głupotę – lecz windowana nieco w górę za sprawą zgrabnego i uroczego motywu przewodniego, który jakimś cudem trzyma cały ten narracyjny i komediowy chaos w kupie. Nie jest to raczej film, do którego kiedykolwiek wrócę, ale nie żałuję, że go obejrzałem.
Atuty
- Motyw dojrzewania;
- Przaśny, ale często skuteczny humor;
- Hart, Hernandez i Gooding tworzą solidne trio;
- Szalone tempo.
Wady
- Bardzo chaotycznie prowadzona, pełna losowości narracja;
- Rynsztokowy humor nie każdemu podejdzie;
- Ostatecznie mocno naciągany wątek gangsterski;
- „Mamy Kac Vegas w domu”.
„72 godziny” to bardzo typowa, młodzieżowa komedia amerykańska, z wszystkimi tego wadami i zaletami, ciągnięta w górę spójnym, pełnym serca motywem przewodnim. Jeśli lubisz Kevina Harta i humor niskich lotów, możesz sprawdzić.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych