R.J. Decker (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Prywatny detektyw na tropie
R.J. Decker był fotografem dla jednej z gazet sprzedawanych na Florydzie. Pewnego dnia zobaczył młodego chłopaka, kradnącego aparaty z jego auta. Działając w emocjach, użył odrobinę za dużo siły przy obezwładnianiu go, za co poszedł siedzieć na osiemnaście długich miesięcy. Po wyjściu, postanowił zostać prywatnym detektywem aby spróbować pomóc ludziom, którzy faktycznie tego potrzebują.
Postać prywatnego detektywa z przeszłością stworzona została przez amerykańskiego pisarza, Carla Hiaasena, w 1987 roku. Nazwisko to może kojarzyć się osobom wychowanym około lat dziewięćdziesiątych. To na podstawie jego twórczości powstały filmy takie jak „Striptiz” z Demi Moore czy młodzieżowe „Sowie pole” z 2006. Od czasu swojego debiutu w „Double Whammy”, R.J. Decker był wspominany w innych książkach autora, ale głównym bohaterem dotąd nie był już ani razu. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, blisko czterdziestoletnia już książka nie ma jednak zbyt wiele wspólnego z dzisiejszym serialem. Nie jest jednak tak, że „R.J. Decker” sprawia wrażenie bycia kompletnie świeżym pomysłem.
Trudno nie zauważyć pewnych podobieństw między przyjętym tu stylem, a netflixowym „Prawnikiem z Lincolna”, na podstawie książek Michaela Connelly'ego. W obu przypadkach dostajemy cwanego, zaradnego obrońcę prawa po przejściach, który regularnie musi współpracować ze swoją byłą żoną i jej obecnym partnerem, aby sprawiedliwości mogło stać się zadość. Do tego, oba seriale rozgrywają się w bardzo słonecznych, plażowych, choć geograficznie odległych stanach Kalifornii oraz Florydy. Ich największą różnicą – strukturalnie – jest fakt, że serial czerwonego N opowiada jedną, względnie spójną i wielowątkową fabułę przez cały sezon, podczas gdy „R.J. Decker” przez znakomitą większość swojego sezonu był prawie jak „Columbo” czy niedawny „Poker Face” od Riana Johnsona – dopiero bliżej końca przypominając sobie o swoich początkach i próbując jakoś związać je, tworząc przy tym złudzenie spójności.
R.J. Decker (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Szalone, ale uczciwe zagadki
Poszczególne odcinki rozgrywają się według podobnego schematu. Decker (Scott Speedman) zajmuje się swoimi sprawami, kiedy nagle spada mu na kolana nowa fucha - czasami zadzwoni telefon, innym razem był akurat na miejscu i zajmował się czymś innym. Doszło do morderstwa! Zaczyna się więc rozmawianie ze świadkami, zbieranie listy podejrzanych. Po drodze ktoś zapewne będzie mu groził lub zostanie nawet zaatakowany, co tylko upewni go, że znajduje się na właściwym tropie. Z pomocą logiki oraz grupy przyjaciół, o których opowiem za chwilę, dociera w końcu do prawdy. I tak dziewięć razy i bum, koniec sezonu.
Tym, co przypadło mi do gustu, jest relatywna uczciwość scenarzystów w stosunku do widza. Po drodze widzimy i słyszymy praktycznie wszystko to, czego dowiadują się nasi bohaterowie i dostajemy szansę na samodzielne połączenie kropek przed ostatecznym rozwiązaniem. Jasne, my musimy błądzić po omacku, podczas gdy Decker pójdzie zapewne i dobije mordercę jeszcze jakimś jednym, dodatkowym, niezbitym dowodem jego winy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby widz też nie mógł dojść do tego samego wniosku. Piękna sprawa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że naprawdę wielu detektywów z ostatnich stu lat lubi bawić się w Sherlocka Holmesa i siać tylko wszędzie dokoła ziarna niepewności, po to tylko, aby ostatecznie wyciągnąć kilka kluczowych poszlak „z tyłka” w ostatniej scenie i „błyskotliwie rozwiązać sprawę”. Same zagadki są często mocno zwariowane (jak choćby ludożerne muchołówki), ale dzięki temu na dłużej zostają w pamięci widza i nie są nudne.
R.J. Decker (2026) – recenzja, opinia o serialu [Disney]. Mocno nieszablonowa rodzinka
Moje skojarzenie z „Prawnikiem z Lincolna” wzięło się między innymi stąd, że Speedman gra swoją postać całkiem podobnie do stylu Rulfo, czyli serialowego Mickiego Hallera. Jasne, jeden jest prawnikiem, a drugi prywatnym detektywem, ale jest coś bardzo znajomego w tym jak się noszą, jak rozmawiają z ludźmi. Obaj dobrze wiedzą, że są bystrzy i nie zamierzają tego ukrywać. Są uprzejmi i wygadani, ale potrafią wybuchnąć złością, kiedy czują, że ktoś coś przed nimi ukrywa. Wątpię aby chodziło o czynne naśladowanie – to raczej po prostu podobna tematyka wymusza niejako podobne zagrania – ale coś tu na pewno jest. Na szczęście pozostałe postacie nie są już aż tak oczywiste. Najbliższymi sprzymierzeńcami Deckera są jego kumpel spod celi, Wish (Kevin Rankin), była żona, poczytna dziennikarka imieniem Catherine (Adelaide Clemens), jej nowa żona, detektyw Mel Abreu (Bevin Bru) oraz... kobieta odpowiedzialna za wrzucenie go za kratki, córka wpływowego przedsiębiorcy, Emi Ochoa (Jaina Lee Ortiz). Wierność i oddanie tych dwóch ostatnich jest lekko kwestionowalna, ale na bezrybiu i rak ryba.
Relacje między poszczególnymi postaciami rozpisane zostały całkiem ciekawie. Wish jest po prostu sympatycznym gościem po przejściach, oddanym jak pies, więc nie ma na razie mowy o tym, aby jakoś bardzo rzucał się w oczy i zostawał w pamięci. Najlepiej wypada trójkąt... hmmm... raczej nie „miłosny”, ale na pewno jakiś trójkąt między Deckerem, Catherine i Mel. Catherine nie rozstała się ze swoim mężem w gniewie i przez cały czas pozostawała jego przyjaciółką. Jest jej go wręcz trochę szkoda i żałuje, że nie była przy nim, kiedy był za kratkami, co nie do końca odpowiada jej nowej żonie. Nie dość, że facet jest skazańcem na warunkowym, to do tego prywatnym detektywem, a więc zmorą faktycznej policji. Zgadza się jednak aby Decker przez „maksymalnie tydzień” pomieszkał u nich w domu. Sam Decker ma bardzo profesjonalne, ale przyjazne podejście do Mel i bardzo dobrze dogaduje się zarówno z byłą żoną, jak i jej nową pasierbicą, Sofią (Melodie Romano). Sytuacja jest skomplikowana, ale pozwala na prawie nieograniczone mnożenie kolejnych problemów i rozwiązań, nigdy nie pozwalając widzowi się nudzić. Trochę mniej przekonująco wypada romans/przyjaźń Deckera z Emi. Niby widać, że mają się ku sobie – co zawdzięczamy solidnej chemii między aktorami – ale serial nie robi na ten moment zbyt wiele, by przekonać widza, że warto na tę dwójkę zwrócić uwagę. Nie wiem czy to dlatego, że scenarzyści nie chcą się z ich wątkiem spieszyć, czy może dlatego, że oglądamy dwa pociągi jadące ku sobie po tym samym torze, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Tak, czy inaczej, nigdy nie kupiłem tego ich pół-romansu.
Podsumowując, „R.J. Decker” to serial kryminalny o tyle intrygujący, że myślałem, że dzisiaj już się takich nie robi. Kolejne odcinki są mniej więcej samowystarczalne i można oglądać je w praktycznie dowolnej kolejności – jedynie początek i koniec są ze sobą jakkolwiek sensownie połączone. Niby nic specjalnego, ale uczciwe podejście twórców do pisania tajemnic, jak i sympatyczna obsada, sprawiają, że jest to interesująca propozycja dla wszystkich fanów gatunku detektywistycznego.
Atuty
- Logicznie, przyziemnie i uczciwie prowadzone śledztwa;
- Interesująca relacja między głównymi bohaterami;
- Pomysłowość zagadek;
- Mimo repetytywności formuły, kolejne odcinki nie nudzą i nie męczą.
Wady
- Mimo wszystko... trochę repetytywna formuła;
- Dopiero na samym końcu postanawia nawiązać do wcześniejszych wydarzeń i zbudować całosezonowy story arc.
„R.J. Decker” rozwiązuje kolejne zagadkowe morderstwa, starając się przy tym panować nad swoim życiem osobistym. Mało odkrywczy, ale przyjemny serial ze Scottem Speedmanem w roli głównej.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych