SKLEP
Bartosz Dawidowski 13.05.2018
Frostpunk - recenzja gry. Chłodne kalkulacje
2088V

Frostpunk - recenzja gry. Chłodne kalkulacje

Ludzie to mają różne zboczenia. Jedni lubią wąchać znoszone skarpetki, inni pasjonują się zapoconymi pępkami. Są jeszcze tacy, których ogarniają spazmy podniecenia na widok termometrów. Po przejściu Frostpunk mam wrażenie, że pracownicy warszawskiego 11 bit studios zaliczają się do tej ostatniej grupy.

Frostpunk
  • Platformy:  PC 
  • Data premiery - Polska: Nie wydano
  • Napisy

Frostpunk to kolejna produkcja 11 bit studios, w której zasadniczą rolę odgrywa temperatura. W świecie gry doszło do kataklizmu klimatycznego, przez który Ziemia weszła w nową epokę lodowcową. Zasadniczym wyzwaniem ludzkości, zmagającej się z temperaturami rzędu minus 40-60 stopni Celsjusza, jest zapewnienie sobie teraz ciepła. Deweloperzy ani przez moment nie ukrywają swojej obsesji na punkcie tego motywu. Centralnym elementem interfejsu Frostpunka jest liczba wyświetlana w górnej części ekranu. To złowieszczy termometr, który pełni tym razem jeszcze ważniejszą rolę, niż w wychłodzonych mieszkaniach z This War of Mine. Im robi się zimniej, tym parowy generator znajdujący się w centrum wioski musi pracować intensywniej, by zapewnić odpowiednią temperaturę. Pozwól by skończył się węgiel, który zasila ten ogromny piec, a zobaczysz jak chorujący ludzie padają jak muchy. Głęboko zmrożone muchy.

Na pierwszy rzut oka Frostpunk wygląda jak survivalowe SimCity. Budujesz domki i planujesz swoje miasteczko - z tą różnicą, że wszystko odbywa się w postapokaliptycznym i steampunkowym wydaniu. Po godzinie okazuje się jednak, że to tylko pozory. To nie "city builder", tylko tytuł ekonomiczno-menadżerski, w którym planowanie urbanistyczne ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsza sprawa to zarządzanie szczupłymi zasobami. Kolejne konstrukcje trzeba stawiać we Frostpunk w 100% efektywny sposób, jak najbliżej źródeł ciepła, a nie jak w SimCity, tak by miasto wyglądało ładnie i było atrakcyjne dla mieszkańców. W polskiej grze liczy się zimna kalkulacja, logika, racjonalizacja. Nie ma w tych ekstremalnych warunkach miejsca na dowolność. Cały czas prowadzisz wyścig z czasem. W grze 11 bit studios znajdujesz się pod permanentną presją. Każdy dzień we Frostpunk trzeba wykorzystywać jak najlepiej, wciąż przerzucać inżynierów i robotników do miejsc, gdzie są bardziej potrzebni lub niszczyć budowle, które utraciły strategiczne znaczenie. W tych hardkorowo trudnych warunkach nie ma miejsca na frywolność czy budowniczą swobodę. Liczy się tylko efektywność.

Do głównego scenariusza Frostpunk podchodziłem aż 4 razy, za każdym razem startując od zera po porażce. Trzy pierwsze próby utrzymania mojego miasteczka przy życiu zakończyły się wykopaniem mnie z fotela burmistrza, czyli de facto skazaniem na śmierć przez banicję. Ta gra potrafi dać w kość. Przynajmniej na początku, kiedy trochę po omacku próbuje się lawirować między dwoma podstawowymi współczynnikami decydującymi o klęsce lub sukcesie: nadziei i niezadowoleniu obywateli. Mieszkańcy "Nowego Londynu", bo tak ambitnie nazywa się osada, której przewodzisz, to wiecznie rozkapryszone i wybrzydzające bestyjki, którym naprawdę trudno dogodzić. Nawet rezygnując z tak dramatycznych kroków, jak zapędzenie dzieci do roboty w kopalni, wredni hejterzy nie okażą ci specjalnej sympatii. Może dlatego tak trudno odczuwać do tych podopiecznych coś więcej, niż chłodne zdystansowanie. I w tym miejscu napotykamy główny problem Frostpunk, bo o ile survivalowe zarządzenie tym steampunkowym grajdołkiem wypada świetnie, to położono niestety motyw, który sprawił, że This War of Mine było takie wyjątkowe. Nie potrafię traktować tych małych „chopków”, ukazywanych z dalekiej perspektywy, jak żywych ludzi. To raczej jakieś lemingi, które łatwo posłać na śmierć czy nakarmić zupą z trocinami. Zawodzi we Frostpunk charakteryzacja, czynnik ludzki. Deweloperzy sami strzelają sobie w kolano, przedstawiając twoich podopiecznych w trochę karykaturalnym stylu na ilustracjach 2D. Zdjęcia prawdziwych ludzi z This War of Mine potrafiły wywołać znacznie więcej emocjonalnych reakcji. Podobnie jak kwestie wypowiadane przez prowadzonych bohaterów i napotykanych mieszkańców z oblężonego miasta. W nowszym tytule 11 bit prawie nigdy nie obserwujemy bezpośrednio efektów naszych działań. Wydając przykładowo dekret o zakopywaniu denatów w masowych grobach albo o amputacjach, trudno się tym przejąć, bo reakcje osadników oprócz mikroskopijnego pola tekstowego wyrażane są tylko przez cyfry i kolorowe paski.

Nawet osoby, które wczują się w posępny, survivalowy klimat Frostpunk w końcu poddadzą chłodowi. Jak już wspomniałem przejmowanie się emocjami jest tu na każdym kroku piętnowane, a o porażkę bardzo łatwo nawet w końcowej fazie prowadzenia kolonii. Każdy szybko zorientuje się, że lepiej nie oglądać się na to, co dobre czy złe z punktu widzenia moralnego, tylko na to, co najbardziej się kalkuluje i zapewni przetrwanie. Po początkowej fazie, kiedy zrozumiesz w końcu mechanizmy rządzące światem Frostpunk, zaliczenie głównego scenariusza stanie się tylko formalnością i nie zmieniają tego nawet losowe zdarzenia, których zresztą jest trochę za mało. Grę można przejść spokojnie w 7 godzin a dodatkowe, mocno oskryptowane scenariusze, nie wnoszą świeżych motywów na tyle, by poświęcić im więcej niż kolejne 3-4 godziny. Po ok. 11 godzinach Frostpunk nie ma już w obecnej formie wiele do zaproponowania. Zaliczone scenariusze rozgrywają się zawsze mniej więcej w taki sam sposób, co nie zachęca do repety.

Tagi: 11 bit studios frostpunk pc recenzja this war of mine

Oceń recenzję
+ -6 -
Przejdź do strony

Miesięcznik PSX Extreme