One Piece (2024) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Eichiro Oda na podglądzie
Relatywnie mały świat Monkey D. Luffiego stał się właśnie niedorzecznie olbrzymi. Przeprawa przez Grand Line oznacza setki nowych przygód – wrogów, przyjaciół i nieoczywistych sprzymierzeńców. Kolosalna ilość historii stałaby otworem przed Netflixem... gdyby nie to, że serialu live action nie można ciągnąć w nieskończoność, jak animacji.
Tak więc, choć scenarzyści serialu starają się trzymać względnie blisko wytyczonych przez Odę ścieżek fabularnych, nie mają wyjścia i muszą pewne rzeczy przyspieszyć. Fani wiecznie rozszerzającego się na wszystkie strony uniwersum mangi mogą czuć się lekko zawiedzeni – podobnie jak kiedy w pierwszym sezonie pewne postacie i wątki zaczęły być wprowadzane już od samego początku – lecz osobiście uważam, że serial głównie na tym zyskuje. Tempo niemal bez przerw utrzymuje się na wysokim poziomie, potrafiąc jednak zwolnić na odcinek czy dwa, kiedy wymaga tego sytuacja. Część postaci lekko na tym traci. Z drugiej strony, inne tylko zyskują. Jak na tak nieuczciwą wymianę, efekt jest więcej niż tylko zadowalający.
Główny wątek sezonu skupia się na grupie Baroque Works i królestwie Alabasty. Luffy (Inaki Godoy) i jego Słomkowi Piraci wpadają na spadkobierczynię tronu, która być może nie chce ich pomocy, ale to nie jest ekipa, która byłaby w stanie tak po prostu przejść obojętnie obok kogoś, kto tej pomocy potrzebuje. Po drodze poznajemy kilku nowych zakapiorów i z przyjemnością donoszę, że producenci serialu nie próbowali nawet ich spłaszczać – są dokładnie tak samo zwariowani, od projektu, przez zachowanie, na mocach kończąc, jak to sobie zapamiętałeś z oryginału. No... dobra, może trochę przesadzam, ale naprawdę niewiele. W międzyczasie swój debiut zaliczają też doktor Kureha (Katie Sagal), Tony Tony Chopper (Mikaela Hoover), a na kilka krótkich scen wpadają również Brook (Martial Batchamen) i Nico Robin (Lera Abova). Osiem odcinków mija nie wiadomo kiedy.
One Piece (2024) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. W większości z głową skonsolidowana fabuła
Po tym, jak stał się gościnną postacią w swoim własnym wątku, w drugim sezonie w blasku chwały wraca kapitan Usop (Jacob Romero), prawdopodobnie najlepiej rozwinięta, najciekawiej napisana postać całej tej serii. Scenarzyści pozwalają dużo bardziej wyraziście ewoluować mu z tchórzliwego oszusta w prawdziwego bohatera, który potrafi rzucić swoje życie na szalę, byle tylko ocalić swoich przyjaciół. W końcowej fazie sezonu nie bardzo już mają co z nim zrobić, przez co jego wygłupy z Zoro (Mackenyu) nieprzyjemnie kojarzą się z klasycznymi, animkowymi zapychaczami, z których swego czasu słynęło anime „Naruto”, raz za razem wysyłając głównych bohaterów na kompletnie nieistotne misje, których rezultatem był powrót do statusu quo. Odniosłem również wrażenie, że Nami (Emily Rudd) jest w tym sezonie głównie dlatego, że musi i żeby nagrzani fani oryginału mogli wreszcie zobaczyć ją w bikini. Widziałem już niedorzeczne narzekania na to, że aktorka nie wygląda tak, jak rysunkowy oryginał. Uwaga, szokująca informacja – żaden prawdziwy człowiek na świecie nie wygląda tak, jak projekty postaci Ody. I całe szczęście. Moim zdaniem, większym problemem jest to, że scenarzyści nie mają na nią żadnego pomysłu ponad bycie żeńskim pierwiastkiem, z którym dwa razy porozmawiać może księżniczka Vivi.
Odrobinę obawiałem się postaci Choppera. To w końcu mini reniferek w ciuchach, z wielkim temperamentem i umiejętnością stawania się znacznie większym, niż można by przypuszczać. A efekty wizualne, zwłaszcza przekonująco wyglądające futro, regularnie dzielące ekran z żywymi aktorami, do tanich nie należy. Na szczęście, Netflix wyszarpał 18 milionów dolarów na każdy odcinek serialu, więc Chopper nie stanowił większego problemu. Chociaż nie, akurat ten większy Tony problemem już trochę jest. Nie wiem, może się czepiam, ale mam wrażenie, że nawet „Teen Wolf” z Michaelem J. Foxem miał bardziej przekonujący makijaż. Mały Tony wygląda super. Ten duży... na szczęście nie pojawia się na ekranie zbyt często.
One Piece (2024) – recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Jakim cudem emocjonalnym sercem sezonu jest komputerowo generowany renifer?!
W ogóle, mimo bardzo stylowego i często przyjemnego wyglądu, jak choćby absolutnie zwariowany David Dastmalchian, jako władający woskiem Mister 3, z tą swoją wystylizowaną trójką zrobioną z włosów, drugi sezon nie ustrzegł się przed kilkoma wizualnymi paszkwilami. Pierwsza sprawa to olbrzymi, Dory i Brogy. Niby samo wkomponowanie ich w obraz i skala wyglądają solidnie, lecz coś w sposobie świecenia, być może w ich makijażu, sprawia, że nie potrafię patrzeć na nich jakkolwiek poważnie. Patrząc szerzej, cały serial w bardzo zamierzony sposób bije po oczach sztucznotą, ale jest różnica między komicznie zakręconymi, sztucznymi włosami, czy protetyką, a zwyczajnie słabo wykonanym ujęciem. Nie do końca kupiłem również armię ulepszonych żołnierzy Wapola. Zdaje się, że twórcy serialu faktycznie wysilili się i zaprojektowali dla nich stroje, tylko lekko podrasowane efektami wizualnymi, lecz ich projekt nie robi wrażenia. Mimo kilku odjechanych pomysłów, rażą generycznym podejściem do tematu i nie wyróżniają się jakoś specjalnie między sobą. Zmarnowany potencjał.
Drugi sezon „One Piece” to sporo akcji, jasne, ale również całkiem dużo cichszych scen emocjonalnych. I to właśnie tu kryje się sekret sukcesu tego serialu. Smoker może i być wielkim bydlakiem z klatą na wierzchu i dwoma cygarami w gębie, ale to jego ludzkie podejście MIMO takiego, a nie innego projektu postaci sprawia, że widz jest ciekaw, jak potoczą się dalej jego losy. Podobnie w przypadku Tony'ego i doktora Hiriluka – dwóch postaci, które na pierwszy rzut oka nie kojarzą się z eksplozjami emocji, a to przecież właśnie ich wspólny odcinek, przedostatni w tym sezonie, jest absolutnie szczytowym osiągnięciem całego sezonu i pierwszym, które rzeczywiście wycisnęło ze mnie szczere łzy.
Słomkowi piraci kończą drugą część swoich przygód z wysoko podniesionymi głowami, z niecierpliwością czekając na spotkanie kolejnych osób i wydarzeń, które przybliżą ich do odnalezienia tajemniczego One Piece'a. Można być lekko zawiedzionym bardzo ogólnie zaznaczonym kierunkiem, w którym podąża fabuła, jak i tym, że sezon kończy się dokładnie w chwili, kiedy Baroque Works stają się naprawdę interesującą ekipą, ale biorąc pod uwagę wprawność, z jaką scenarzyści wplatają zarówno stare i nowe postacie w swoją historię, jestem spokojny o to, że wszystkie te mniejsze i większe występy są częścią szerszego planu. To absolutnie zwariowana przygoda i mam nadzieję przeżyć ją razem z ekipą filmową, co zalecam również i wam. Rzadko się zdarza, aby adaptacja japońskiego anime z taką lekkością bawiła się materiałem źródłowym.
Atuty
- Mocno rozwinięty wątek Usopa;
- Praktycznie same złote strzały w kwestii castingu;
- Tony Tony Chopper;
- Dobra równowaga między sytuacjami komediowymi, dramatycznymi i czysto rozrywkowymi;
- Powrót znanych twarzy i z głową zapowiedziane przyszłe wątki;
- W większości sympatyczny kierunek artystyczny;
- Wpadająca w ucho, piracka ścieżka dźwiękowa.
Wady
- Duży Tony;
- Kilka dziwnie wyglądających scen;
- Rześkie tempo narracji oznacza, że niektórym scenom brakuje miejsca na oddech, a fabule brakuje trochę kierunku.
Luffy i reszta Słomkowych Piratów rusza na Grand Line, gdzie czeka na nich tona przygód, nowych wrogów, przyjaciół i jeszcze raz przygód. Szalony serial Netflixa komfortowo osiadł na solidnym fundamencie pierwszego sezonu i teraz może w spokoju budować kolejne historie. Gratka dla fanów anime.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych