Wielki Marty (2025) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Nieoszlifowane piłeczki pingpongowe
Marty gra w tenisa stołowego, sport w Ameryce lat pięćdziesiątych jeszcze raczej mało popularny. Jest dobry, ale ma jedną, problematyczną wadę - gigantyczne nie mieszczące się w największym nawet pomieszczeniu ego. Czy uda mu się zdobyć upragnione mistrzostwo, czy może będzie musiał nauczyć się żyć ze świadomością porażki? Jedno jest pewne - prędzej umrze niż podda swoje marzenia.
Wreszcie wiem, który z braci Safdie odpowiada za ten ich charakterystyczny, pełen nieprzerwanej akcji i w kółko rosnącej stawki styl. Benny zwolnił trochę robiąc "the Smashing Machine". Tymczasem jego brat, Josh, zrobił zasadniczo kolejne "Nieoszlifowane diamenty", tylko tym razem eksplorujące świat sportu, a nie jubilerstwa.
Podobieństwa są jasne, oczywiste i widoczne od pierwszego spojrzenia. Pierwszym i chyba najważniejszym z nich jest postać głównego bohatera, Marty Mauser (Timothee Chalamet). Jak by to delikatnie ująć... Marty jest kompletną łajzą. Z całą pewnością utalentowaną, ale jednak łajzą. Mówi dużo i prędko, jak jego poprzednik, grany przez Adama Sandlera Howard Ratner, ale jego piękne słowa rzadko kiedy pokrywają się z czynami. Kocha swoją przyjaciółkę z dzieciństwa (Odessa A'zion), ale na widok ciążowego brzucha natychmiast, niepytany, wypala, że to nie jego. Jest profesjonalistą, ale jeśli zdarzy mu się przegrać, to natychmiast zaczyna wierzgać jak małe dziecko i zwalać winę za porażkę na wszystko i wszystkich, byle nie na siebie. Nie przeszkadza mu krzywdzenie ludzi, obiecywanie im gruszek na wierzbie, wykorzystywanie finansowe, jeśli tylko pomoże mu to dalej grać. To jedna z tych postaci, które kocha się nienawidzić, w czym niemała zasługa samego Chalameta, grającego go tak, jakby nieustannie był napudrowany.
Wielki Marty (2025) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Zabójcze tempo i jeden stały element dla łatwiejszego skupienia uwagi
Druga sprawa, to tempo wydarzeń i rosnąca z minuty na minutę stawka. Marty pakuje się w tarapaty praktycznie non stop, a jego chaotyczna natura sprawia, że nie potrafi odpuścić, nawet kiedy los raz za razem wyciąga do niego pomocną dłoń. Jeden kłopot rodzi dwa kolejne, lista wrogów rośnie, a wraz z nią zagrożenie dla życia i zdrowia zarówno Marty'ego, jak i ludzi w jego otoczeniu. Ciężko się to wręcz ogląda, bo czujesz, że nie ma szans, aby na końcu tej wyboistej drogi czekał happy end. I niby Mauser i tak nie zasługuje na zwycięstwo, ale przez wzgląd na bycie głównym bohaterem filmu, trudno jest choć trochę mu nie kibicować. Tak więc, mimo że film trwa dwie i pół godziny, ogląda się go bardzo szybko, a po seansie jest się tak wypompowanym, jakby przebiegło się maraton.
Swego rodzaju problemem może być struktura fabuły filmu Safdiego. Mamy tu do czynienia z bardzo prostą koncepcją, urozmaiconą szeregiem dziwnych, nie zawsze składnych wątków pobocznych. Już pierwsza scena filmu, w której poznajemy Marty'ego i Rachel, stanowi wyśmienity przykład tego, z jak chaotycznym filmem będziemy mieli do czynienia. Rzecz dzieje się w sklepie z butami, w którym nasz bohater pracuje... Tylko w tej pierwszej scenie. Prędko przechodzimy do sceny intymnej, po której na ekran wjeżdżają napisy początkowe w towarzystwie animacji plemników Marty'ego, dzielnie płynących w kierunku jajeczka. Zabawny pomysł i w ogóle, ale już chwilę po tym wątek ciąży Rachel staje się tak kompletnie nieistotny dla Marty'ego i jego wielkich planów, że z perspektywy całego filmu sekwencja ta wydaje się być zwyczajnie nieodpowiednia, nietrafiona. Ktoś powie, że wszystkie te sceny muszą się wydarzyć żeby Marty mógł ewoluować jako postać. Ja odpowiem, że nie widziałem żadnej ewolucji. Ostatnie dwie minuty to za mało.
Wielki Marty (2025) - recenzja, opinia o filmie [Monolith]. Wolna Amerykanka
To powiedziawszy, siedząc w kinowym fotelu kompletnie się o takich detalach nie myśli. Safdie i jego operator, Darius Khondji, zabierają nas w pełną rytmu, brudu, ale i blichtru podróż do Nowego Jorku połowy ubiegłego wieku. Tutaj każdy jeden kadr ocieka wręcz stylem, światła podkreślają piękno dekoracji, nigdy nie zalewając ich jedynie chamsko na płasko. Sceny sportowe to natomiast kwintesencja kina sportowego lat osiemdziesiątych odbudowana w innej dekadzie. Dramatyczne oświetlenie, litry potu lejącego się z zawodników i wybitnie dobrane kawałki, pompujące nostalgię i endorfiny prosto w żyły widza, takie jak "Forever young" Alphaville czy "Everybody wants to rule the world" od Tears for fears sprawiają, że nie sposób się tu nudzić. I jasne, trochę to dziwne, że film dziejący się w latach pięćdziesiątych udźwiękowiono muzyką nagraną trzy dekady później, ale biorąc pod uwagę, że "Wielki Marty" tylko częściowo jest filmem biograficznym - luźno czerpiącym z życia prawdziwego Marty'ego Reismana - podejście do doboru utworów również może charakteryzować się pewnym luzem. Grunt, że dobrze się ogląda!
Całości dopełnia bardzo dobrze dobrana obsada. Prócz jak zawsze bardzo dobrego Chalameta, absolutnym wulkanem energii jest A'zion. Musiałem sobie sprawdzić z kim mi się ona kojarzy, bo nie potrafiłem do końca przypiąć do niej nazwiska. Jeden szybki Google później dowiedziałem się, że to córka Pameli Adlon i wszystko stało się jasne. To jest dokładnie ta sama, chaotyczna energia, ten sam zachrypnięty głos. Ze wszystkich postaci w filmie, tylko ona potrafi do pewnego stopnia nadążyć za głównym bohaterem, nie wysiada przy pierwszych oznakach problemów. W świecie wielkich pieniędzy poznajemy natomiast Kay Stone (Gwyneth Paltrow), przejrzałą aktorkę z poprzedniej epoki, która wpada w oko głównemu bohaterowi podczas mistrzostw w ping ponga. To zdecydowanie jedna z bardziej wzbudzających sympatię postaci, co z automatu oznacza, że nie ma dla niej miejsca w tym świecie, gdzie tylko zgnili ludzie potrafią piąć się na szczyt po trupach całej reszty. Jej męża gra natomiast... Kevin O'Leary, jeden z rekinów w programie shark tank. Specyficzna decyzja castingowa, ale trzeba przyznać, że skuteczna. Co prawda, O'Leary gra tu po prostu rozdmuchaną wersję samego siebie, ale dzięki temu wypada naprawdę dobrze. Nie jest to zresztą jedyny nieoczywisty casting w "Wielkim Martym". W niewielkich rolach zobaczymy też Penna Gillette z duetu Penn & Teller, na kilka scen wpada Tyler the Creator, a część ról biznesmenów i koszykarzy oddano prawdziwym wykonawcom tych zawodów - po co się przemęczać, nie?
Najważniejsze jednak, że cały ten miszmasz ostatecznie po prostu działa. I to nie tak jak obietnice Todda Howarda, ale faktycznie. Nie polubisz raczej Marty'ego, po drodze będziesz się wkurzał i stresował, a z kina wyjdziesz zmęczony, ale będzie to ten rodzaj zmęczenia, który sprawia nam satysfakcję. To dwie i pół godziny o tym, że jeśli czegoś bardzo chcesz, to jedynym, co stoi ci na przeszkodzie jest twój kręgosłup moralny. Marty nie ma żadnego. I dlatego tak dobrze się go ogląda.
Film wchodzi do kin 30.01.26.
Atuty
- Bardzo dobry Timothee Chalamet;
- Piękne zdjęcia;
- Świetna muzyka;
- Nieustępliwe, bardzo szybkie i bardzo stresujące tempo;
- A'zion i Paltrow dzielnie dotrzymują kroku głównemu bohaterowi.
Wady
- Fabularnie to niemal seria luźno powiązanych epizodów;
- Raczej mała to wada, ale jest trochę zbyt podobny do wcześniejszych dokonań Safdiech.
Jeśli podobały ci się "Nieoszlifowane diamenty", to i "Wielki Marty" cię nie zawiedzie. To film bardzo podobny w założeniach do tego pierwszego, ale zrealizowany z większą pompą, pewniejszą ręką. Wkurzająco satysfakcjonujący.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych