The Pitt (2025) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [HBO max]. Pracowity czwarty lipca
Kilka miesięcy po dramatycznych wydarzeniach z poprzedniego sezonu, doktor Michael „Robby” Robinavich melduje się do pracy. Jest czwarty lipca, pacjentów nie brakuje, ale da się też żyć. Tego samego nie mogą powiedzieć jednak pracujący pod nim studenci, których od rana magluje jego nowa koleżanka, doktor Al-Hashimi, piastująca to samo stanowisko, co on. Czy dwóch tak różnych kierowników w tak szalonym miejscu, jak SOR, ma szansę dojść do porozumienia zanim pozabijają siebie nawzajem lub, co gorsza, swoich pacjentów?
Pierwszy sezon „The Pitt” wyskoczył na mnie jak grom z jasnego nieba, natychmiast stając się jedną z moich ulubionych produkcji medycznych w historii. Aż wstyd mi dzisiaj przyznawać, że myślałem, że to będzie jedynie chamska kopia „Dr House'a”. Świetny pomysł na konstrukcję sezonu, gdzie każdy odcinek odpowiadał jednej godzinie dyżuru i oglądaliśmy po prostu jeden, bardzo długi i męczący dzień pracy ratowników z fikcyjnego Pittsburgh Trauma Medical Center, w połączeniu z całą masą dramatycznych sytuacji, zarówno wśród pacjentów jak i lekarzy, sprawiały, że trudno było nie chcieć włączyć natychmiast kolejnego odcinka.
Przysięgam, najchętniej obejrzałbym cały sezon ciurkiem, zwłaszcza, że każdy kolejny odcinek zdaje się jeszcze mocniej podbijać stawkę, nawet mimo faktu, że praktycznie od samego początku dzieje się raczej sporo. Aż strach było pomyśleć, co takiego wymyślą scenarzyści tym razem, żeby nie powielać własnych schematów, a przy tym nie zgubić gdzieś po drodze charakteru serialu. Nie zamierzam tu rzucać spoilerami, ale już teraz mogę napisać, że pomysłów nie brakuje, a sytuacja będzie najpewniej eskalowała aż do końca sezonu – twórcom serialu udało się wymyślić katalizator wydarzeń, który na wielu płaszczyznach utrudni i zagęści pracę bohaterów serialu, a przy tym jest absolutnie wiarygodny i odpowiedni do czasu i miejsca.
The Pitt (2025) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [HBO max]. Jeszcze więcej ludzkich dramatów
Fabuła serialu rozkłada się na dwie główne sfery – tak samo jak w pierwszym sezonie. Z jednej strony mamy dramaty poszczególnych osób, które trafiają pod opiekę naszych lekarzy, a z drugiej problemy i rozterki samych lekarzy. W tym pierwszym przypadku, scenarzyści ponownie idą w mieszankę bardzo życiowych sytuacji, które mogłyby się przydarzyć wielu z nas oraz trudnych decyzji, kiedy prawo i obowiązek mieszają się z niewygodnie z poczuciem człowieczeństwa każdego z lekarzy. To właśnie w tych ostatnich kryje się największa siła serialu R. Scotta Gemmilla – kiedy ludzkie życie i przyszłość leżą na szali, a lekarze i rodziny pacjentów muszą podejmować trudne decyzje, z którymi mogą się czasami nie zgadzać.
Przez jedną z takich sytuacji z pierwszego sezonu, dr King (Taylor Dearden) mierzy się teraz z oficjalną ewaluacją, która ma wydarzyć się właśnie tego dnia, już za kilka godzin. Widmo przesłuchania ciąży nad nią od samego rana, lecz nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli napiszę, że po dziewięciu odcinkach... wciąż czekam, jak rozwinie się ta sytuacja. To chyba największy (jedyny?) problem tego serialu – ponieważ wszystko dzieje się w obrębie jednego dnia, czasami na dalszy rozwój jakiegoś wątku możemy czekać ładnych kilka odcinków, co biorąc pod uwagę cotygodniowy charakter wypuszczania kolejnych odcinków, może oznaczać nawet miesiące oczekiwania.
The Pitt (2025) – recenzja, opinia o 2. sezonie serialu [HBO max]. Świeża krew
Nowe postacie... są, choć na ten moment nie potrafię zbyt wiele powiedzieć o większości z nich. Nowa współprowadząca oddział, doktor Al-Hashimi (Sepideh Moafi), to taka typowa, ciasno spięta perfekcjonistka, kompletnie nie pasująca do bardziej żywiołowego stylu Robby'ego. Z biegiem odcinków będzie mu coraz mocniej zachodzić za skórę. Trudno orzec, czy ostatecznie uda im się odnaleźć wspólny język, bo oboje kochają ten zawód i czują silną powinność wobec pacjentów, czy może sytuacja będzie eskalowała, aż bańka pęknie. Akurat w tym serialu, obie opcje zdają się być równie prawdopodobne. Prócz niej zobaczymy jeszcze kilku nowych lekarzy, z których najbardziej charakterystyczni zdają się być dr Joy (Irene Choi), obdarzona makabrycznym i lekko złośliwym poczuciem humoru, oraz dr James (Lucas Iverson), którego głupi uśmieszek, permanentnie przyklejony pod nosem, sprawia, że ma się ochotę go zamordować.
Jest tu jeszcze kilka nowych twarzy, lecz problemem ich wszystkich jest to, że są mało charakterystyczni, nie mają co robić. Po dziewięciu odcinkach mogę już powiedzieć, że jako tako zapoznałem się z częścią z nich, ale z czwórką z pierwszego sezonu czułem więź już po jednym-dwóch odcinkach. Tu tego nie ma. Może to kwestia tego, że przy takim natłoku postaci i wydarzeń nie ma już dla nich miejsca, ale po co było w takim razie dopisywać ich do scenariusza? Stara gwardia też na tym traci, bo musi dzielić się czasem antenowym z młodzikami, skutkiem czego wątki ich wszystkich wydają się być trochę niedopieszczone. Zaznaczam jednak, że piszę to sześć odcinków przed finałem, gdzie jeszcze bardzo wiele może się zmienić.
Drugi sezon „The Pitt” to wciąż absolutna topka seriali medycznych. Świetnie zrobione „przypadki do zaopiekowania się” – dosłownie nie mogłem jeść obiadu i oglądać, zbyt realistycznie to wyglądało, i mówi to człowiek, którego flaki i gore w większości filmów zazwyczaj bawią – intrygujące historie poszczególnych pacjentów, którym nie brakuje ani lżejszych, bardziej komediowych momentów ani najcięższych możliwych dramatów i powracająca obsada, z bagażem pozostałym po finale poprzedniego sezonu. Wszystkie te elementy łączą się, by dać nam kolejnych piętnaście godzin pierwszorzędnej telewizji... Tylko niech zrobią coś z tymi świeżakami, bo jak na razie, ciągną lekko w dół cały sezon.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych